2017

dialogi w pół drogi ze szkoły (końcówka jakiegoś erpega):
– i on cię nagle ciacha tym mieczem, co robisz?
– umieram
– dobra, odradzasz się w przyszłym życiu jako kot, co robisz?
– miaaau…
– nagle widzisz psa, pies cię zagryza, umierasz…
– miau?
– odradzasz się jako szatan, ale jesteś w niebie, anioły cię atakują, umierasz.
game over
a po powrocie Olaf na poważnie i z wielkim przejęciem mówi mi, że w salonie po podłodze właśnie przebiegł biały królik! nie wiem czego oni się dzisiaj nawdychali na tej chemii „robiąc prawdziwe srebro” i jak długo utrzymają się skutki uboczne i czy są zaraźliwe, ale właśnie usłyszałam jakieś szelesty w kącie za sofą! :O chyba idę szukać tego królika…

Obiecaną sobie aktywność fizyczną rozpoczęłam w nowym roku od lodowiska… bo Olaf się w łyżwy wciągnął i mnie wczoraj wyciągnął. No więc w płaszczyku z torebusią, choć należało raczej założyć narciarską bieliznę termiczną przeciwpotową, gdyż pot zalał mnie już po 2 (słownie dwóch) okrążeniach! Ze zmęczenia i zadyszki… masakra! Weszliśmy na godzinkę, wytrzymałam ledwo pół. Poza kondycją straciłam też filtr ochronny na rzeczywistość i dotyka i boli mnie wszystko co złe, a że zła we współczesnym świecie dużo, to cierpię bardzo. Dziś na ten przykład było u nas w lesie polowanie – zorganizowana masowa nagonka na nasze dziki zza płota, z którymi żyjemy przecież w zgodzie od lat…  :( Terenówka wypełniona jakimiś zakrwawionymi reklamówkami na tylnym siedzeniu oraz psami wjechała na naszą drogę, kierowca zniknął a w lesie strzelają… więc wezwałam policję. Policja owszem bardzo szybko i sprawnie zareagowała ale dowiedziałam się że wszystko jest w porządku, bo to jest normalne zorganizowane polowanie…
..no i jak tu żyć w takim świecie, jak żyć??? Kondycję fizyczną jak odzyskać to mniej więcej wiem ale filtr na brutalną rzeczywistość? :O

Jadąc rano stałą trasą do szkoły, mniej-więcej ciepłym samochodem, mijam codziennie te same osoby na mrozie: pana z plastikowym wiadrem – przed ostrym zakrętem, kolesia z puszką piwa – koło sadu niezbieranych jabłek, dziadka na rowerze – to różnie. I taka mnie nachodzi refleksja, że to raczej oni (i jeszcze młody policjant bez szalika) będą żyli długo i zdrowo (z wyjątkiem tego z piwem), bo zahartowani i przyzwyczajeni do zimna i ruchu, a nie my, co wszędzie wozimy cztery litery samochodami a ruchu zażywamy tylko w ciepłych siłowniach czy innych salach gimnastycznych… no i generalnie trochę współczuję, ale głównie zazdroszczę…
Pozazdrościłam też dziewczynom w urzędzie skarbowym, że mogą się „ładnie” ubrać do pracy i w sumie lekka taka praca – komputer, kawusia, papiery i LUDZIE ciągle nowi wokoło…
Także ten… a w domu spoko – kury przeżyły najgorsze mrozy, więc teraz będzie chyba tylko lepiej i jajek znów więcej. Józio rośnie i nadal jest ZEN – spokojnie instaluje się na Ziemi, prawie nie płacze, głównie śpi albo leży i analizuje dane, regularnie pobiera aktualizacje z kolejnymi porcjami mleka a potem znów usypia i budzi się za każdym razem ciut bardziej. Więc ogólnie jest całkiem fajnie tylko wiosny trochę brak :)

30.01.2017
I tak oto po nastu latach względnie udanego pożycia małżeńskiego zrobiłam coś absolutnie niewybaczalnego – otóż w naszym cudnym małym fiaciku złapałam gumę i (rzekomo) NIE ZAUWAŻYŁAM TEGO tylko jeździłam dalej przez „kilometry całe” narażając tym samym życie i zdrowie własne oraz syna starszego a przede wszystkim niszcząc mienie wspólne w postaci samochodu osobowego… Pan mechanik w wulkanizacji próbował jeszcze ratować nasze małżeństwo tłumacząc, że czasem się zdarza, że i po 100metrach na flaku opona nadaje się do wyrzucenia oraz pokazywał inne naprawdę spektakularnie zniszczone, ale męża to nie przekonało i… papiery rozwodowe są w drodze, porozumienia nie będzie, wina jest jednoznacznie moja!  Nie wiem doprawdy jak mogłabym jeździć i nie poczuć że coś jest nie tak, ale faktem jest, że wsiadając nie sprawdzam całego samochodu naokoło czy wszystko ma na swoim miejscu… także ten… nie jest dobrze. Do tego babcia wyjechała i zostałam sama i chyba kupię sobie telewizor, żeby mieć z kim pogadać o polityce czy na inne poważne życiowe tematy :P

1.02.2017
o fizjologii, styropianie, krwi i nowych trendach
ciało kobiety to jest jednak cud natury! moje własne konkretnie też ;P nie mogę wyjść z podziwu! z jednej komórki (no dobra dwóch) jest w stanie wytworzyć całego kompletnego człowieka, zregenerować się w ciągu miesiąca po porodzie do stanu względnie normalnego, wyprodukować dzienie nawet 1,5 litra (!!!) mleka – i to przez kilka miesięcy! zregenerować się po nieprzespanej nocy przy pomocy jednej słabej kawy i funkcjonować cały dzień (produkując to mleko i dźwigając ciężary) i jeszcze statystycznie żyje dłużej niż mężczyzna! Łazariew pewnie powiedziałby że to właśnie dzięi temu wszystkiemu czyli nieustannemu oddawaniu energii własnej…
co poza tym? złapałam gumę także w wózku dziecięcym oraz zakupiłam 100litrów granulatu styropianowego, na uzupełnienie sflaczałej już pufy-fotela… granulat spoko, uzupełnianie gorzej – nigdy tego nie róbcie w domu! ;) oraz że w kurniku totalna masakra, bo koguty się biją, ale tak na śmierć i życie i codziennie krwią ociekają od grzebienia w dół… przygarnie ktoś koguta? ;) kogut mądre zwierzę – szybko się uczy i przywiązuje, ładnie pieje co rano a wychodząc z nim na spacer po mieście (na smyczy za nóżkę) wzbudzicie z pewnością prawdziwą sensację! po kilku miesiącach ludzie zamiast z psami będą wychodzić ze swoimi kogutami i kurami (widzę to bardzo wyraźnie)! jest to oczywiście propozycja tylko dla odważnych, ekscentryków, warszawskich hipsterów lub kreatorów nowych trendów. ;)

8.02.2017
o służbie zdrowia i polityce czyli o tym jak nie jest dobrze ;)
Józio, który oficjalnie jest Milanem rośnie, tyje i ma się dobrze. Był na pierwszym „przeglądzie” gdzie po raz pierszy straszliwie i głośno się popłakał, więc nie to że nie umie, po prostu na codzień nie ma powodu! I to kolejny powód i dowód, że służba zdrowia to złooo… ;) Zaczął się też świadomie uśmiechać (bo wcześniej tylko przez sen) i uśmiecha się albo do nas – domowników albo do obrazu… jeden ma szczególnie ulubiony do śmiania i gadania, to znaczy reaguje nań bardzo emocjonalnie, ale wpatruje się we wszystkie – pewnie dlatego, że kolorowe są, choć ja tłumaczę to sobie po swojemu-vedikowemu ;)
Poza tym osiągnęliśmy już etap, kiedy śpimy w nocy za jednym zamachem aż 4 godziny, więc przełom, bo znów MAM SNY! ;P i śnią mi się wakacje, słońce, plaża, długie zjeżdżalnie prosto do morza, romanse, cenne skarby odnalezione albo nowe wielkie domy pełne nieodkrytych pomieszczeń – gigantyczny zakurzony potencjał do zagospodarowania… czyli wszystko to czego mi chwilowo brak w życiu doczesnym (oprócz potencjału) ;)
Ha, no i dostałam 500zł. na drugie ziecko! Doprawdy minimum formalności – maksimum przyjemności (tak by to mogli reklamować), bo panie w gminie przemiłe, pomocne i jeszcze na pierwsze dziecko chciały mi dać, bo u nas we wsi to prawie każdej rodzinie przysługuje, skoro zimą nikt nie pracuje i dochodów brak… nie załapałam się ale na zasiłek macierzyński to i owszem i to równie łatwe było – wystarczyło zadeklarować słownie bezrobotność własną… echhhh. Staram się nie wypowiadać na tematy polityczne ale… w złą stronę zmierza ten kraj ;)

12.02.2017
Olaf złapał i przyniósł do domu jakieś przeziębienie (ot biegał boso po śniegu, bo mu koleżanka dała taki „czalendż”) i z tej okazji odkurzyłam stary termometr. Nie działał – pokazywał że mamy wszyscy od 34,8 do 35,2 więc trochę jakby mało, zwłaszcza, że WSZYSCY troje mieć tak mało nie możemy. Więc wygrzebałam drugi jeszcze starszy – to samo. Jak nic stare baterie, myślę sobie, nie działają, więc zakupiłam nowe, wymieniłam – to samo… No cóż,  termometr rzecz krucha – może się zepsuł, upadł, zestarzał od nieużywania – czas kupić nowy… Przebolałam, zakupiłam i co??? To samo! Wszyscy w rodzinie mamy od 34,8 stopnia Celsjusza (to ja) do 35,4 (to mąż, Olaf gdzieś pomiędzy, Józiowi nie mierzyłam)… No albo stygniemy już z tej przydługiej zimy albo wszyscyśmy chorzy i osłabieni albo… nie wiem. Ktoś mi to może jakoś ciekawie wyjaśnić? Przyjmę wszelkie wytłumaczenia niekoniecznie logiczne. ;)

z serii „chujowa pani domu”
zdarza się czasem w życiu chujowej pani domu taki dzień, kiedy poczuje się wyjątkowo dobrze i pewnie w swojej roli – dziecko śpi, obiad ugotowany, dom ogarnięty – jak prawdziwa gospodyni niemalże! i tak niesiona tą falą nieuzasadnionej euforii zapragnie… upiec szarlotkę! niestety rzeczywistość szybko sprowadza ją na ziemię, bo nawet gdy jakimś cudem okaże się, że są w kuchni wszystkie potrzebne składniki i że chęć do pracy nie wygasła po przeczytaniu 15 stron”łatwych” przepisów, to zawsze może okazać się, że… piekarnik chwilowo nie nadaje się do użytku, gdyż nikt nie posprzątał i nie umył blach po zapiekance… świątecznej…? co prawda formy życia rozwijjające się od tygodni na resztkach warzywno-rybnych (!!!) nie wynalazły jeszcze koła, ale ewolucja trwa w najlepsze więc trzeba je w trybie pilnym eksterminować, piekarnik poddać dezynfekcji, w trakcie których to czynności chęć i zapał do pieczenia z reguły gwałtownie wyparowują no i dziecko budzi się z drzemki, także ten… szarlotki znów nie ma… :P

