2018

Jakaś styczniowa sobota rano, śniadanie rodzinne przed wyjazdem na zimowisko, Olaf lat 8 i pół wzdycha ciężko i mówi:
– no… osiem lat… czas już chyba zacząć szukać sobie żony…
jedzenie zatrzymuje się nam w połowie drogi do otworów gębowych, po chwili konsternacji mąż śmieje się nerwowo, ja mrugam intensywnie (przecież może jeszcze śpię?)
– no cośty! – w końcu wyprowadzam syna z błędu – musisz mieć co najmniej OSIEMNAŚCIE!
– osiem czy osiemnaście, to raptem 10 lat różnicy, zleci nie wiadomo kiedy – odpowiada on najwidoczniej już zdecydowany i z podstawami matematyki zapoznany.
I taki zdecydowany pojechał na ten obóz. Obóz „konstruktorów Lego”, więc jak można się było spodziewać, kandydatki na żonę nie przywiózł, gdyż w grupie byli sami chłopcy…
Póki co temat ucichł ale groza wisi w powietrzu – przecież faktycznie czas pędzi nie wiadomo dokąd i nie wiadomo kiedy! ;)

9.01.2018
Zastanawiam się czasem (a ostatnio dość często), w którym momencie świat skręcił w złą stronę. Czy może nie chodzi tu o moment w czasie tylko o jakiś krzywy gen, odpowiedzialny za to zboczenie w człowieku…? Chodzi o to konkretnie, że z każdej durnej stacji radiowej dowiem się kiedy i gdzie odbywa się aktualnie jakaś olimpiada, turniej, konkurs, wyścig czy inne wydarzenie sportowe, mimo, że nie interesuje mnie to absolutnie, a jeśli chodzi już o konkursy muzyczne, plastyczne, teatralne czy inne kulturalne wydarzenia, to poza konkursem Chopinowskim raz na 5 lat, w eterze cisza! Tzn w internecie znaleźć można oczywiście wszystko, ale trzeba szukać, a sport jest nam wtłaczany siłą! Po co??? Większość powie, że się tym interesuje – tak jak mój 8-letni syn, który widząc emocje babci i dziadka przyjął, że to jest coś emocjonującego… hmmm… naprawdę??? Przecież kibicować „naszym” można tak samo w każdej dziedzinie, nie tylko w sporcie. Ja rozumiem że sport nie wymaga wysiłku intelektualnego, że kanalizuje instynkty najprymitywniejsze, że daje (złudne) poczucie przynależności, no i że przede wszystkim – chleb i igrzyska – to to, czego ludzie jako masa potrzebują najbardziej, żeby nie myśleć zbyt wiele i się nie buntować przeciw ustalonemu porządkowi świata. Rozumiem to wszystko, jednak zastanawia mnie dlaczego tak jest? Czy zawsze tacy byliśmy? Czy w którymś momencie ktoś nam coś w genach zmanipulował? I po co? Tzn jaka jest w tym korzyść z punktu widzenia natury – czyli kontynuacji, przedłużania gatunku, ewolucji? Nie umiem znaleźć żadnej… A jeśli to nie natura tylko zewnętrzna ingerencja/plan, to też pytanie PO CO? Czy BÓG – stwórca (załóżmy że był taki), miałby interes (tudzież frajdę) ze stworzenia człowieka, który jest tak podatny na manipulacje i tak „łatwy w obsłudze”? Jeśli tak to JAKI interes?
…takie przemyślenia przy szydełkowaniu ;)
Co poza tym? Ano poza tym, w codziennym życiu też słabo: lokatorzy zagrzybili mieszkanie oszczędzając na ogrzewaniu i zaklejając wentylację (bo wieje zimnem), wchodzę tam jak do łaźni parowej, po 5 minutach jestem cała mokra, woda ścieka po oknach strumyczkami (!!!) a „blondynka” do mnie zdziwiona że coś jest nie tak z tym mieszkaniem, bo pranie jej już 3 dzień nie schnie…. aAaAaAaAaAa….

17.01.2018
chłopaki mi powyjeżdżali… jeden na ferie na zimowisko, drugi do pracy służbowo, został tylko najmłodszy, ale kiedyś i on dorośnie, wyjedzie i zostanę totalnie sama! będę starą, samotną zdziwaczałą kobietą, która mieszka w lesie ze swoimi psami, kotami, kurami, która zimą dokarmia sikorki, wiosną drepcze boso po błocie, latem sypia w hamaku a jesienią przegania grzybiarzy… taka mroczna wizja objawiła mi się dziś.

19.01.2018
chciałabym mieć znów 19 lat i żeby było lato a ja bym wracała rowerem z przetwórni owoców, gdzie pracowałam na nocki w wakacje… i byłby świt całkiem rześki, choć ciepły, a ja byłabym głodna, zmęczona i przesiąknięta zapachem drylowanych wiśni, ale szczęśliwa i na tyle silna, żeby po całej nocy stania przy taśmie przejechać rowerem te 20 km i nawet nie poczuć… a następnego wieczora byłaby impreza u Adama, bo jego mama poszła na pielgrzymkę i chata wolna i pieklibyśmy piccę, pili wódkę i darli ryje przy już wtedy starych przebojach Lombardu czy Bajmu… tacy beztroscy i wolni i nieświadomi i wszystko byłoby jeszcze przed nami a my byśmy na to wszystko czekali z niecierpliwością, bo nikt nam nie powiedział jak naprawdę wygląda dorosłość i że nie ma się wcale do czego tak spieszyć ani na co tak cieszyć…
chciałabym mieć znów 19 lat, naiwność, ufność, perspektywy… starość byłaby po trzydziestce a śmierć byłaby abstrakcją.

