2018

Jakaś styczniowa sobota rano, śniadanie rodzinne przed wyjazdem na zimowisko, Olaf lat 8 i pół wzdycha ciężko i mówi:
– no… osiem lat… czas już chyba zacząć szukać sobie żony…
jedzenie zatrzymuje się nam w połowie drogi do otworów gębowych, po chwili konsternacji mąż śmieje się nerwowo, ja mrugam intensywnie (przecież może jeszcze śpię?)
– no cośty! – w końcu wyprowadzam syna z błędu – musisz mieć co najmniej OSIEMNAŚCIE!
– osiem czy osiemnaście, to raptem 10 lat różnicy, zleci nie wiadomo kiedy – odpowiada on najwidoczniej już zdecydowany i z podstawami matematyki zapoznany.
I taki zdecydowany pojechał na ten obóz. Obóz „konstruktorów Lego”, więc jak można się było spodziewać, kandydatki na żonę nie przywiózł, gdyż w grupie byli sami chłopcy…
Póki co temat ucichł ale groza wisi w powietrzu – przecież faktycznie czas pędzi nie wiadomo dokąd i nie wiadomo kiedy! ;)

9.01.2018
Zastanawiam się czasem (a ostatnio dość często), w którym momencie świat skręcił w złą stronę. Czy może nie chodzi tu o moment w czasie tylko o jakiś krzywy gen, odpowiedzialny za to zboczenie w człowieku…? Chodzi o to konkretnie, że z każdej durnej stacji radiowej dowiem się kiedy i gdzie odbywa się aktualnie jakaś olimpiada, turniej, konkurs, wyścig czy inne wydarzenie sportowe, mimo, że nie interesuje mnie to absolutnie, a jeśli chodzi już o konkursy muzyczne, plastyczne, teatralne czy inne kulturalne wydarzenia, to poza konkursem Chopinowskim raz na 5 lat, w eterze cisza! Tzn w internecie znaleźć można oczywiście wszystko, ale trzeba szukać, a sport jest nam wtłaczany siłą! Po co??? Większość powie, że się tym interesuje – tak jak mój 8-letni syn, który widząc emocje babci i dziadka przyjął, że to jest coś emocjonującego… hmmm… naprawdę??? Przecież kibicować „naszym” można tak samo w każdej dziedzinie, nie tylko w sporcie. Ja rozumiem że sport nie wymaga wysiłku intelektualnego, że kanalizuje instynkty najprymitywniejsze, że daje (złudne) poczucie przynależności, no i że przede wszystkim – chleb i igrzyska – to to, czego ludzie jako masa potrzebują najbardziej, żeby nie myśleć zbyt wiele i się nie buntować przeciw ustalonemu porządkowi świata. Rozumiem to wszystko, jednak zastanawia mnie dlaczego tak jest? Czy zawsze tacy byliśmy? Czy w którymś momencie ktoś nam coś w genach zmanipulował? I po co? Tzn jaka jest w tym korzyść z punktu widzenia natury – czyli kontynuacji, przedłużania gatunku, ewolucji? Nie umiem znaleźć żadnej… A jeśli to nie natura tylko zewnętrzna ingerencja/plan, to też pytanie PO CO? Czy BÓG – stwórca (załóżmy że był taki), miałby interes (tudzież frajdę) ze stworzenia człowieka, który jest tak podatny na manipulacje i tak „łatwy w obsłudze”? Jeśli tak to JAKI interes?
…takie przemyślenia przy szydełkowaniu ;)
Co poza tym? Ano poza tym, w codziennym życiu też słabo: lokatorzy zagrzybili mieszkanie oszczędzając na ogrzewaniu i zaklejając wentylację (bo wieje zimnem), wchodzę tam jak do łaźni parowej, po 5 minutach jestem cała mokra, woda ścieka po oknach strumyczkami (!!!) a „blondynka” do mnie zdziwiona że coś jest nie tak z tym mieszkaniem, bo pranie jej już 3 dzień nie schnie…. aAaAaAaAaAa….

17.01.2018
chłopaki mi powyjeżdżali… jeden na ferie na zimowisko, drugi do pracy służbowo, został tylko najmłodszy, ale kiedyś i on dorośnie, wyjedzie i zostanę totalnie sama! będę starą, samotną zdziwaczałą kobietą, która mieszka w lesie ze swoimi psami, kotami, kurami, która zimą dokarmia sikorki, wiosną drepcze boso po błocie, latem sypia w hamaku a jesienią przegania grzybiarzy… taka mroczna wizja objawiła mi się dziś.

19.01.2018
chciałabym mieć znów 19 lat i żeby było lato a ja bym wracała rowerem z przetwórni owoców, gdzie pracowałam na nocki w wakacje… i byłby świt całkiem rześki, choć ciepły, a ja byłabym głodna, zmęczona i przesiąknięta zapachem drylowanych wiśni, ale szczęśliwa i na tyle silna, żeby po całej nocy stania przy taśmie przejechać rowerem te 20 km i nawet nie poczuć… a następnego wieczora byłaby impreza u Adama, bo jego mama poszła na pielgrzymkę i chata wolna i pieklibyśmy piccę, pili wódkę i darli ryje przy już wtedy starych przebojach Lombardu czy Bajmu… tacy beztroscy i wolni i nieświadomi i wszystko byłoby jeszcze przed nami a my byśmy na to wszystko czekali z niecierpliwością, bo nikt nam nie powiedział jak naprawdę wygląda dorosłość i że nie ma się wcale do czego tak spieszyć ani na co tak cieszyć…
chciałabym mieć znów 19 lat, naiwność, ufność, perspektywy… starość byłaby po trzydziestce a śmierć byłaby abstrakcją.

29.01.2018
Himalaje – to brzmi dumnie
No i wydało się po raz kolejny jakimi jesteśmy niepoprawnymi romantykami. My – Polacy znaczy się. Oraz jak potrafimy się zmobilizować, zebrać do kupy i solidarnie pomagać. To piękne generalnie – przynajmniej to o bezinteresownym pomaganiu, bo cała ta „ułańska fantazja” i romantyzm to już kwestia dyskusyjna… Jednakowoż etos bohatera, ginącego w jakiejśtam walce, ciągle działa i mało kto odważy się zakwestionować zasadność tej „walki”. No ale tacy właśnie jesteśmy :) Niemiec by wyśmiał niepraktyczność, Francuz obojętnie wzruszył ramionami, Amerykanin przekalkulował jak to wykorzystać. A Polak się zebrał, pojechał, pomógł i jeszcze zrobi składkę na utrzymanie żony i dzieci. A może to też stereotypy…? A może mamy taki brak szaleństwa w codziennym życiu, że podziwiamy każdego, kto się odważył „zaszaleć”? Nie wiem, nie znam się na wysokich górach, nie mam zdania na ten konkretnie temat. Smuci mnie tylko, że nikt nie wesprze samotnej matki z trójką dzieci, której mąż – bohater – zginął w zwykłym wypadku samochodowym w drodze do pracy, która to praca też mogła być jego codzienną walką i przekraczaniem granic… nie ważne, za mało medialne, nie brzmi tak dumnie jak Himalaje…? A może to my – kobiety mamy problem z tym, że zakochujemy się częściej w tych nieodpowiedzialnych szaleńcach, wiecznie nieobecnych, którzy nigdy nie będą dobrymi ojcami i że koniec końców robimy ich tymi ojcami, w nadziei że kiedyś się zmienią…? A oni i tak znikają.