14.02.2017
chodząc z wózkiem do asfaltu i z powrotem (bo tylko tyle mamy odśnieżone w lesie) jak po więziennym spacerniaku, snuję plany ucieczki (cóż mi pozostało?)…  no więc na początek zaplanowałam sobie duże europejskie miasta (byle dalej od lasu) – conajmniej jedno na rok odwiedzić muszę – może być krótko na weekend. na początku listy jest Paryż, Rzym, Londyn, Petersburg, bo nie byłam dawno tudzież wcale a bilety tanio można nabyć lotnicze ponoć. ktoś chętny lecieć ze mną albo spotkać się na miejscu gdzieś tam? realnie myśląc pierwszy raz wyrwę się wczesną jesienią, ale planować można już ;)
***
są też takie dni w tym cudownym okresie wczesnego macierzyństwa, kiedy widząc swoje odbicie w lustrze rano, po średnio przespanej nocy, półprzytomnie jeszcze chwytasz za nożyczki i obcinasz sobie włosy… żeby nie sterczały, żeby coś zmienić, żeby poczuć się lepiej tudzież dobić, obudzić się bardziej, albo po prostu na złość… po czym okazuje się, że na tę absurdalną czynność zużyłaś cały wolny czas minidrzemki i umyć się już nie zdążysz… w kolejną minidrzemkę, nauczona błędem, kalkulujesz szybko co jest w tym momencie życia dla ciebie najważniejsze: wysikać się, ubrać się czy zjeść śniadanie?
pociesza cię jedynie nabyta z wiekiem i doświadczeniem świadomość, że to minie… że wszystko mija – ostatecznie, szybko i bezpowrotnie…
znów obcięłam włosy  – znaczy tym razem mama mi obcięła, bo fryzjerom nie ufam :P i wyszło tak krótko i głowę mam taką lekką, że żadna poważniejsza myśl się tam długo nie utrzyma (chodziłabym pewnie z głową w chmurach gdyby nie sufit)…
oraz zjadłam trzy pączki! mimo iż pączków nie lubię… ale ja teraz taka żarta jestem, że zjem wszystko i w każdej ilości i przy tym chudnę! znaczy idzie mi w cycki, czyli sytuacja idealna, wymarzona, niech trwa jak najdłużej ;D
oraz otworzył się przede mną zupełnie nowy świat kontaktów towarzyskich odkąd zamieniłam w telefonie kartę na abonament! …no ale skoro i tak rejestrować trzeba było i dane swoje osobiste podawać, zniknął ostatni argument ZA drogą kartą (jedna ustawa antyterrorystyczna i byznes komórkowy znów się kręci)… także ten… jakby ktoś chciał ze mną teraz porozmawiać to piszcie a oddzwonie, gdyż mam wreszcie do wszystkich za darmo i jeszcze do tego gigabajty ęternetu, czyli fejzbuk zawsze przy sobie :P
co jeszcze u nas? ano odwilż – kury się nioso, spacerniak zalao, za to las odśnieżony i nadaje się wreszcie na prawdziwe spacery z wózkiem! czyli wiosna! :D

27.02.2017
Po kolejnej krwawej i wyrównanej walce postanowiliśmy nadać drugiemu kogutowi imię… nie to żeby musiał je sobie wywalczyć własną krwią, po prostu wcześniej nie było wiadomo jakiej jest pci, a teraz wiadomo i został Arnoldem (w opozycji do Sylwestra). Walka była masakryczna – obserwowaliśmy ją z okien robiąc zakłady a oba psy sekundowały dzielnie czekając zapewne na pierwszego trupa do skonsumowania… żartuję oczywiście! Interweniowaliśmy ale próba rozdzielenia panów kogutów skończyła się zmasakrowaniem siatki… zostały więc oba wydalone z zagrody (żeby miały gdzie uciekać w razie czego) a że był już zmierzch, zdawało się, że niebawem muszą i tak skończyć. Walkę owszem skończyły po zmroku, ale ubliżały sobie „słownie” (ustnie? dziobowo?) jeszcze przez pół nocy piejąc na zmiany! Aż dziw, że rano były oba żywe, że żaden lis się nie połakomił na świerzą krew… Wygrał jakby trochę Sylwester, aczkolwiek Arnold nie poddał się ostatecznie, gdyż nadal krąży wokół kur czekając na okazję. Oba wyglądają strasznie, gdyż oba są/były białe, a teraz czerwono-białe… mam nadzieję, że żaden Grinpis czy inna Viva nie będzie nas ścigać… swoją drogą wiedzieliście, że walki kogutów były pierwotnym powodem udomowienia tych zwierząt? Już 500 lat p.n.e. ? A dopiero potem jajka! Ęternet powiedział.
No i tak o. Wiosna pełną gębą (dziobem) ;P

8.03.2017
Z okazji dnia kobiet dostałam od męża… jagodziankę :) i jak tu wytrwać w poście bezsłodyczowym cały Wielki Post, skoro nawet własna rodzina cię nie wspiera? Co prawda jagodzianka to nie ptasie mleczko (którego nie jadam już gdyż zawiera szkodliwy słodzik!) czy czekolada, ale jak zjem tylko jagodziankę to potem zjem tylko ciasteczko a potem tylko cukierka itd. wiecie jak to jest… czeba twardym być a nie mientkim! Jednakowoż ja nie jestem i jagodziankę zjadłam ;)
Dla zainteresowanych kurnikową telenowelą mały apdejt: rozejm trwał tydzień, panowie kogutowie wylizali (wydziobali?) rany, oczyścili się prawie do białości (nie wiem jak to zrobili), wygrał jednak zdecydowanie Sylwester – pilnował stada dzielnie, piał i przeganiał Arnolda, który bynalmniej nie stracił nadziei i krążył wokół coraz bliżej i bliżej czekając na okazję  i już, już zaczynało być znów gorąco, ale… wygrany kogut Sylwester wygrał wczasy w Świętochowie! Dożywotnie wczasy mam nadzieję ;) i został tam przetransportowany wraz z dwoma kurkami do towarzystwa oraz dla jaj, ku uciesze Świętochowskiej społeczności szkolnej i wielkiej dumie Olafa, bo to jego kogut (i jego szkoła)… Niech tam żyją szczęśliwie i jak najdłużej!

21.03.2017
Śniło mi się że musiałam zjechać samochodem ze schodów… Dużym, terenowym samochodem ze stromych, krętych schodów. Zjechałam hamując trochę jakby bokiem, jak na nartach, a potem czekałam w długiej kolejce do kiosku po karnety na wyciąg narciarski i miałam pecha, bo tuż przede mną podjechał autobs z wycieczką japońskich turystów i wszyscy oni też stali w tej kolejce… A potem nie mogłam znaleźć Olafa, a potem nart dla Olafa a czas mijał, kolejka do wyciągu rosła, śnieg topniał, słońce świeciło, wiosna następowała coraz bardziej i szybciej… A w pokoju, który tam wynajmowaliśmy (na szczycie tych krętych schodów) panowie majstrowie chcieli wymienić drzwi na ładniejsze i pytali nas – wynajmujących, jakie wolimy. Woleliśmy białe.
I tak o. W realu też słabo.
***
kiedyś zastanawiałam się co by było gdybyśmy wnętrzności mieli na zewnątrz… a sensie na lewą stronę, żeby wszystko było widać. zamiast „ładnie dziś wyglądasz” można by było powiedzieć: oo jak ty zdrowo się odżywiasz, spójrz na swoje jelita! albo: nie pij tyle, bo wątroba ci marnieje. tudzież: chyba musisz do toalety? …nie mówiąc już o nałogowych palaczach z czarnymi płucami – pewnie nikt by wtedy nie palił, bo dbalibyśmy o swój wygląd „wewnętrzny” jak dziś dbamy o twarz – wklepujemy kremy, makijaże, golimy zarost wedle panującej mody…
a co, idąc dalej tym tropem, gdybyśmy musieli dbać sami o wszystkie procesy zachodzące wewnątrz??? mama do dziecka przy obiadku mówiłaby:  ślina, Antoś, więcej śliny, przecież nie można jeść na sucho! I pamiętaj o wystarczającej ilości żółci po zjedzeniu frytek! :P MASAKRA… czy aby na pewno? żyjąc w nieświadomości tego wszystkiego, co mamy i co „robmy” wewnątrz, zupełnie o to nie dbamy, nie myślimy, nie wiemy, nie umiemy odczytywać sygnałów (za wyjątkiem tych najsilniejszych – bólowych). i jak żyjąc w takiej ignorancji wobec własnego ciała możemy mieć jakąkolwiek świadomość dużo bardziej skomplikowanych procesów zachodzących w naszym umyśle? jak nie znając „wewnętrznie” samych siebie możemy poznać drugiego człowieka?
takie refleksje filozo-biolo-psycho chorobowe…