29.01.2018
Himalaje – to brzmi dumnie
No i wydało się po raz kolejny jakimi jesteśmy niepoprawnymi romantykami. My – Polacy znaczy się. Oraz jak potrafimy się zmobilizować, zebrać do kupy i solidarnie pomagać. To piękne generalnie – przynajmniej to o bezinteresownym pomaganiu, bo cała ta „ułańska fantazja” i romantyzm to już kwestia dyskusyjna… Jednakowoż etos bohatera, ginącego w jakiejśtam walce, ciągle działa i mało kto odważy się zakwestionować zasadność tej „walki”. No ale tacy właśnie jesteśmy :) Niemiec by wyśmiał niepraktyczność, Francuz obojętnie wzruszył ramionami, Amerykanin przekalkulował jak to wykorzystać. A Polak się zebrał, pojechał, pomógł i jeszcze zrobi składkę na utrzymanie żony i dzieci. A może to też stereotypy…? A może mamy taki brak szaleństwa w codziennym życiu, że podziwiamy każdego, kto się odważył „zaszaleć”? Nie wiem, nie znam się na wysokich górach, nie mam zdania na ten konkretnie temat. Smuci mnie tylko, że nikt nie wesprze samotnej matki z trójką dzieci, której mąż – bohater – zginął w zwykłym wypadku samochodowym w drodze do pracy, która to praca też mogła być jego codzienną walką i przekraczaniem granic… nie ważne, za mało medialne, nie brzmi tak dumnie jak Himalaje…? A może to my – kobiety mamy problem z tym, że zakochujemy się częściej w tych nieodpowiedzialnych szaleńcach, wiecznie nieobecnych, którzy nigdy nie będą dobrymi ojcami i że koniec końców robimy ich tymi ojcami, w nadziei że kiedyś się zmienią…? A oni i tak znikają.

13.02.2018
odwilż
śnił mi się ślub i wesele, na które nie miałam się w co ubrać i w ostatniej chwili przymierzałam jakieś sukienki, a kiedy już znalazłam srebrną świecącą mini (ja w srebrnej, świecącej mini???), to zorientowałam się, że mam totalnie nieogolone nogi… zabrałam się więc za pośpieszne golenie przy pomocy płynu do mycia naczyń, gdyż rzecz działa się w jakimś obcym miejscu. a czas płynął i ślub pewnie się już kończył…
biorę to za znak, że czas się odszczurzyć i wyjść do ludzi w czymś ładniejszym niż gumofilce ;)

29.03.2018
jakby ktoś chciał wiedzieć co robię po nocach, kiedy wszyscy już śpią i zostaję całkiem sama z radiem, telefoonem i czekoladą, to ja teraz mogę się do tego przyznać… aczkolwiek niechętnie… bo otóż ja wtedy zakradam się do pokoju syna starszego, zabieram mu tablet i po kryjomu gram w jedną jego grę!!! :O i tym razem nie jest to alchemia tylko ucieczka z pokoju czy jakoś tak po polsku by było, bo po angielsku jest spotlight room escape i tam są takie zagadki!!! TAKIE zagadki, łamigłówki, szyfry do łamania, że normalnie słyszę jak mi trzeszczą te nieliczne zwoje nieużywane od lat :P tak mi skrzypią, że normalnie aż się boję, że chłopaków pobudzę! a jak nie skrzypieniem, to okrzkami niekontrolowanej radości, kiedy już wreszcie coś mi się uda rozwiązać, otworzyć, przejść czy wyjść! no tak mnie wciągnęło, że mówię wam! a przecież święta zaraz, rodzina z zagramanicy przyjeżdża, okna niepomyte, kurze nieodkurzone, pajęczyny po długiej zimie wyjątkowo okazałe, (niemalże jak u mnie w tej części mózgu, co jej zaczęłam używać dopiero teraz przy okazji tej gry) i ogólnie dalekie to jest wszystko od szeroko pojętego niemieckiego porządkdu… choć przecież okien po nocach i tak bym nie myła, conie? jednakowoż menu trzeba przecież opracować, zakupy zaplanować oraz poczynić za dnia, znaczy wyspać się by trzeba a nie siedzieć do rana a rano nie kumać o czym świat do mnie rozmawia, nieprawdaż… ?

5.04.2018
I tak oto, dla zainteresowanych sekretnym życiem i pożyciem zwierząt domowych, gospodarskich, a konkretnie drobiu, po zbyt długiej przerwie wznawiam niniejszym kurnikową operę mydlaną! Bo otóż nabyłam dziś drogą kupna na targu pod Grójcem dwie nowe młode kurki do naszej gromadki. Gromadka po ostatnim lecie zyskała nowy wybieg – całe 3000m kwadratowych lasu! Ogrodzonego. Wraz z przybyciem tych metrów (arów? hektarów?) ubyło kur, bo dwie zjadł jakiś ptak drapieżny i zostały trzy plus kogut czyli pustki w kurniku. Zatem dokupiłam dziś dwie, co daje razem 6 sztuk drobiu żywego, docelowo będzie 8 ale to za tydzień. Nowe są piękne – jedna srebrna jak gołąb a druga złota, znaczy biszkoptowa jak nasz Gucio. Nie mają jeszcze imion, jakby co, ciekawe propozycje chętnie przyjmę ;) Wyglądają zdrowo, czysto ale młodo, trzymają sie razem i uczą się pić wodę z garnka, bo nie umiały. Kogut na początku je adorował, tańczył, skrzydłem powłóczył a potem olał i poszedł w las za starymi. Stare oczywiście rządzą i się panoszą, od jedzenia odganiają ale przede wszystkim NARZEKAJĄ! Nie wiem czy słyszeliście kiedykolwiek narzekającą kurę? Jak byście usłyszeli to nie mielibyście wątpliości, że ta kura narzeka. Jaksłowodaję, w życiu jeszcze nie słyszałam żeby jakiekolwiek zwierzę tak ostentacyjnie narzekało! One autentycznie marudzą. Przychodzą pod siatkę i gdaczą patrząc w okna, ale nie tak krzykliwie jak wtdy, kiedy zniosą jajko, nie tak, jak się czegoś przestraszą, ani nie jak się wołają, ani jak obojętnie coś do siebie mówią, no zupełnie inaczej no! I że to do mnie gdaczą to naprawdę jest dowód na inteligencję ptasią, bo w końcu ja te nowe przywiozłam i pewnie te stare mówią: „weż ty je z powrotem oddaj, no po co nam one nowe, za mało nas było, taki spokój i ład w kurniku, minimum problemów, maksimum jajek, mniej karmy i sprzątania, fajnie sobie żyliśmy a ty musiałaś jakieś nowe przywlec, młode, głupie, nie wiedzą jak się pije wodę z garnka, pewnie mają pchły czy inne jakieś kurze pasożyty, a jajek i tak nie znoszą jeszcze, no po co ci takie? kogut to już się w nich zakochał bo młodsze i ładniejsze i nas zaraz oleje, zostawi na pastwę losu i zjedzą nas jastrzębie i co ci zostanie? jakieś dwa byle kurczaki, tego chcesz? tego? no raczej nie, więc weź je i oddaj z powrotem skąd przyszły, na pewno nie jest jeszcze za późno, na pewno są na gwarancji, jakiś czas na zwrot jest, rękojmia, prawa konsumenta przecież czy coś, na pewno je przyjmą i kasę oddadzą, no! no weeeź no!”
…i tak cały dzień… cały dzień!

9.04.2018
niusy z frontu tzn wieści z kurnika: po okresie narzekania, był czas totalnej wojny, a po kilku dniach, kiedy wydziobane kępami pióra opadły tak jak i kurz po kurzych bitwach, nastała zimna wojna. dwa wrogie obozy zachowują dystans conajmniej 15metrów i wtedy jest w miarę ok. tzn nowe kury muszą utrzymać taki dystans żeby było w miarę ok, bo jak tylko się ciut zbliżą to przestaje być ok. a biedny kogut biega od jednego mini stadka do drugiego i widać, że chciałby dobrze, tylko wychodzi jak zwykle… ciekawie robi się wieczorem, kiedy wszyscy chcą wejść do kurnika, no ale nie mogą się zbliżać! więc któraś ze starych kur stoi zawsze na czatach aż do zmroku i pilnuje żeby nowe nie weszły! w końcu się poddaje albo przestaje widzieć i wtedy one szybko myk, myk i są w środku, ale to musi być już prawie całkiem ciemno, bo inaczej znów krzyki, piski i wylatuje dziurą kura a za nią srebrne kurze pióra… planowałam w czwartek dokupić jeszcze zielononóżki, bo pan miał przywieźć, ale w takiej sytuacji to nie wiem zupełnie jak to będzie wyglądało? trzy mini stadka? czy zawiążą się jakieś koalicje, sojusze, nastanie pokój czy pierwsza wojna lasowa (kurnikowa?)… jak to mówią w telenowelach stay tuned! zosańcie z nami, wszystkiego dowiecie się w następnym odcinku już wkrótce! :P
ps. nowe dostały imiona: srebrna to Luna (wymyślił Olaf), a złotą tak z anglijskiego wołamy Goldi. Jak słusznie zauważyła Sylwia – z takimi ładnymi i „nowoczesnymi” imionami, to nie ma się co dziwić, że Rozamunda i Matylda są zazdrosne i jest wojna… :P

15.04.2018
Człowiek całe życie się zmienia ponoć i gusta mu się zmieniają oraz upodobania i pasje też. Tak więc ja w tym tygodniu odkryłam co teraz – w wieku lat 41 i pół – lubię robić najbardziej. Znaczy odkryłam jakby nowe hobby, któremu zamierzam poświęcić każdą wolną chwilę, a że jest to hobby zależne od pogody, w chwilach sprzyjającej pogody każdą wolną chwilę plus kilka mniej wolnyhc w zamian za na przykład sprzątanie, pranie, gotowanie, szycie i malowanie. A pasją moją nową jest słońce! Bo ja otóż proszę państwa najbardziej na świecie lubię leżeć na słońcu, najlepiej bez odzieży wierzchniej… Oboże jak ja to lubię! Efektów w postaci opalenizny nie widać, bo słońce jeszcze daleko, ale akumulatory ładują się człowiekowi jak szalone! Wczoraj tak doładowałam, że wystarczyło na 3 godziny ciężkich prac ogródkowych, po których mam dziś zakwasy, a dziś doładowałam na zaś na następny tydzień :D
W historii kurnikowej brak dynamicznych zwrotów akcji, zielononóżek nie kupiłam (jedyny pan na targu, który miewa takie „wynalazki” nie przywiózł ich zów, może za tydzień). Zimna wojna trwa ale zaobserwować można zdecydowane ocieplenie stosunków – dystans między stadami zmniejszył się do 2metrów a raz nawet widziałam Matyldę jak siedziała pod drzewem razem z nowymi! Znaczy tak zupełnie blisko, dziób w dziób! Tyle, że nikogo innego nie było akurat wtedy w pobliżu, więc może się pomyliła czy coś… Jednakowoż na horyzoncie (zdarzeń) widać już kurzą sielankę i pełną szczęśliwość oraz pokój, ład i porządek. :P