30.03.2017
Nie dziwię się już ludziom, którzy nie wyjeżdżają nigdzie z małymi dziećmi. Zapomniałam ile to pakowania, stresowania, rzeczy i nerwów, a teraz jeszcze więcej, bo za dwóch…! Anyway, we made it! Obyło się nawet bez większych kłótni i rękoczynów, więc wszyscy cali jesteśmy sobie nad morzem naszem polskiem. Milan zwany Józiem (musimy chyba zacząć to ujednolicać) okazał się luzakiem również podróżnym – całą drogę przespał. Łóżeczko turystyczne podoba mu się również, morza nie widział, bo spacer też przespał… Oraz zobaczył po raz pierwszy w życiu swoim krótkim TELEWIZOR i okazało się, że podobnie jak Olaf, telemaniactwo ma w genach (po dziadku ze strony matki). Gapił się jak zahipnotyzowany i aktywnie protestował kiedy mu zasłaniano… nie, nie kupimy telewizora, telewizja to złoooo!
Oraz poszłam do sauny po ponad roku przerwy!!! :D Weszłam i się popłakałam. Ze szczęścia, z tęsknoty, że tak dawno nie byłam i z żalu, że za długo nie mogę… ehhhhh, życie jednak powoli ale systematycznie zmierza ku coraz lepszemu. :)

1.04.2017
W hotelach zawsze zalewa mnie nawał snów – haotycznych i głównie cudzych. Wierzę, że można śnić cudze sny, zwłaszcza w łóżkach, w których śpi co noc ktoś inny a nikt z personelu nie dba o higienę energetyczną. A przecież człowiek zostawia swoje emocje w przestrzeni jak smród, niektóre lekkie – wyparują po godzinie, ale te najcięższe są jak dym po papierosach, który wymaga wielokrotnego wietrzenia, mycia, prania.
Na szczęscie jest morze i ogromna pusta przestrzeń, która wyciąga, wchłania wszystko, co człowiek ma wokół głowy. Czuję to bardzo wyraźnie, zwłaszcza pierwsze spotkanie z morzem daje fizyczną wprost ulgę – patrzę w dal i od razu mi lżej od samego patrzenia i oddychania. Taka gigantyczna pustka rozpuszcza (chyba na zasadzie dyfuzji?) cały stres czy wszelkich nieproszonych „gości” jakich nieraz dźwigamy na barkach nieświadomie… Do tego jeszcze słońce dla naładowania akumulatorów oraz bosy piasek dla uziemienia i człowiek jest jak nowy (albo jak po porządnym serwisie w ASO). Coś dla ducha, umysłu i energetyki, a dla ciała sauna i czujesz się jak młoda bogini/bóg gotowy na kolejnych kilka miesięcy względnie „normalnego” życia. :D

Olaf w przeciwieństwie do mnie nie miał nigdy problemów w kontaktach z ludźmi. Gada do obcych, zaczepia na ulicy, wszędzie znajdzie kogoś oraz temat do rozmowy. Pana ratownika na basenie spytał czy to ciężka praca być takim ratownikiem (niezbyt ciężka), ulicznego sztukmistrza ile trzeba się uczyć tych wszystkich sztuczek (10 lat), żeglarza spychającego żaglówkę do wody czy mu pomóc (pomóc, pomagał) a kelnera serwującego ryby co by było gdyby kiedyś role się odwróciły i ryby zaczęły sobie hodować ludzi do zjadania (nie wiedział, był w szoku)… Ponadto zapoznał na plaży jedną miłą panią z Elbląga a w hotelu drugą miłą ze Szwecji. Jak sobie przypomnę siebie w jego wieku, z moją chorobliwą wręcz wstydliwością i  nieśmiałością (wstydziłam się nawet powiedzieć dzieńdobry czy dowidzenia przez co uchodziłam pewnie za gbura oraz bardzo nie lubiły mnie panie przedszkolanki), to doprawdy nie rozumiem jak to wszystko jest na tym świecie zorganizowane….? :)

4.04.2017
głupawka środowa
Wszyscy mnie ciągle pytają: jak  ty w końcu mówis zdo tego swojego dziecka, Milan czy Józio?
Józefosław Milanowicz mówię o dziecku, zaś DO dziecka zwracam się najczęściej:
– Józefosławie Milanowiczu czy zechciałbyś spożyć trochę świeżego mleka o smaku zupy pokrzywowej? Na przykład. A on na to na przykład:
– bardzo chętnie matko, ale właśnie napełniłem pieluchę zawartością średniopłynną i wolałbym by została wpierw zmieniona jeśli nie miałabyś nic przeciwko temu…?
Co poza głupawką w domu? Mrówki w domu. Obudziły się ze snu zimowego i postanowiły masowo wyjść z mrowiska, które znajduje się najwidoczniej pod podłogą w kuchni oraz łazience… No i co ja mogę jedna przeciw masom??? Ewakuować się mogę jedynie! Ktoś przygarnie matkę z dzieckiem na kilka dni?!? ;P

10.04.2017
jak człowiek nie ogląda telewizji ani filmów na kompie, nie słucha audiobuków i nawet książek ŻADNYCH nie czyta (tak mam od czterech prawie miesięcy), a potem nagle taki wyposzczony człowiek pójdzie do prawdziwego, ciemnego KINA! to mu się w głowie robi takie pranie muzgu, taka.. rewolucja, taki szok audiowizualny, że potem przez tydzień chodzi i płacze – albo z żalu, jeśli nie było hepiendu, albo z tęsknoty za ulubionymi bohaterami… i resztkami rozsądku powstrzymuje się od zadzwonienia do przyjaciół, rodziny, znajomych żeby spytać czy nie wiedzą przypadkiem co tam u nich słychać – tych bohaterów filmowych znaczy! ;D tak miałam w weekend. widziałam Pokot i oczywiście bardzo polecam, ale z uwagi na powyższe nie jestem raczej obiektywna. nie jestem też obiektywna z uwagi na uwielbienie dla Olgi Tokarczuk, choć ta książka była raczej nietypowa… zatem historię już znałam, częściowo zapomniałam, ale wiedziałam kto zabił ;P  mimo to obejrzałam z przeogromną przyjemnością, bo to jest po prostu dobry film.

26.04.2017
Morgan Freeman powiedział (w swoim pseudonaukowym programie, który oglądaliśmy z powodu uwielbienia mojego męża dla osoby Morgana Freemana), że człowiek ma ograniczony zasób silnej woli i jak zużyje ją na błahostki (np powstrzymanie się od zjedzenia jagodzianki), to nie starczy mu na ważniejsze rzeczy. No więc ja swój zasób wykorzystałam w tym roku na nocne wstawanie do dziecka oraz post bezsłodyczowy w poście i nie starcza mi już na nic innego. NIC. Po tym jak kuchnię przejęły mrówki, ogródek zjadły kury, pomidory zmroził przymrozek, postanowiłam, że olewam. Nie mam siły z tym walczyć, sprzątać, siać na nowo, nie ogarniam, nie chcę mi się… Tak więc jeśli chodzi o dłuuugi weekend majowy to wyjeżdżam i szukam kogoś, kto chciałby zaopiekować się tym całym bałaganem, to znaczy spędzić czas w pięknym miejscu pod Warszawą/Grójcem, raz dziennie nakarmić psy i kury oraz wybrać jajka…? Anybody??? :)

5.05.2017
śnił mi się mój pierwszy telefon (wielka, ciężka motorolla bez klapki ale z antenką), który był dzieckiem!!! małym jak Józio i w podobnym foteliku samochodowym no i co najgorsze zapomnianym i porzuconym na te całe 15 lat w jakimś kącie mieszkania rodziców… ale o dziwo wciąż żywym! i oni (rodzice) się chcieli tego dziecka jakoś pozbyć, (bo po co komu taki stary telefon, skoro są już nowsze modele wszystkomające z klapką oraz internetem) ale to  nie było łatwe, bo w końcu to żywe dziecko!!! a ja nie mogłam tego zrozumieć, zrozpaczona i zdesperowana, chciałam je tylko ocalić – wykraść, nakarmić i napoić skoro przeżyło tyle lat głodowania… to był przeraźliwie smutny sen, choć wydaje się głupi i odjechany… nie, nie potrzebuję pomocy w tłumaczeniu ;) tak, mam się całkiem dobrze poza tym, w realu spoko, podróżne jeże zadowolone, podróż udana, wszyscy zdrowi pomimo pozorów szaleństwa :P

18.05.2017
lubię te poranki, kiedy młody budzi się DOPIERO o 6:30 (zamiast o 5 czy 6) i spać się już potem nie opłaca, więc do 9 wszystko ogarnięte: obiad ugotowany, kuchnia posprzątana a ja umyta i pachnąca popijam poranną kawusię słuchając radia tudzież internetu :)
nie wiem gdzie potajemnie szlaja się mój adres mailowy, że przychodzą do mnie ostatnio wiadomości nowej treści: a to zaproszenie na konferencję chrześcijańskich przedsiębiorców – wiara w biznesie (powołanie do bycia bogatym, Jezus chce żebyś odniósł sukces itp), a to jak zwiększyć plony rzepaku z hektara – też tak macie?
no i obejrzałam w końcu to „ucho prezesa”, bo tak się wszyscy zaśmiewają i wychwalają, ale powiem Wam że szału nie ma. no chyba, że to trzeba być bardziej na bieżąco z polityką, żeby zrozumieć niuanse (jeśli są jakieś)…? ciekawe jest zaś to, że, pomijając dyskusję nad ocieplaniem wizerunku czy nie ocieplaniem wizerunku, to jest i tak bardzo „korzystny” dla wyśmiewanych rodzaj rozrywki, gdyż kanalizuje wszystkie złe emocje w ubaw. człowiek obejrzy i ma poczucie: ale im daliśmy, się z nich obśmialiśmy hehehe… można powiedzieć, że satyra zawsze była jakimś tam wentylem bezpieczeństwa dla władzy – lud zamiast się buntować trochę się pośmiał i harował dalej… no bo co miał zrobić? a to jest serial jak każdy inny serial – tania rozrywka, zaprojektowana dla trochę innej grupy docelowej niż „moda na sukces” czy „plebania”, ale mechanizm ten sam – zająć umysł, zabawić, wciągnąć, odmóżdżyć (czytaj: narzucić konkretny punkt widzenia zamiast np zmusić do myślenia czy choćby refleksji)…