22.04.2018
Układ sił w kurniku nie zmienił sie znacząco po przybyciu zielononóżki. Głównie pewnie dlatego, że ona prawie cały czas schowana siedzi i towarzysko się nie udziela, ale gdy już ją wyjmę, to widać od razu kto jakie ma zamiary. Największe ma chyba kogut, bo zawsze jest w pobliżu i czuwa, pilnuje, patrzy co ja robię (raz mnie chciał nawet zaatakować!) a nocą siada obok niej na grzędzie. Stare kury zdają się nie zwracać na nią uwagi, skupione na atakowaniu nowych, za wyjątkiem Matyldy, która rządzi i narzeka (pewnie wydaje polecenia) i ma na wszystko wy…ne, znaczy nie zaprząta już sobie głowy takimi drobiazgami jak ganianie małolatów, bo ma od tego ludzi. Czyli kury. Za to nowe, kiedy tylko zobaczą to piskle poza kurnikiem, przybiegają i atakują!!! Poważnie! Jakby nie dość miały biegania, uciekania i musiały gdzieś tę otrzymaną agresję wyładować… W zasadzie nie ma w tym nic dziwnego, dokładnie tak samo jest wśród ludzi przecież, że agresywni są tylko ci, którzy agresji doświadczyli (od starszych, opiekunów, rodziców) i że ta agresja tak po zwierzęcemu „dostaje się” najmniejszemu, najsłabszemu w stadzie. Smutne to trochę. U ludzi może też ponoć zamienić się w autoagresję… nie wiem co lepsze.
Takie refleksje dziś najszły mnie za sprawą kur. Co poza tym? Zrobiłam pierwszą w tym sezonie zupę pokrzywową i posadziłam dwa dęby. Bynajmniej nie z okazji 100drzew na 100-lecie niepodległości, tylko na dniu ziemi zostały i wzięłam, choć niechętnie, bo przecież drzewo do lasu…? Jednakowoż sadzenie drzew ma w sobie silną magię! Trochę jak obcowanie z kryształem, który żyje tysiące (miliony?) lat i czas dla niego płynie inaczej, tyle że to drzewko właśnie zaczyna. Może nie dożyje setki, kto wie, ale całkiem prawdopodobne, że będzie tu nadal rosło, kiedy my przejdziemy już w inny wymiar rzeczywistości… tudzież w zapomnienie ;)

9.05.2018
Nie jest dobrze… Znaczy już jest, ale nie było, bo tak: w kurniku żałoba, w domu choroba, w polu susza, a w pracowni bałagan – rozpoczęte obraziszcze i czasu brak… zacznijmy od tej choroby, co to ją najmłodszy złapał i nie mógł wyzdrowieć. Nadal nie wiem czy wyzdrowiał, ale plusem dodatnim tej nieprzyjemnej sytuacji jest to, że spotkałam pierwszy raz w życiu sensownego lekarza a konkretnie pediatrę, która no może nie przywróciła mi wiary w medycynę tzw akademicką, bo w końcu jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale przynajmniej wiarę w ludzi trochę przywróciła mi. Konkretnie to znajomością podstaw medycyny chińskiej, a jeszcze bardziej stwierdzeniem, że usg też szkodzi i nie można przesadzać! Znaczy ja o tym wiedziałam, ale jak wspomniałam nieśmiało ginekologowi w ciąży będąc, to mnie wyśmiał…
W kurniku zaś pojawił się lis chyba czy inny jaki drapieżnik naziemny i zjadł już 2 kury! Matyldę udało się uratować, niemalże z pyska mu wyrwać, bo leżała tuż za płotem ledwo żywa i bez ogona! Rankiem wczesnym psy strasznie rozpaczliwie szczekały i tylko dlatego w ogóle wyszliśmy zobaczyć o co chodzi… nic nie zobaczyliśmy oprócz kur naszych pozostałych wysoko na drzewach (!!!) i tej Matyldy półżywej… ale wydobrzała i jest ok. Za to Basię mąż znalazł w lesie daleko i zupełnie bez głowy, a po Goldi tylko pióra… :( piór połowę z jednej strony stracił też Arnoldzik, znaczy walczył z czymś bardzo, ale to kilka dni wcześniej było. I tak o. A nowy sąsiad podlewa trawnik w samo południe w upały… pomijając fakt, że wyciął drzewa, żeby wokoło domu tuje posadzić. Tuje w lesie, czujecie? Wycinać las żeby zasiać trawnik i posadzdziś tuje, bo w miastach tak robią…? Nie czaję tej logiki. Nie mówię mu dzieńdobry. Nie jestem zen oraz kwiatem lotosu na krystalicznej tafli jeziora. Mam emącje i nie zawaham się ich użyć!

4.06.2018
Dziś będzie tragicznie i dramatycznie z elementami masakry oraz horroru – ostrzegłam.
Gdyż otóż po 2 latach udanej współpracy oraz pełnej przygód i zwrotów akcji przyjaźni międzygatunkowej, nie mamy już kur :( Zostały same na 2 noce, ale najprawdopodobniej już pierwszej nocy przyszedł lis i wymordował wszystkie… Dwie uduszone bez śladów przemocy leżały pod kurnikiem, szczątki zjedzone do połowy walały się przed domem, a największą masakrę przedśmiertną przeżył (znaczy nie przeżył) kogut – pióra jego białymi kępami fruwały wszędzie jak za przeproszeniem stada białch gołębii na spokojnym letnim niebie… Kogut najwidoczniej walczył, choć mógł uciec na drzewo i przeczekać, bo latać potrafił całkiem wysoko i miał swoje ulubione drzewo do uciekania na. Walczył z czymś koło drzwi tarasowych, gdzie zostały porozwalane doniczki z kwiatkami i ziemia zmieszana z piórami, walczył koło skrznek na pomidory oraz pod domkiem na drzewie i wreszcie przy samej siatce, gdzie najwidoczniej nie miał już siły podfrunąć i uciec i tam go znaleźliśmy martwego… taki smutny krajobraz zastaliśmy po powrocie z weekendu…
I teraz ja mam poważny kryzys wiary. Wierzyłam dotąd w mądrość natury i naturalny porządek rzeczy w przyrodzie, wiedziałam, że jak mam kury w lesie, to prędzej czy później pożre mi je jakiś jastrząb, lis, kuna czy inny drapieżnik, który przecież też ma młode do wykarmienia i potrzebuje, a tu prawie darmowe źródło… liczyłam się z tym, rozumiem to, taka kolej rzeczy, łańcuch pokarmowy, selekcja naturalna itd… Ale jaki naturalny mechanizm sprawia, że lis w kurniku morduje WSZYSTKIE zwierzęta, nie mając zamiaru ich w ogóle zjeść, po to tylko, żeby były zamordowane i się rozkładały…??? Ani to nie logiczne, ani nie praktyczne ani nie ekonomiczne zupełnie, bo jakby zjadł jedną to nazajutrz miałby nadal kolejne żywe, a zamordowanej na drugi dzień nie zje, nie przyjdzie po nią, po prostu dusi i idzie…? Niech mnie ktoś oświeci jaka w tym logika? Potrzebuję tego teraz żeby nie znielubić lisów, tudzież nie zapisać się w trybie pilnym do najbliższego koła łowieckiego.

10.06.2018
Dawno nie wrzucałam zdjęć obrazków, więc może chociaż napiszę o malowaniu… O malowaniu na zamówienie konkretnie, które to malowanie ma swoje plusy i minusy. Plusem dodatnim jest oczywiście aspekt finansowy, w malowaniu dla siebie nie występujący, plusem ujemnym zaś fakt, że trzeba robić to, co klient sobie zażyczy, a nie co nam w duszy gra. Totalnym zaś minusem jest konieczność sprostania wymaganiom klientów niezdecydowanych i niezadowolonych. Braku gustu tudzież podstawowej wrażliwości na sztukę nie oceniam absolutnie, mimo iż wierzę, że gust to rzecz nabyta i trzeba go przede wszystki zrozumieć (tzn zadawać sobie pytanie DLACZEGO podoba mi się to a nie tamto), a potem kształtować i jak najwięcej o nim dyskutować (wbrew powszechnie panującym opiniom, że o gustach się nie dyskutuje), ale jak jesteśmy w szkołach uczeni każdy wie, co robimy na plastyce i jakie miejsce zajmuje sztuka w mediach i życiu to w ogóle szkoda gadać… Cieszę się i celebruję każde indywiduum, które wpadło na ten genialny pomysł, żeby na ścianie nad telewizorem, łóżkiem, stołem, kominkiem czy sedesem powiesić sobie prawdziwy, żywy, RĘCZNIE MALOWANY obraz i jakby klient przyszedł z fotką jeleni na rykowisku, łabędzi na tle zachodzącego słońca czy Dody w bikini, to zęby zacisnę i też namaluję! Najlepiej jak potrafię. :)
Najbardziej lubię klientów wiedzących czego chcą: chciałabym portret w stylu Monalisa ale też trochę nowoczesny, coś ala Picasso, tylko żeby grubo farby było…
Albo dających totalną wolność: potrzebuję duży obraz do sypialni w kolorze poduszek, tylko żeby grubo farby było.
A już w ogóle zniżkę daję klientom, którzy zamawiają vecartowo: jakiś obraz w temacie miłość (przyjaźni/wolności/samotności/itp), tylko żeby grubo farby było…
Nie wiem o co chodzi z tą farbą, ale zdecydowanie jest taki trend ;)
Najlepiej sprzedają się jednak akwarelki, może dlatego że są małe, tanie i niezobowiązujące: szukam jakiejś małej akwarelki na prezent, tylko żeby grubo farby… a nie, sorry.
W każdym przypadku kocham to robić, nawet te jelenie, wkładam w to serce i coś od siebie ;) Także ten… polecam wszystkim, bo obraz to nie tylko przedmiot z DUSZĄ, to maleńki kawałek życia innego człowieka.
Taka autopromocja wyjszła prawie :P

13.06.2018
Śniło mi się, że patrzyło na mnie popiersie wyrzeźbione z kolorowej modeliny, takiej dla dzieci… naturalnych rozmiarów popiersie łysego mężczyzny, którego głowa była z czystej żółtej (pewnie z braku cielistej) a koszula w czerwono-czarną kratę… rzeźbił je kolega z klasy z liceum i jeszcze nie skończył a ono już patrzyło a nawet odwracało za mną głowę! :O