20.05.2017
ptaszek nam wpadł do komina! jakiś, nie wiadomo jaki, bo tylko słychać szamotanie. próbujemy więc z mężem od dołu, latarką świecimy, kominek rozkręcamy na części pierwsze, próbuję ja z drabiny przez kratkę od wentylacji, niemalże już na dach wyszłam coby zajrzeć górą przez komin… wchodzi Olaf z nosem w tablecie, spogląda średnio rozumnym wzrokiem na mnie na drabinie stojącą z nożem w ręce, latarką w drugiej, spogląda na nową dziurę ziejącą nad kominkiem, więc mu mówię przejęta cała:
– ptaszek nam wpadł do komina…!
– aha – odpowiada mój syn na to i jakby nic się nie stało z tabletem odchodzi…
aha… AHA? tylko tyle???
gdyby mi 8-letniej ktoś powiedział, że gdzieś jakiś ptaszek utknął i jest w potrzebie, to ja bym chyba tę dziurę wygryzła, a jak się nie da to tydzień spać bym nie mogła! mi, która nie dalej jak tydzień temu na najbardziej ruchliwej drodze województwa mazowieckiego slalom pieszy między pędzącymi tirami sobie urządzała, bo na środku drogi leżał potrącony wróbelek, co się jeszcze całkiem ruszał, ale odlecieć nie mógł…! a wszystko to na oczach policji, która jakieś 100 metrów dalej kontrolę drogową uskuteczniała, co dowodzić ma nie tylko odwagi (tudzież głupoty) mojej własnej ale i desperacji… a on tylko „aha” i poszedł grać dalej?!?
świat się kończy…
wróbelek przeżył, szpak z komina też – w nocy stracił chyba siły i spadł do kominka, skąd wyjęłam go rano całego i zdrowego. a jeśli komuś brakuje tu akcentu humorystycznego, to niech wyobrazi sobie łapanie brudnego od sadzy, dorosłego i żywego ptaka w palenisku pełnym popiołu (bo w tych emącjach nie wpadliśmy na to żeby popiół wynieść i wyczyścić), oraz łapanie go potem po całym pokoju, bo uciekł oczywiście… wraz z połową zawartości kominkowej…
jak feniks z popiołów… czy coś ;)

25.05.2017
dialogi o poranku:
– a gdyby tak się utopić we łzach to można by wszystko widzieć..? – zastanawia się Olaf
– yyyy… ale co widzieć?
– no co jest na dnie na przykład!
– aha…? a po co się topić we łzach?
– no wiesz, taki przykład, bo chodzi o to, że łzy to nie woda w basenie i nie szczypią w oczy.


– mama wiesz, że ja umiem miałczeć jak Leon, kot sąsiadów w szkole?
– naprawdę?
– no pewnie, mogę ci pokazać jak przyjedziemy do szkoły i będzie Leon i zamiałczy to ja też zamiałczę i zobaczysz!
– a jak nie zamiałczy? to co zrobimy, pociągniemy go za ogon? – odzywa się we mnie 8-letnia Paulinka-diabełek. Niestety głośno się odezwała i przez resztę poranka musiałam wysłuchiwać dlaczego nie wolno ciągnąć zwierząt za ogon ani za nic innego, a zwłaszcza Leona, który jest sąsiadów… i nie pomagały moje setny raz zapewnienia, że przecież ja tylko ŻARTOWAŁAM…
no gupi żart, gupi, można powiedzieć suchar…
także ten… na dzień matki właśnie upiekłam sobie ciasto rabarbarowe. prezent też kupiłam sobie sama, bo Olaf stwierdził, że prezent w tym roku to ja już dostałam w postaci drugiego dziecka przecież… w sumie ma rację <3

29.05.2017
Kluczowe kwestie czyli blondynka level hard
Rano pan od Gerdy montował zamek i objaśniał mi funkcjonowanie kluczy tymczasowych i kluczy właściwych, (których pierwsze użycie dezaktywuje klucze tymczasowe – no totalnie wyższa mechanika oraz inteligencja rzeczy martwych) a potem, kiedy po całym dniu jeżdżenia mężowym samochodem służbowym wylądowałam bezpiecznie pod domem i wyjęłam kluczyki ze stacyjki… kluczyka nie było! :O Tylko pilot i jakiś bezpański kawałek metalu. Znaczy klucz się złamał i utknął w stacyjce jak nic – myślę sobie. Kombinuję więc żeby go wyjąć pensetą, magnesem – nie działa. Dzwonimy do firmy lizingującej, przyjeżdża holowanie, mechanika nie ma, oni się nie znają, oni tylko ciągną – laweta, dźwigi, linki. Psy szczekają, Olaf przeżywa, bo tak blisko i na żywo nigdy jeszcze nie widział, krzyczy do panów jak mają pracować (no dalej, dalej, dobra stop!!) oraz pyta co trzeba zrobić żeby mieć taką fajną pracę, na co pan odpowiada, że wystarczy się słabo uczyć w szkole… i prawie już, prawie go zabrali, mąż wsiadł tylko odhamować hamulec ręczny, który też jest teraz elektryczny, znaczy kluczyk trzeba włożyć do stacyjki i przekręcić… zapasowy kluczyk na przykład, który cały czas istnieje sobie spokojnie i czeka na taką chwilę jak ta. I on z tym kluczykiem wsiada, wkłada, przekręca… i odjeżdża… reszta patrzy nierozumnym wzrokiem, znaki zapytania krążą na wietrze, kurtyna opada powoli… „the end” układa się z chmurki spalin.
Bo się okazało, że w stacyjce to nie był kluczyk tylko ta klapka co blokuje a złamany leżał pod siedzeniem… w sumie dobrze, że w domu się to okazało a nie w jakimś warsztacie, bo rachunek byłby wyższy :P także ten… ęteligięcja w rodzinie kluczową kwestią jest.

31.05.2017
W porannym wychodzeniu z domu doszłam do takiej wprawy, że zajmuje mi to zaledwie GODZINKĘ! Od budzika do wyjścia, z myciem, ubieraniem, śniadaniem, przewijaniem, karmieniem, pakowaniem i kupą razy 3 (znaczy 3 osoby a nie że ja 3 razy)!
Milan (zwany czasem jeszcze Józiem) ćwiczy od rana piski i ultradźwięki oraz rzuca swoimi rzeczami z takim impetem, że zastanawiam się czy nie przegięłam trochę z mocą porannej kawy…? Poza tym jest już taaaki duży!!! I ciężki. I ciekawi go wszystko co w zasięgu rączek a najbardziej obrazki na ubrankach, które wkłada do buzi i obślinia i potem jest mokry i trzeba go przebierać. I tak o, znaczy nudna codzienność. Co prawda przed chwilą pod dom zajechała nam POLICJA, wybiegłam więc cała w emącjach, z nadzieją na jakąś sensację w moim przewidywalnym jak papier toaletowy życiu… ale odjechali zanim dobiegłam do bramy. Pewnie też szukali sensacji… albo adresu.
Na zakończenie tej nudnawej dzieńdzieckowej notki pragnę podziękować rodzicom za prezent na dzień dziecka – książkę poradnik pt „Rozpraw się ze swoją wewnętrzną jędzą”… mąż dostał Kamasutrę rysunkową A. Mleczki, szkoda tylko, że była w paczce zaadresowanej do Olafa, bo ten nie mógł zrozumieć, że to nie dla niego książka skoro przecież SAME OBRAZKI… ;)

30.06.2017
no więc jeśli chcecie wiedzieć co ja robiłam wczoraj w ten najgorszy armagedon, to ja akurat wracałam do domu… zostawiłam dzieci w samochodzie na parkingu pod urzędem gminy, wszystko spoko, znaczy niby zbliżała się jakaś burza, ale już od rana się zbliżała, więc luzik… w gminie ciemność, nie ma prądu, zamęt i panika, jakaś wycieczka z 50 rowerzystów schowała się w strachu przed burzą, panie w oknach stoją przerażone, no więc patrzę i ja na co one tak patrzą a tam… taki deszcz! TAKI DESZCZ!!! poziomy deszcz z gradem oraz kawałkami drzew…! choć jeszcze 15 sekund temu go nie było! „dzieci zostawiłam w samochodzie!” – krzyczę ja na to i pędzę z powrotem, potykając się o rowerzystów w ciemności i przepychając do wyjścia, prosto w te latające drzewa (na odcinku 20 metrów zmokłam do majtek). a w samochodzie kolejny armagedon, bo jedno płacze, drugie próbuje uspokoić, choć też się boi, niewiele pomogłam na to ja, sama w strachu, ale przynajmniej ruszyłam z miejsca, coby uciekać na jakąś bardziej otwartą przestrzeń… ale widoczność zerowa, pioruny walą, drzewa latają, grad dudni, dzieci płaczą, no katastrofa totalna!!! jakoś dojechaliśmy – z prędkością 20km/h pomiędzy piorunami, powalonymi drzewami, latającymi bilbordami reklamowymi i urwanymi kablami… a w domu oczywiście też nie ma prądu, więc brama się nie otworzy – trzeba wyjść i ręcznie – deszcz jak deszcz ale te pioruny! czekać w samochodzie też nie bardzo bo jak sobie przypomniałam to drzewo, co nam w zeszłym roku podobna nawałnica złamała i z jaką siłą go wbiła w ziemię to mi słabo się zrobiło, więc już wyszłam otworzyć…
no i przeżyliśmy. prądu nie było grubo ponad dobę, co oznacza też brak wody po kilku do kilkunastu godzinach oszczędnego jej używania… oraz rozmrożony zamrażalnik z mlekami moimi udojonymi na zaś… swoją drogą straszne jak się człowiek uzależnia od całej tej cywilizacji ;)

5.07.2017
o przywiązaniu chłopa do ziemi a konkretnie chłopki ;P
kiedy pan od siatki wreszcie przyjechał i rozpakował cały swój majdan na trawniku, ogarnęła mnie panika! że ojezusmaria to był głupi pomysł, że po co i co teraz i jak to cofnąć, skoro tyle razy do niego wydzwaniałam, pisałam, ponaglałam i w końcu jest!? toć wyjdę na wariatkę i zapewne każe mi i tak zapłacić… argument finansowy trafił do resztek zdrowego rozsądku i zaniechałam dalszego panikowania – tzn zamknęłam się w domu i płakałam w kąciku… nad kawałkiem lasu bezpowrotnie utraconym za tą SIATKĄ…? pewnie tak, bo innego wytłumaczenia nie umiem znaleźć (no chyba że znów hormony). zatem siatka stanęła, kury zyskały wybieg, ja czułam się jakby mi odcięło rękę czy nogę, ale milczałam w cierpieniu (cierpiałam w milczeniu). aż nagle któregoś dnia, kiedy podwórko zostało już uporządkowane, stanęłam na środku, rozejrzałam się i POCZUŁAM nowe granice. bardzo wyraźnie i jakby z ulgą, że mniejszy teren łatwiej mi będzie ogarnąć, bo na taki wielki i tak nie miałam ostatnio wystarczająco energii… to „ogarnianie” kosztuje i jeśli człowiek ma gorszy czas, to a to mrówki wchodzą do domu a to złodzieje, lisy, pioruny, powodzie i inne takie. no więc z ulgą odcięłam się energetycznie od tego kawałka lasu. na efekty nie trzeba było długo czekać. negatywne efekty oczywiście, bo skoro las został sam bez opieki, znaczy z kurami bez opieki… to coś nam wreszcie zjadło kurę! po ponad roku mieszkania kur z nami w lesie pełnym lisów i ptaków drapieżnych…! stawiam na ptaka drapieżnego, bo kura była tylko trochę nadjedzona i zostawiona… Natalka konkretnie :( mamy zatem o jedną mniej a ja rozważam jednak ponowne poszerzenie swojej morfy na las z kurami, ale to może dopiero po urlopie…

a dla wszystkich racjonalistów, którzy nie wierzą w takie rzeczy (bo przecież nikt tego nigdy nie udowodnił ani na oczy NIE WIDZIAŁ) i powiedzą że to przypadek, mam cytat ponoć Nietzschego: żaden zwycięzca nie wierzy w przypadki :P

14.07.2017
– chyba umrę! położę się i umrę… ze zmęczenia – mówię ja padając na fotel po zakończonym odkurzaniu hektarów zakurzonego i zasyfionego domu (przestrzeń się u nas chyba jakoś zakrzywia, bo człowiek ma wrażenie, że odkurza w nieskończoność). Olaf spojrzał na mnie zdziwiony, nic nie powiedział… ale po dłuższej chwili pyta:
– mama, a jaki jest numer do kościoła?
– jakiego kościoła?
– no jakiegokolwiek…
– nie mam pojęcia jaki jest numer do kościoła jakiegokolwiek i w ogóle żadnego, a po co ci? – poczułam się lekko zaniepokojona
– no żeby zadzwonić po księdza jak umrzesz
– …yyy? ale jak to? po co? żeby mnie od razu pochował???
– no tak… a co? lepiej najpierw na pogotowie…? – pyta mój syn zapobiegliwy
– tak, proszę, zanim mnie pochowasz upewnij się czy umarłam całkowicie
…cholera, jak to trzeba uważać na słowa, człowiek już nawet nie może w spokoju poumierać ze zmęczenia, bo ani się obejrzy jak go pochowają od razu!

19.07.2017
odkąd zmieniłam kołdrę (czyli już tydzień) noc w noc mam koszmary… i doprawdy nie wiem jak sobie to racjonalnie wyjaśnić! śnił mi się już pożar, egzamin maturalny, na który zapomniałam dowodu osobistego, wspinaczki po wysokich na 30 pięter wieżach z krętymi schodkami BEZ PORĘCZY – znaczy w środku była kilkuset metrowa czarna dziura jak w studni… śnił mi się też świat, w którym każda myśl momentalnie się urzeczywistniała i akurat miałam strasznie czarne myśli i akurat byłam tam z Olafem i nie wiedziałam jak zrobić, żeby on tych wszystkich okropności nie widział! takich jak na przykład topielce, maszyny do mielenia ludzi i jacyś straszni obcy, którzy mogli wszystko…
a kołdra niby spoko – duża taka dwuosobowa, prawdopodobnie z ikei… z powłoczką w kwiatki… także ten… nie wiem o co chodzi. byle do wakacji.

22.07.2017
podczas gdy w kraju trwają szalone pisualia, znajomi na ulicach walczą o wolność naszą i waszą albo wywczasują się na wywczasach, ja w domu siedzę i szyję. urlop przełożyć musieliśmy z przyczyn pracowych mężowych, więc zaczęłam szyć – żakiet konkretnie – po raz pierwszy z Burdy i pewnie ostatni, bo efekt nie był wart całej tej pracy… w sensie że bez burdy oszczędziłabym sobie 2 godziny na kalkowanie wykrojów i pewnie drugie tyle na próby zrozumienia opisu jak szyć… no ale zrobiłam i mam. następny zrobię z jakiegoś ładnego materiału a nie ze starej narzuty…
co poza tym? koszmary trochę odpuściły i dziś śniło mi się, że uciekałam przed końcem świata na koniu Stinga – tego muzyka, co to się w nim kochałam w młodości. świat się walił, potop zalewał, ludzie uciekali piechotą lub samochodami a ja na koniu… a potem napisano o tym w jakiejś prastarej świętej księdze typu Biblia! i czytaliśmy to na jakimś spotkaniu dyskusyjnym ale nikt nie chciał uwierzyć, że to o mnie i że ja tam byłam i przeżyłam dzięki koniowi Stinga… :P

31.07.2017
Olaf trochę zarósł ale nie chce obciąć włosów, nie przekonały go nawet wakacyjne sytuacje. Na placu zabaw:
– a ty jesteś chłopcem czy dziewczynką – pyta się go mała blond na oko 5-latka
– chłopcem!
– aaa no to szkoda, bo ja nie lubię chłopców…
– jakby nie było chłopców to i ciebie by nie było – rzuca mój syn, mistrz ciętej riposty :P
W sklepie z ciuszkami dziecięcymi:
– can you help me? – pyta się mnie pani po angielsku, czy jakaś tam sukieneczka będzie dobra na jakiśtam wiek, ale ja na to, że nie bardzo wiem, bo mam tylko chłopaków…
– oh… I thougnt you are a girl! – krzyczy zdziwiona do Olafa, który rzuca jej tylko mrożące spojrzenie, ale nic nie mówi, bo wie że i dziewczynki są przecież potrzebne…
No więc sezon ogórkowy powoli dobiega końca, czas wrócić na dobre do rzeczywistości wirtualnej, domowo-awaryjnej, rachunki popłacić, kolejne problemy opanować… bo nie wiem czy się chwaliłam ale w tym roku wyjątkowo płynnie przechodzimy z jednej awarii w drugą, właściwie nie ma wiele chwil bezawaryjnych i ta prezentowana na zdjęciach (na profilu prywatnym) sielanka, to jedna wielka ściema… Zaczęło się od kryzysu poporodowego, który trwał trochę długo, przeniósł się na rodzinę bliższą a potem dalszą (i tam pozostał póki co), a w między czasie pociągnął za sobą kryzysy drobne domowe, pracowe i inne, z których wymienię tylko mrówki, zjedzone kury (już dwie!), powódź w domu i przeciekający dach… To wszystko utwierdza mnie w przekonaniu, że jak kobieta ma kryzys to całe tak zwane domowe ognisko przygasa, się sypie, wali, przecieka i atakują potwory… Łazariew pewnie napisałby, że to oczyszczenie (próba) związana z pojawieniem się nowego potomka, taoiści, że im większe szczęście tym większa kropla goryczy w nim dla równowagi… Świadkowie Jehowy powiedzieliby, że koniec jest bliski a ja 20 lat temu powiedziałabym, że wszystko chuj…
Także ten… urlopik minął nam spoko. 2 dni lało ale 4 dni nie lało. Upału też co prawda nie było ale za to jest teraz! Żadnej śmiesznej sytuacji wyjazdowej nie zaobserwowałam (ale może wzrok mi się stępił, tudzież zmysł obserwacji zanikł), Olaf nie przeżył tym razem żadnej wakacyjnej miłości, za to zapoznał kolegę. Milan przeżył pierwszy, bardzo udany kontakt z wodą basenową a nawet morską oraz nauczył się… krzyczeć i krzyczy nonstop! Tzn nauczył się, że krzykiem można wiele osiągnąć, uwagę ściągnąć czy coś… To u nas w zasadzie rodzinne, więc pewnie ciężko będzie to teraz odkręcić… :]

10.08.2017
Takie tam poranne dialogi wakacyjne znad stołu i tableta… o tym jak polityka podstępnie zakradła się do naszej kuchni pod postacią niewinnych i nic nie podajrzewających serków pleśniowych typu Bie President oraz Turek:
– mama podasz mi prezydenta?
– a nie wolisz premiera?
– nie, bo prezydent jest bardziej łagodny…
***
– mama a wiesz jaką ja mam strategię zjadania innych ludzi?
– jaką? – pytam bezmyślnie, zamiast zapytać o co ci w ogóle kamą dziecko i o czym ty do mnie mówisz…
– oplatam się wokół nich jak jestem już długi i robię z siebie taką pułapkę i ich zjadam!
– a o co ci w ogóle kamą dziecko, o czym ty do mnie mówisz???
– no jak to o czym? o grze sliterio…
– aha
a co poza tym? no nie uwierzycie co zrobiłam!!! postanowiłam dać sobie oraz Morzu Bałtyckiemu ostatnią szansę jeszcze w te wakacje! :D buahahaha… ale już najostatniejszą! a to za sprawą znajomej, która namawiała już dawno, żeby z nimi jechać i ja się zgodziłam… tak więc jedziemy we dwie plus 4 dzieci – plan jest taki, że tym razem będzie ładna pogoda, słońce, plaża i zero parawanów, smaczne jedzenie, atrakcje dla dzieci i ogólnie będzie fajnie! także ten… trzymajcie kciuki… czy coś :P