23.06.2018
Kryzys mam.
Z pomocą przyjaciółki zrobiłam przemeblowanie na tarasie oraz w salonie. Jest pięknie ale nie pomogło. Korzystając z kilkunastu godzin wolności od dziecka młodszego zrobiłam remont w pokoju dziecka starszego, które wyeksmitowałam do innego pokoju, cały dobytek przenosząc własnoręcznie po schodach na górę, tylko dużą szafę wnieśliśmy razem z mężęm, a pozostałe meble (pólka, regalik, biórko) wtachałam sama… Echhh ile tego było… kartony książek, pudła klocków lego luzem i kolejne x pudeł modeli zlożonych, ciuchy, sprzęty, prace techniczne i plastyczne, papiery i papierki, śmieci i śmietki, pamiątkowe pudełeczka z zasuszonym czymś nieokreślonym, pamiątkowe pestki po czereśniach z ubiegłego sezonu (zebrane w kupkę), kamienie z gór i muszelki z mórz oraz kurz! Wszędzie kurz w ilościach hurtowych! Kilogramy kurzu przemieszane z kilogramami klocków zalegających za szafkami i pod łóżkiem, a pomiędzy tym wszystkim wysoko rozwinięta społeczność pająków cienkonogich … masakra. I nie to, że nie było sprzątane, ponoć było co tydzień, ale sprzątanie polegało na utworzeniu przejścia w warstwie klocków po kostki, na podstawowych ciągach komunikacyjnych czyli od drzwi do łóżka i okna, które to przejścia były odkurzane odkurzaczem a reszta nie. Masakra… No ale teraz jest czysto, prawie pusto i pięknie i jest tam pokój dziecięcy dla dziecka młodszego, bardzo tym faktem zachwyconego. Nie powiem brawo ja, gdyż zakwasy i inne urazy, oraz rozpacz starszego po powrocie z zielonej szkoły, zepsuły połowę satysfakcji… Bynajmniej nie z powodu że był zaskoczony, po prosu popsułam mu lego! Czujecie? Zastanawiam się gdzie popełniliśmy błąd i o czym myśleliśmy nie wprowadzając od maleńkości musztry i niemieckiego porządku..? :P O wolności i swobodzie i naturalnym rozwoju dziecka…? Że kiedyś przecież sam zrozumie, że jego naturalną potrzebą jest ład i porządek wokół i zacznie sprzątać??? BUAHAHAHAHAHA!!! ;D człowiek naiwny jest i całe życie się uczy, a że wzorce miał słabe, to lekko nie jest… także ten.. do następnej przeprowadzki nie zaglądam do jego nowego pokoju, ale może się okazać, że to będzie jednak prędzej, zanim obudzi się w synu naturalna potrzeba ładu i porządku tzn zanim zacznie zapraszać koleżanki…

17.09.2018
Dawno nie pisałam… bo dawno nic mnie w moim szarym życiu nie zachwyciło. Ale teraz uwaga – będę się zachwycać.
Jeśli ktoś lubi fantastykę (tak jak ja) oraz wielbi Olgę Tokarczuk (tak jak ja), to właśnie ukazała się książka jego życia: „Opowiadania bizarne”! Już dawno nic przeczytanego nie poruszyło mnie tak mocno i dogłębnie jak trzy z tych opowiadań. To nie jest łatwa, lekka i przyjemna lektura, przeciwnie – wali po czaszce – odpala fajerwerki w mózgu i wali z liścia po sumieniu jednocześnie. Utwierdza w schizofrenicznym przekonaniu, że cała ta fantazja, cała ludzka wyobraźnia nie wzięła się z nikąd, że gdzieś tam w historii dawnej, przyszłej lub równoległej było/będzie/jest właśnie TAK. I że to wszystko, jakkolwiek absurdalnie i odlotowo brzmi, to wszystko jest qrva prawda! :O Prawda o gatunku ludzkim w całości i kilka całkiem prawdopodobnych historii jednostkowych, napisanych tak przekonująco, że trudno mi nad tym przejść obojętnie i suchą nogą wrócić do własnego nierelanego życia… taka schizofrenia. Kocham Olgę Tokarczuk! :D

2.10.2018
Śniło mi się odrzucenie. Śnił mi się ten jeden, który mnie nie chciał. Kropla goryczy w beczce miodu mojego sielskiego ponoć życia… Bolało. Może boli nadal w najgłębszym zakątku podświadomości, gdzie schowałam inne, poważniejsze odrzucenia z zamierzchłego dzieciństwa..?
Usychałam powoli przez te 7 lat chudych. Zaraz mam urodziny. Okrągłe, licząc 7-letnie cykle, teraz będzie na tłusto, teraz będzie lepiej, teraz pokocham siebie z wzajemnością i miłość zapanuje w moim domu… gdziekolwiek zamieszkam. Z wygnania wróci mój Anioł Stróż i wszystko będzie wspaniale.
Odszedł dokładnie 7 lat temu, ostatni raz widziałam go w pekaesie Grójec-Warszawa – krzyczał żebym wysiadła. Wysiadłam. On chyba też ale na innym przystanku..? Z początku nie zorientowałam się, że go nie ma, życie toczyło się dalej, zrobiłam prawo jazdy na motor, trochę więcej płakałam, zwłaszcza w supermarketach, w alejkach z klopsami i majonezem, w tłumie ludzi. Jakbym straciła filtr na brutalną rzeczywistość, jakbym straciła spoiwo i zaczęła rozpadać się na atomy… Dopiero po kilku miesiącach jedna kobieta rozmawiająca z aniołami zaproponowała, że porozmawia z moim. Chciałam, spróbowała, spróbowała jeszcze raz, a potem zaczęła coś niewyraźnie tłumaczyć, że tak się czasem zdarza, że One czasem odchodzą, że potem przychodzą nowe, że muszę poczekać… i sama szybko odeszła. A ja nadal czekam.
Był androgeniczny, miał rude loki – jak większość aniołów na gotyckich obrazach. Pierwszy raz go poczułam kiedyś w pracy na wyjątkowo prowizorycznych rusztowaniach. Skakał za mną albo przede mną po tych rusztowaniach i bardzo mu byłam wdzięczna, że przy całej tej prowizorce wszystkie deski leżały zawsze na tyle prosto i solidnie, żeby utrzymać moje 55kg nieskoordynowanej wagi.
Jestem mu wdzięczna, że wysiadłam wtedy z tego pekaesu ale…
chciałabym żeby już wrócił.

25.10.2018
Listopad za pasem, czas rośliny doniczkowe z tarasu zaprosić z powrotem do domu. Wiosną powynosiłam prawie wszystkie – przyjemnie się zazieleniły, rozrosły, zmężniały i teraz wcale nie chciały wracać! Przymrozki idą – mówię im – wichury i zamiecie, ten cienki sznureczek przeciw letnim burzom więcej was nie ochroni! A one nic – uparły się, dumne, że co im tam wiatr i deszcz, a awokado że do -5 daje radę …no w zeszłym roku dało, ale cytryny to już niekoniecznie. No to niech cytryny wracają same! ..i taka z nimi rozmowa. Przecież trzeba rozmawiać z roślinami doniczkowymi, eksperci radzą, to rozmawiam! Rozmowne wyjątkowo są i uparte… W końcu wniosłam do domu siłą. Stoją obrażone na schodach, parapetach, podłogach, tylko fikus zadowolony, bo dość już miał towarzystwa i tłoku a teraz ma dla siebie cały jeden pokój! A dom wygląda… jak nie dom! Cały jest teraz do wnętrza zwrócony i żywy jakby gości właśnie przyjmował i na nikogo więcej nie czekał!
Z rozpędu zamiotłam z tarasu resztki kolorów, zanim zjadłam ostatnie winogrona wiatr już zasypał mnie od nowa. Wiem, zmiatanie liści w taką pogodę to absurd. Zmiatanie liści w ogóle to głupota, ale skoro ogródek już zamknięty a odśnieżać jeszcze nie trzeba to co mam robić? Biegać??? ;)

6.11.2018
Wtorek
Budzisz się przed budzikiem, ale nie jest to przyjemna, naturalna pobudka po zdrowo przespanej nocy. Czujesz, że dziecko już nie śpi, pewnie to ono cię obudziło. Otwierasz z trudem oczy. Siedzi w swoim łóżeczku na wprost i patrzy na ciebie bez słowa. Cichutko, jak nigdy. Trzeźwiejesz momentalnie, wyobrażając sobie co zrobił, że tak cicho czeka – może kupę i żeby ci „ułatwić” zdjął sobie pieluszkę i teraz w napięty, zaplanowany co do minuty grafik poranny trzeba będzie włączyć mycie, pranie i kąpiel dziecka!? Minimum 20 minut spóźnienia – szacujesz błyskawicznie. Ale jest ok. Kupy brak, innych awarii też… póki co. Wstajesz i zaczynasz dzień.
Starszy wraca trzy razy do domu bo zapomniał najpierw szalika, potem jakiegoś zinksa a na koniec rzeczy na basen. Warczy na ciebie, zły, że zapomniał, że mu przypomniałaś, albo że wywracasz oczami. Zapomniał też umyć zęby i o to się kłócicie. Nienawidzisz kłócić się ze starszym synem. Nienawidzisz jak się „wymądrza” tzn szuka wymówek, choć wie, że skwasił. Nienawidzisz listopadowych poranków w tym mało satysfakcjonującym życiu.
Pod szkołą wychodzi z samochodu bez słowa, nawet nie trzaska drzwiami, po prostu idzie i znika za bramą. Spotykasz znajomego, który przywiózł swoje dzieci. One też wychodzą jakby nieprzytomne – coś do jednej mówi a ona patrzy i nic się nie dzieje. On powtarza, pytanie chyba, ale dziewczynka nadal tylko patrzy, jakby jeszcze spała. Czujesz się podobnie. W końcu dzieci znikają za bramą i myślisz, że na tym już zawsze będzie polegać twoje życie – na wstawaniu rano, ogarnianiu dzieci, pracy w domu, ogarnianiu dzieci i śnie, zawsze zbyt krótkim. I że ta brama to metafora wszystkiego, bo oni właśnie tak kiedyś znikną. Podwozisz ich tylko do względnej dorosłości i kiedyś zostawisz we względnie bezpiecznym miejscu a potem będą musieli radzić sobie sami… Trochę chciałabyś, żeby to było JUŻ.
Po powrocie do domu robisz drugie śniadanie młodemu, pierwsze sobie i obiad wszystkim. Wypijasz dwie kawy i idziesz spać wraz z dzieckiem. To jest jedyny plus tej dołującej sytuacji – możesz się zdrzemnąć w ciągu dnia. Choć zazwyczaj tego nie robisz, bo szkoda ci cennego czasu samotności, który można wykorzystać na czytanie, szycie, malowanie czy choćby przejrzenie poczty, odpisanie na 462 zaległe maile, do znajomych, którzy już dawno przestali dzwonić czy pisać i do tych wytrwalszych, którym się jeszcze czasem zdarza… Powinnaś też zapłacić rachunki. Olewasz wszystko. Nawet pracę rozpoczętą na górze. Chwilę zastanawiasz się czy z twoją powłoką fizyczną wszystko dobrze, skoro wypiłaś dwie kawy, przespałaś przecież noc a mimo to nie potrafisz ustać na nogach… może to rak, może serce, może depresja z przemęczenia, a może tak wygląda starość…?
Spacer. Listopadowe słońce ledwie wyczuwalnie grzeje twarz. Jest tak odległe, że właściwie grzeje chyba tylko sama świadomość, że świeci słońce, choć 15stopni to i tak wyjątkowo ciepło jak na tę porę roku. Jedni twierdzą, że klimat się ociepla i będzie coraz gorzej, bo coraz goręcej, inni że to bieguny się przesuwają i docelowo u nas nastanie klimat tzw śródziemnomorski. Osobiście nie lubisz pesymistów więc skłaniasz się raczej ku tej drugiej wersji, poza tym w młodości czytałaś jakiegoś Klimuszkę i on też to przewidział.
Młody co chwila strajkuje i odmawia dalszej wędrówki w którąkolwiek stronę – ani na nogach ani w wózku – ot taki po prostu bunt dla zasady, żeby zaznaczyć swoją niezależność. Jak choćby wtedy, kiedy zbuntował się przeciw siadaniu na nocnik i nasikał na podłogę w łazience… Albo kiedy upiera się że chce np jeść, ty mu dajesz a on robi z tego masakrę na pół kuchni… mimo iż przypięty był pasami do fotelika dziecięcego i zdawało ci się, że zasięg powinien mieć trochę mniejszy… znowu sprzątasz ty. Twoje życie teraz to głównie sprzątanie, pranie, gotowanie, ogarnianie szarej codzienności. W takich momentach (a jest ich WIELE) masz ochotę strzelić sobie w łeb i utwierdzasz się w przekonaniu, że nie jesteś stworzona do macierzyństwa. Choć przecież chciałaś. Nie należysz do kobiet, które potrafią czerpać satysfakcję z czystej łazienki, smacznego obiadu czy nawet zdolnych dzieci.
Dzieci wieczorem przybywa. Kiedy już położyłaś młodego spać, po ciężkiej walce zwanej kąpielą i zalegasz z ulgą na sofie, wraca reszta. Mąż przywozi starszego z basenu w towarzystwie szkolnych koleżanek, bo byli umówieni na dziś na nocowanie, więc nagle masz troje… Ale jest ok. Starają się nawet być cicho żeby nie obudzić dziecka. Starsi są bezproblemowi. Poza tym w towarzystwie dziewczynek twój syn też robi się bardziej cywilizowany. Zawsze zazdrościłaś matkom małych dziewczynek.
O 20-tej idziesz na górę do pracowni i zaczyna się twój dzień pracy „zawodowej”. Krótki, 3-4 godzinny dzień, żeby zdążyć się jeszcze potem wyspać. Taki detoks po dniu wypełnionym ścieraniem sików z podłogi, zmywaniem garów i znoszeniem histerii.
Gdyby nie te wieczory już dawno skończyłabyś w wariatkowie…