20.08.2017
no to teraz czuję się wreszcie że wróciłam z urlopu! byłoby jeszcze fajniej, gdybym wróciła do jakiejś pracy prawdziwszej i bardziej docenianej niż gotowanie i pieluchy… opaleniznę przywiozłam umiarkowaną. plan był zjarać się na heban… pogoda nawet sprzyjała tylko przerosła mnie plaża z dzieckiem. znaczy mnie, jako matkę z małym dzieckiem, przerosła plaża i te tony piachu, który jest taki fajny, że trzeba go spróbować buzią, nosem, okiem, uchem i każdym innym otworem też…! a przecież on taki brudny ten piasek! nikt go nigdy nie mył, nie wyparzał i nawet norm unijnych nie spełnia, bo ziarenka nierówne…! a Milan zrobił się taki ruchliwy, że chwili w miejscu nie usiedzi – łazi już prawie na czworaka i tylko czasem podpiera się twarzą, co na piasku przyprawiało mnie o dodatkowy zawał serca… tak więc sami rozumiecie, smażenia się nie było aczkolwiek UWAGA – miałyśmy własny parawan!!! znaczy hotelowy był ale tak, leżałam za parawanem!!! tylko raz, bo tylko raz był wiatr ale się liczy! za to przystojnych ratowników nie stwierdzono. obawiam się, że gdyby nawet byli to raczej już nie moja kategoria wiekowa, w mojej kategorii wiekowej pozostali jedynie samotni ojcowie bladzi i brzuchaci, ale to ja przecież nie po to nad morze jechałam tak? także ten… w domu bez zmian – pranie, sprzątanie, gotowanie, w lodówce zgniły samotne marchewki i spleśniał biały ser, ale okazuje się, że to standard jest, że przyjeżdżasz po tygodniu nieobecności a mąż pyta cię czy mamy w domu śmietanę… ;)

24.08.2017
no więc jeśli chodzi o podróże z dzieckiem to tak się rozkręciłam, (w sensie że i zupkę w drodze odgrzeję i megakupę na tylnym siedzeniu samochodu przewinę bez większych szkód dla tapicerki), że postanowiłam kontynuować to jeżdżenie i ostatni tydzień wakacji również poza domem spędzić :D także ten.. ahoj przygodo! czy coś…
Olaf ma zaraz urodziny (ósme!!!) ale tortu nie będzie, no chyba że zaimprowizowany w drodze czy jakiejś knajpie. Milan był na przeglądzie (drugim w życiu), ale chyba się nie zgrałam z kalendarzykiem przeglądów w książeczce zdrowia, bo pani doktor nie wiedziała co, jak i gdzie wpisać… w kurniku spokój, żeby nie powiedzieć marazm. Rozamunda przestała się nieść, Matylda przeszła w tryb wysiadywania, więc też nie znosi, Basia wyrabia normę sama, bo codziennie megajajco 80-gramowe! znaczy ja nie wiem czy to dużo, ale takie wielkie były, że zaczęłam je ważyć i mają średnio 75-80g. wystarczą 2 na jajecznicę dla 2 osób! pomidory w tym roku zaniedbałam totalnie, więc skończą się pewnie niedługo, grzybów zbierać mi się nie chce, za to przeganiam grzybiarzy jak za blisko domu podchodzą :P i taka wakacyjna codzienność.
na koniec refleksja w temacie upływającego czasu i życia…
wszyscy wiemy, że starość to nie cyferki w dowodzie tylko stan ducha, umysłu i ciała… jednakowoż moja osobista, niedawno wymyślona definicja brzmi: starość jest wtedy, gdy częściej farbujesz siwe odrosty niż uprawiasz seks.
prawdziwe nieprawdaż…? :P

25.08.2017
o prawdziwie dobrej zmianie, o religii, polityce i zabijaniu czyli ciężkie refleksje z długiej i ciężkiej drogi do domu (tak, zatrzymaliśmy się w Świebodzinie pod Chrystusem Królem :P )…
będę się powtarzać, bo trzeba to powtarzać w nieskończoność – tyle ludzi jest wciąż nieświadomych… religie to ZŁO! zwłaszcza te największe monoteistyczne. BÓG nie wymyślił religii i nie potrzebuje żadnej.
dajemy się wkręcać w spory emigracyjno-religijne i to bardzo wygodne dla tych, którzy nas wkręcają – zarówno na naszą małą polską skalę, jak i na skalę ogólnoświatową, gdzie ciągle działa „dziel i rządź”, bo skłóconym i podzielonym społeczeństwem łatwiej rządzić (czytaj manipulować)… a przecież pod podziałami (jakimikolwiek) jesteśmy takimi samymi ludźmi i gdyby tak na przykład usunąć z naszego świata WSZYSTKIE religie, nie byłoby większości wojen! no a przynajmniej wielu sporów… taka oczywista oczywistość.
myślę (optymistycznie), że kiedyś nastąpi taka głębsza i prawdziwie DOBRA zmiana – prawo zostanie napisane na nowo i będzie oparte na miłości, naturze i miłości do natury, a nie na żadnych religijnych bredniach, według których człowiek ma tylko brać i „czynić sobie ziemię poddaną” a innych jej mieszkańców zjadać, bo jakiś „bóg” niby dał mu takie prawo… a inny „bóg” innym dał prawo zabijania niewiernych, dlaczego więc to tak szokuje, że chcą ich zabijać? nasz świat jest pełen takich absurdów i myślę, że kieeedyś to dostrzeżemy masowo i zbudujemy wszystko od nowa na zupełnie nowych zasadach. jak nie my to nasze wnuki…
wyobraźcie sobie, że odkryto wspaniałą nową planetę, gdzie wszystko jest idealne – jest ciepło, miło, jedzenie rośnie na ulicach, więc wszystko jest za darmo. zamieszkująca ją cywilizacja rozwinęła się na tyle harmonijnie, że bez szkody dla siebie i środowiska, no jednym słowem raj! gatunek tamtejszych „ludzi” nie różni się zbytnio od nas tu na Ziemi i co najlepsze – oni tam chętnie przyjmują obcych! jednakowoż jest jeden haczyk – trzeba się dostosować, to znaczy porzucić swoje ziemskie przywiązania. na przykład ubranie – zupełnie niepotrzebne, bo tam WSZYSCY CHODZĄ NAGO! niczym zasadniczym się od nas nie różnią, może ciut kolorem skóry ale generalnie pod ubraniem mamy to samo więc wystarczy się rozebrać i już jesteśmy jak oni! to jest najważniejszy warunek, poza tym trzeba respektować prawo oczywiście jak wszędzie, ale ono od ziemskiego różni się tylko tym, że zabijać nie wolno ŻADNYCH żywych istot i że wszelkie ubrania i ozdoby ciała są zabronione… bo prowadziły do podziałów i wojen… więc je zniesiono, co nie było trudne, bo klimat łagodny sprzyja nagości… zdelegalizowano też wszystkie kulty religijne jako zabobony, ludzkość odkryła jak żyć w pokoju i miłości bez wojen. tak więc poza tym możemy robić co chcemy, jeść co chcemy, mówić jak chcemy (oczywiście wypadałoby nauczyć się ichniego języka), realizować swoje pasje, marzenia, zwiedzać, poznawać nowe i to wszystko za darmo, gdyż praca „zarobkowa” nie zajmuje tam większości danego nam czasu a jedynie… godzinę dziennie na przykład (w przeliczeniu na ziemskie jednostki czasu) i ta godzina wystarcza na zaspokojenie totalnie wszystkich naszych zachcianek! …i co? polecielibyście???

na koniec podróżnych refleksji (i na dowód, że jakaś zmiana następuje) wielki plus dla Orlena (Orlenu?) za wegetariańskie burgery <3 bardzo smaczne, choć dawno nie jadłam burgera i nie jestem obiektywna ;)

21.09.2017
za oknem szaro, buro i ponuro, ale ja też nie poprawię dziś raczej nikomu nastroju ;P
z cyklu traumy wczesnego dzieciństwa:
kiedyś pani przedszkolanka kazała namalować jesień… a ja zamiast drzewek, liści czy innych jakichś jesiennych rekwizytów namalowałam dziewczynki/panie/księżniczki – nie pamiętam konkretnie, grunt że postacie to były ludzkie w sukienkach… oczywiście pani mnie publicznie wyśmiała, że co to za jesień, gdzie tu jesień!? na to ja zawstydzona czy też zła (nie pamiętam) zamalowałam swój obrazek cały na czarno. CAŁY NA CZARNO! to też nie była dobra jesień a wręcz doprowadziła panią cudowną i miłą dla większości dzieci przedszkolankę do jakiegoś szału! wyśmiała mnie jeszcze głośniej, a że publicznie przed resztą dzieci nie wystarczyło, postanowiła, że ten najbrzydszy czarny obrazek zawiśnie w centrum gazetki przedszkolnej w szatni z bardzo wyraźnym podpisem, żeby też wszyscy RODZICE mogli zobaczyć kto namalował tak brzydko…
ciężka lekcja dla 5-latki. wyciągnęłam z niej kilka bolesnych wniosków:
1. nie umiesz malować
2. nie wyróżniaj się, rób jak wszyscy
3. nie buntuj się, bo będzie jeszcze gorzej
4. dorośli są od oceniania, nikt nie stanie po twojej stronie (nawet rodzic)
najdłużej zajęło mi wyleczenie się z punktu 1 (nie pomogły studia na ASP, pomógł dopiero kurs Vedic Art), z punktu 4 leczę się nadal ;)
ponoć wszytko ma jakiś cel… pozdrawiam panią przedszkolankę Zosię (jeśli jeszcze żyje).

nie chcę Was straszyć ale całkiem się rozkręciłam z tymi traumami i mam ich więcej! ;D przychodzi widać taki czas w życiu kobiety po czterdziestce, że trzeba te mroki powydobywać na światło dzienne i pooswajać… powoli dojrzewam też do tego żeby i te najbardziej bolesne wymalować. lepiej późno niż wcale.
zatem dziś wyjątkowo hardkorowa trauma na poniedziałek – z cyklu dzieciństwo w PRL-u:
bywałam często w sanatoriach. to znaczy 3 razy między 6 a 10 rokiem życia, zawsze bez rodziców, raz sama, dwa razy z młodszą siostrą. dziś będzie o tym drugim, samotnym razie w Rymanowie… gdzie jedna kobita sterroryzowała całą grupę dzieci swoimi bolszewickimi metodami „wychowawczymi”. z których to metod najgorsze było chyba publiczne czytanie listów do rodziców… naszych listów, które pisaliśmy do naszych rodziców raz w tygodniu na godzinie pisania listów do rodziców… po tej godzinie był apel i publiczne czytanie naszych listów do rodziców… zwłaszcza tych najgorszych, to znaczy takich, gdzie dziecko narzekało jak mu smutno, trudno, źle i jak tęskni… bo należało pisać że jest fajnie. listy, których autorom nie było fajnie zostawały publicznie podarte na strzępy (!!!) a autorzy wyśmiani (bo przecież powszechnie wiadomo, że w sanatorium BYŁO fajnie, krytyka i smutek jest zatem nie na miejscu)… nie, to nie jest żart, naprawdę tak było. nie pamiętam co pisałam w moich listach do rodziców, pewnie pierwszym razem prawdę a potem… jedynie słuszną prawdę? pamiętam za to ciągły lęk. uważać trzeba było na każdym kroku i na wszystkich, gdyż kolejną szaloną metodą była funkcja „służbowego”, którą każdego dnia pełnił kto inny spośród nas – dzieci! a za zadanie miał… donosić na innych. zapisywać co kto zrobił złego w ciągu całego dnia (np przeszkadzał na lekcji, rozmawiał podczas posiłku) i odczytać to na wieczornym apelu… wyczytani znów zostawali publicznie napiętnowani, wyśmiani i skrytykowani… dla najbardziej opornych na krytykę były oczywiście kary cielesne. pamiętam jednego małego, drobniutkiego chłopca, który zawsze strasznie płakał i przez to dostawał największe lanie…
żadne tam średniowiecze ino połowa lat 80-tych w Polsce Ludowej.
lekcje dla 8-letniego dziecka:
1. bądź niewidoczna
2. nie odsłaniaj się ze swoimi uczuciami
3. nie ufaj ludziom
4. na rodziców nie możesz liczyć
5. jesteś SAMA

w kwestii traum dziecięcych sanatoria to temat rzeka. ponoć największy wpływ miało to pierwsze, bo wtedy byłam najmłodsza – tak twierdzi terapeutka ;)
miałam 6 lat. pojechałam zdrowa do towarzystwa i „opieki” nad siostrą młodszą, która była chora i miała 3 lata… siostrze niewiele pomogło za to ja wróciłam totalnie chora: na zatoki, płuca i serce… płuca i serce okazały się w końcu ok. ale zatoki to mi dopiero wyleczyła chińska medycyna po kolejnych 15 latach.
byłam na tyle mała, że pamiętam jedynie strach przed kolejnymi zabiegami medycznymi – nieudanymi pobieraniami krwi, zastrzykami, po których traciłam przytomność, prześwietleniami przed którymi trzeba było pić jakieś świństwo oraz – najgorsze – oczyszczaniami zatok rurą ssącą przez nos… pamiętam też siostrę taką malutką, której nie umiałam pocieszyć i święta spędzone samotnie z personelem, bo wszystkie dzieci pojechały do domów, pamiętam jak odłączałam się od trudnej rzeczywistości i cały wolny czas spędzałam w piaskownicy przesypując piasek w poszukiwaniu bursztynów (byłyśmy nad morzem), pamiętam z jaką nadzieją zawsze szłyśmy na śniadanie, bo na stołówce były drzwi do takiego pokoju gościnnego, gdzie czasem, na dzień czy dwa przyjeżdżała mama albo ciocia w odwiedziny i jak drzwi były uchylone to znaczyło że KTOŚ tam jest! znów trudne lekcje o tęsknocie, samotności i bezsilności 6-latki:
1. nie ty decydujesz o swoim życiu
2. dorośli mogą robić różne straszne rzeczy z twoim ciałem i to jest „potrzebne” (żeby wyzdrowieć trzeba cierpieć)
3. rodzice cię tu zostawili – rodziców nie ma kiedy ich potrzebujesz i kiedy ci źle
4. młodsza siostra jest do opiekowania się i pocieszania a ty nie umiesz jej pomóc (jesteś złą siostrą)

30.09.2017
– jak mi zniszczysz moją grę – mówi Olaf do brata, który bardzo chce do jego kolorowych żetonów i kart rozłożonych na stoliku – to będziesz mi odkupywał!
– no a to kupa kasy była, kilka ładnych miesięcy oszczędzania tygodniówki – dodaję ja
– właśnie, a jak już tyle uzbierasz to musisz wydać na moją grę a nie na jakieś swoje na przykład smoczki…
– smoczki??? to chyba całe wiadro smoczków – przeliczam szybko
– no chyba że to jakieś ekstra nowoczesne smoczki „star wars” z opcją czekoladowego mleka! – rozkręca się syn mój starszy
– wielofunkcyjne i wszystkomające?
– i z dostępem do internetu!
Kiedy tak fantazjowaliśmy na temat smoczków przyszłości, Milan skutecznie zniechęcony do psucia i odkupywania gier, zajął się wywalaniem na podłogę zawartości najniższej półki z płytami…

A co u nas poza tym? A no jesień panie, jesień na całego! Rano zimno, ciemno, ogrzewanie się włącza więc do tego sucho, a jak sucho to człowiek budzi się z zatkanym nosem i włosy mu się nie kręcą tylko puszą… Drewno kominkowe zamówiłam i dwa razy już nie przyjechało, choć miało przyjechać zawsze na 100%. Sezon szydełkowy otworzyłam nowymi pomysłami, (nie będzie już kapci w tym roku), choć czasu niewiele udaje się wykraść. Z tęsknotą wspominam pracę zawodową, rozważam nowe opcje kariery (Tesco, Biedronka), dziczeję samotnie… Przedurodzinowy weltschmerz dopada mnie powoli. W traumach przerwa chwilowa, bo nie mam sumienia tak dołować czytelników, ale będą jeszcze, będą…
;)

i tak po ponad 10 latach szczęśliwego blogowania (tudzież fejsbukowania), mój internetowy ekshibicjonizm sięgnął właśnie wyżyn (dna?), gdzie obracają się tylko celebryci znani z bycia znanymi oraz sławni z bycia sławnymi…. doszłam do tego punktu w swoim życiu, kiedy to jedynym atutem mojej podstarzałej „urody” jest figura zupełnie jak przed ciążą, a głównym życiowym osiągnięciem dzieci. zapomniałam się w swoim czasie pochwalić, że figurę jak przed ciążą osiągnęłam już w 3 tygodnie po porodzie bez absolutnie żadnych ćwiczeń fizycznych (kto jak szybko tyje i chudnie zależy przecież głównie od genów i hormonów), a wręcz pochłaniając tony żarcia wszelkiego, które szło mi w cycki. jednak nie żyję w totalnej izolacji i WIEM jak to robią celebrytki i ile je to kosztuje wysiłku, wyrzeczeń indywidualnie dobranych programów treningowych, osobistych doradców dietetycznych i jakie to wyzwanie i presja środowiska się nie zapuścić i nie roztyć! sami rozumiecie – nie mogłam ot tak wrzucić w lutym swojej fotki w bikini z podpisem: miesiąc po porodzie – nie ćwiczę, żrę… bo przecież dziewczyny by się załamały…

10.11.2017
Tak więc wczoraj nadejszła ta wiekopomna chwila w mojej szarej egzystencji, kiedy to po raz pierwszy po baaaardzo dłuuuugiej przerwie zaczęłam ćwiczyć! Jogę konkretnie a zakwasy mam dziś takie, że ledwo klikam. Oraz apropos klikania, to również wczoraj syn młodszy wymówił po raz pierwszy słowo MAMA! Bynajmniej nie było to jego pierwsze słowo, gdyż pierwszym świadomie wypowiedzianym było KLIK (świat jednak zmierza ku upadkowi) a drugim TATA (a sprawiedliwości nie ma w rodzinie)… No, także ten.

16.11.2017
o polityce przy kurach
na targu przy stoisku z kurami (jedynym o tej porze roku) panie dopytują o gatunki i rasy, szczególnie zaintrygowane jedną białą odmianą kur, niemiecką rzekomo (ale ja już doedukowana internetowo, wiem, że to wcale nieprawda, gdyż z hameryki albo italii une a nie z dojczlandu, nie odzywam się jednakowoż, słucham, czekam), która to odmiana „o takie pani duże, białe jaja daje codziennie jedno” – pokazuje sprzedawczyni. Ale kobitki nie tak łatwo oczarować byle jajem – oglądają, obmacują i drążą – a czy duże urosną? a czy wytrzymałe na mróz? a czy też na choroby? W końcu sprzedawczyni ucina dyskusję stwierdzeniem: no przecież jak z Niemiec to wiadomo że dobre, bo czy oni coś robią bylejak?… i tak to kura rasy leghorn stanęła zaraz za proszkiem do prania i samochodami w rzędzie rzeczy dobrych, bo niemieckich… Kobitki pokiwały głowami ale nie kupiły, nie odezwałam się i ja, nie skomentuję również teraz, coby nie narażać się ani lewactwu ani prawdziwym patryjotom, bo to w dzisiejszych czasach, pani kochana, naprawdę strach mieć poglądy :P