21.11.2018
– no to może blondynka, zobacz ta już chyba pełnoletnia – pokazuję mężowi słitfocię z tapirem
– aaaa! z tą toną makijażu?! wyobraź sobie że ona go przytuli! przecież dziecko nam będzie śmierdziało tym pudrem jak po całodniowej imprezie rodzinnej! pewnie jest do tego wyperfumowana jak skunks!
– no tak.. trzeba by go kąpać codziennie… to może pani starsza? ma już pod trzydziestkę, dwoje dzieci, doświadczenie…?
Ze żłobkiem nie wyszło, szukam opiekunki. Dałam ogłoszenie na fejzbukowej stronie ogłoszeń lokalnych, więc anonimowo i spośród całkiem sporej liczby odpowiedzi wybieramy te najciekawsze… znaczy się podglądamy obcych ludzi na fejsie szukając tych ciekawszych! ;D no mówię Wam, jaja! Ja wiedziałam, że ludzie są różni i trzeba to uszanować… ale… zaprawdę powiadam wam: uważajcie co udostępniacie publicznie oraz jak komentujecie publicznie, a jeżeli pracy szukacie to ukryjcie natenczas pozornie żartobliwą informację o zatrudnieniu w stylu że SZLACHTA NIE PRACUJE czy że TYLKO PLEBS HARUJE JA LEŻĘ I PACHNĘ, tudzież że PRACA NIE OPŁACA, albo BOGATY NIE MUSI, albo że DOBRZE URODZONY RĄCZEK SE NIE BRUDZI i tym podobne, w normalnych okolicznościach może nawet i zabawne ale szukając pracy to raczej nie pomagające. Miałabym jeszcze kilka rad bardziej konkretnych, ale nie będę się wymądrzać, bo w sumie i mnie mogą sprawdzić :P

24.12.2018

Święta z rodziną
Całe życie słyszysz z różnych mądrych źródeł że twoje ciało należy do ciebie i nikt nie ma prawa ci mówić kim być, co czuć, jak żyć, że możesz robić co chcesz, wyglądać jak chcesz, ubierać się w co chcesz… a potem przychodzą święta z rodziną.
– w co Olaf się ubierze na wigilię? – pyta babcia przeglądając ze zdziwieniem plecak wnuka spakowany na tydzień pobytu.
– twój syn to nie ma ŻADNEJ białej koszuli??? – rzuca z wyrzutem dziadek… – no tak, gdyby poszedł do komunii to by miał…
Jasna sprawa.
To zupełnie nie twoje święto ale spotkanie raz na rok człowiek winien jest rodzinie, więc idziesz. Chora, nie chora, przeglądasz szafę pełną dawno już przeterminowanych rzeczy, choć najchętniej ubrałabyś się w koc. Ewentualnie cieplejszy szlafrok z wszytym termoforem. Wspominając liczne święta spędzone w Dojczlandzie, dochodzisz do smutnego wniosku, że tam jednak czułabyś się lepiej, bo tam nikt, ale to nikt nie przywiązuje wagi do wyglądu zarówno innych jak i nawet własnego i tam możnaby się ubrać nawet w koc.
A po całym wieczorze w małej czarnej, która okazała się jednak całkiem wygodna, bo luźna w pasie że można żreć do woli, wylądowawszy w hotelu, bo rodziny przybyło tak dużo, że nie zmieściła się w całości w domu, w hotelu, którego czasy świetności przeminęły jeszcze przed drugą wojną światową, siedząc na kiblu, dostajesz gupawki na widok papieru toaletowego, bo zawieszono go tak daleko, że trzeba wstać żeby sięgnąć, a ty wypiłaś dziś wystarczająco dużo tradycyjnego wigilijnego absyntu, który pomaga ponoć nie tylko na świąteczny weltschmerz ale i na chore gardło… no więc zanosisz się głupkowatym śmiechem na tym kiblu i dochodzisz do kolejnego w tym dniu odkrywczego wniosku, że jednak warto czasem wyjść spod koca wbrew własnej woli i że fajnie spędzić czasem święta z rodziną… Nazajutrz chrypisz i charczysz jeszcze bardziej ale weltszmerca nie ma! Odszedł, znikł bezpowrotnie do następnego razu, życie nabrało znów barw, dzień robi się coraz dłuższy, narodziło się Słońce, życie jest znów piękne!
Niech i dla Was wszystkich którzy to czytacie życie będzie zazwyczaj piękne! :D