1.12.2017
43 godziny bez prądu
Zatem w kwestii niusów ostatnich dni, to akurat my też byliśmy wśród tych 300 000 gospodarstw pozbawionych energii elektrycznej… Przez 43 godziny bez prądu człowiek uświadamia sobie jak bardzo jest uzależniony od całej tej technologicznej sieci powiązań, ale też kilka innych faktów sobie uświadamia przy okazji… brak prądu oznacza u nas bowiem brak wody, bo pompa jest elektryczna oraz brak ciepła, bo piec też. Wody zawsze trochę jest napompowane do zasobnika, więc do picia, jedzenia i mycia rąk starcza, zwłaszcza, kiedy deszczówki (śniegówki) pod dostatkiem w beczkach na zewnątrz. Ciepło też jest z kominka całkiem wystarczające, tyle że trzeba dokładać nonstop, nawet nocą… Kuchnię mamy gazową, więc gotować można. Bez elektroniki też człowiek jest w stanie przeżyć okazuje się. No ale brak światła zimą już od 16-tej to ciężka sprawa… Pierwszego wieczoru graliśmy w gry przez prawie 6 godzin czyli do 22, ale drugiego chłopakom znudziło się już po 3 godzinach i poszli spać o 19! Wszyscy trzej! Zostałam sama z zasyfiałą kuchnią, śmierdzącą lodówką, ciszą, ciemnością, kominkiem i ostatnią świeczką. Brudna, nieumyta, spocona od rąbania drewna w dzień i… szczęśliwa! Okazuje się, że całe to mycie i sprzątanie jest wielce przereklamowane (co do sprzątania to nie miałam nigdy wątpliwości, ale że mycie też!?) i od czasu do czasu każdy mógłby zrobić sobie taki cywilizacyjno-myciowy „post”, choćby po to, żeby potem docenić ciepły prysznic czy inne oczywiste oczywistości, jak na przykład radio! Żeby przypomnieć sobie jak to było w młodości, kiedy w wakacje z plecakiem człowiek potrafił się umyć w litrowej butelce wody… cały! Ale głównie po to, żeby się uwolnić od przymusu! Od całej serii przymusów, przyzwyczajeń i rutyny. Lubię takie awarie. Mąż rozważa zakup agregata, wiatraka tudzież paneli słonecznych, czy coś…
Oraz po tych dwóch dniach i nocach ciszy prawie absolutnej zaczęłam słyszeć jak prąd płynie w latarkach – znaczy jak buczy cicho.
A dziś sprzątanie lodówki i interwencyjne zjadanie roztopionych lodów – la vita e bella! :D

7.12.2017
czwartkowe poranne korki w stolycy, czwórka dzieci w samochodzie i ja… oraz inni kierowcy, do których machano, mrugano, śmiano się i pokazywano na migi… co konkretnie pokazywano to nie wiem, bo patrzyłam na drogę, czasem tylko na światłach udało mi się złowić przelotnie zdziwione bądź współczujące spojrzenia z samochodów obok…
– co to jest: czerwone, twarde i do jedzenia?
– pomidor!
– nie, to nie tak było! co to jest: czerwone, twarde i szkodzi na zęby? cegła!
– patrzcie diskopolo jedzie! na tym autobusie
– a co to jest diskopolo?
– pomidor
– to taki głupi program…
– wcale nie, bo to taki rodzaj muzyki!
– ale dla głupich ludzi
– dlaczego?
– pomidor
– a widzieliście tego kolesia?! wcale nie patrzył przed siebie
– tak! i zaraz wjedzie w śmieciarkę!
– on gra na telefonie za kierownicą! to jest nielegalne!!!
– zapamiętajmy jego numery! WGR cośtam…
– zróbmy mu zdjęcie! kto ma telefon?
– mama pożycz telefon…

nie pożyczyłam, przeżyłam, się ubawiłam, na jesienną deprechę czy inne problemy natury duchowej polecam dzieci w dużych ilościach – to jest lekarstwo, które działa na zasadzie „co cię nie zabije to cię wzmocni” :P

9.12.2017
sobota
o 6:05 NIE zadzwonił budzik! chociaż powinien, gdyż był nastawiony. o 6:45 mąż przekręcając się na drugi bok spytał: nie powinnaś już wychodzić? qrv…………mać! w 20 minut ogarnęłam wszystko, łącznie z karmieniem cyckiem i o 7:05 wyszłam. i tak sobotę zaczęłam od wizyty u dentysty w Piasecznie . potem bułeczki, śniadanko w domu, kawusia, pan hydraulik umówiony, wyjazd z Olafem na zajęcia jego sobotnie do Tarczyna, wizyta w metropolii naszej lokalnej, zwanej Grójcem, gdzie: odebrałam zamówione prezenty od Mikołaja (dla mnie z paczkomatu, dla męża z księgarni, dla dzieci z zabawkowego), zrobiłam zakupy, wydrukowałam umowy i wynajęłam mieszkanie pani żołnierz (żołnierzynie? żołnierzycy? żołnierce?). w domu pobyłam godzinę, akurat żeby zjeść i nakarmić i pojechałam znowu do Tarczyna po Olafa a następnie z nim do dziadków do Sochaczewa, bo tak się umówił… przejechałam dziś łącznie prawie 300km i oprócz zużytej benzyny i nerwów kosztowało mnie to 6 punktów karnych i 200 PLN mandatu za przekroczenie prędkości… doprawdy nie rozumiem jak mogłam przekroczyć prędkość po zmroku, przecież ja po zmroku jeżdżę bardzo powoli i ostrożnie, gdyż po ciemku nic nie widzę! (gdybym widziała to zobaczyłabym policję migającą na niebiesko, tak?)
wróciłam na dobre przed 19-tą, w między czasie odebrałam ze 20 telefonów z pytaniami o mieszkanie. i pomyśleć, że niektórzy tak mają na codzień, w sensie, że taka praca zawodowa – jeździć, załatwiać, odbierać telefony, ROZMAWIAĆ Z LUDŹMI…!? a pomyśleć, że niektórzy to nawet LUBIĄ!?? ;)

13.12.2017
przedświąteczny armagedon przybiera na sile z każdym rokiem. jakby świat miał się potem skończyć i tylko teraz jest naprawdę najostatniejsza szansa żeby sprzedać w promocyjnej cenie wszystko co tylko można sprzedać… a okazuje się, że można naprawdę wiele! i chyba jednak ktoś to kupuje!!! zatem od przyszłego roku oprócz obrazków zacznę chyba wciskać ludziom, tfu, poszerzę swoją ofertę o: korespondencyjny kurs porządkowania w szafie, kurs śmiałego patrzenia w oczy, warsztaty rozwoju osobistego poprzez aktywne głaskanie kota, fejzbuk dla opornych – jak klikać lubię to, jak zaprzyjaźnij się ze swoją śledzioną, ćwiczenia mięśnia kegla online no i oczywiście okolicznościowe: jak przeżyć święta i nie osiwieć, jak udekorować żyrandol, jak kreatywnie ubrać choinkę, jak tanio ugotować barszcz… każdy za jedyne 499 PLN a cztery w pakiecie za 899PLN.
to w ęternetach ale w realu też masakra! staram się unikać zakupów w tym czasie, ale nasz wioskowy sklepik nie ma wszystkiego w asortymencie, więc trzeba było jednak jechać do miasta… a tam!… supermarkety przygotowane jak na wojnę – dodatkowe palety towaru zafoliowane, nierozpakowane zawalają każdą wolną przestrzeń, że nie sposób przejechać wózkiem (głównie wódka i mąka), ceny też bynajmniej nie promocyjne a kolejki szalone…
myślę, że naszym dzieciom z tym właśnie będą się kojarzyły święta – z eksplozją niekontrolowanego konsumpcjonizmu. tak jak teraz nikt nie pamięta już o co chodziło praprzodkom, że akurat w tym czasie świętowali i że akurat przesilenie zimowe, bo przejęło je katolickie Boże Narodzenie, gdzie zamiast słońca rodzi się „syn boży”, tak za ileś lat nasze wnuki nie będą pamiętały o co chodziło z tymi religiami, bo pozostanie im tylko gwiazdka, święty Mikołaj, szaleństwo prezentowo-zakupowe. w sumie to nie wiem czy to źle czy dobrze… kolejna nowa bajka zastępuje starą, taki lajf… szkoda że z każdą następną oddalamy się od własnej natury. a może nasza natura po prostu ewoluuje? z istot stadnych i duchowych stajemy się istotami… hmm…? używającymi? bo zamiast przeżywać używamy…?
a Wy jak? poczuliście już „ducha świąt”? :P

20.12.2017
śni mi się że błądzę samochodem po Moskwie, choć znam drogę i pamiętam nawet teraz rozkład ulic jakbym całą mapę miała w głowie, mimo że nie byłam nigdy w Moskwie samochodem, a pociągiem tylko raz w późnym dzieciństwie… albo niezidentyfikowane obiekty latające mi się śnią – ledwo widoczne na tle nieba kule z trzema silnikami po bokach… obserwuję je stojąc w kolejce po mięso razem ze starszymi paniami równie zdziwionymi jak ja, a kiedy jedna taka wielka kula przelatuje obok wyjątkowo blisko nas, czuję jak włosy mi sie elektryzują po tej stronie głowy…
albo fajzbukowi znajomi mi się śnią (znaczy WY!) ale tacy, których od lat nie widuję na żywo i dziś jedna taka daleka znajoma utopiła się w basenie na moich oczach a ja nie umiałam jej pomóc, a jeszcze dalszy znajomy podrywał mnie tak ładnie i skutecznie, że gdybym była ułanem (ułanką) to poczułabym się zobowiązana i wysłała mu dziś bukiet kwiatów, czy coś…
także ten… od jutra noce coraz krótsze, znaczy idzie lato! :D
ciekawe czy zimą wzrasta sprzedaż kawy…?

Zatem w kwestii podsumowań to był dość dziwny rok… wyjątkowy i może nawet przełomowy, ale też trudny. Dobrze, że już się kończy. Wróżąc z nocy sylwestrowej, bo ta wróżba ZAWSZE mi się spełnia, kolejny będzie nadzwyczaj udany! Może niezbyt huczny, ale też nie samotny, lekki, łatwy i przyjemny i w dobrym towarzystwie! Poprzedniego Sylwestra spędziłam w łóżku z kilkudniowym dzieckiem, w tym roku to dziecko spało samo nie zważając na muzykę i śmiechy za ścianą, a chwilami nawet imprezowało z nami ;) Jednym słowem jest coraz lepiej a będzie wspaniale! Mam w sobie całe morze szczerej wdzięczności za to wszystko, co mam, za miłość i bliskich, ale też za trudności, bo zmuszają do… weryfikacji światopoglądu ;) do ciągłych zmian, a zmiana to rozwój, a to rozwój sprawia, że żyjemy a nie wegetujemy i że życie JEST piękne!
W nowym roku życzę Wam wszystkim tego, czego potrzebujecie, a sobie więcej wolnego czasu, który to czas, poza malowaniem, szyciem, czytaniem, pisaniem, mogłabym spożytkować na przykład na SEN….
:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *