2016

pierwszy tydzień pracy w nowym roku nie biorę jeszcze audiobuków i jadę na radiu – rozbrzmiewającym gromko wokoło najgorszym z okropnych komercyjnych  RMFMFFM…  ale nie będę narzekać, wymienię za to plusy dodatnie, bo owszem SĄ! dowiedziałam się więc o całej masie istniejących powszechnie w społeczeństwie jednostek chorobowych i dolegliwości oraz, co ważniejsze, o istnieniu w aptekach lekarstw na nie wszystkie!!!
maluszek nie je obiadków tylko opycha się czipsami (autentyk!) – dajesz mu syropek na apetyt i po czipsach wtrąbi też obiadek! sam obżarłeś się tłustego – weź tabletkę! pijesz za dużo kawy – weź tabletkę! masz wzdęcia – weź tabletkę! masz gazy – weź tabletkę! capi ci z gęby – weź tabletkę! nie umyłeś nóg – weź tabletkę!  zimno ci w ręce – weź tabletkę! masz nietolerancję laktozy/glukozy/mendozy/sacharozy/mukowiscydozy – niepotrzebne skreśl i weź tabletkę! masz niespokojne nogi – weź tabletkę!  masz niespokojne myśli – weź tabletkę! masz niespokojne uczynki i zaniedbania – weź tabletkę!  masz niespokojne życie – weź tabletkę! nie tolerujesz głupoty – weź tabletkę! masz problem z samooceną – weź tabletkę!  masz problem z podejmowaniem decyzji – weź tabletkę!   zbytnio wierzysz reklamom – weź tabletkę!
…aaauuuuuuuuuu…..
tęsknię za słońcem (wziąć tabletkę?)…

1.02.2016
Wieści z frontu robót: ekpia wykończeniowo-wszystkorobiąca odjechała, zabrała radio i nastała CISZA… jakże to jest piękna i błoga cisza! Nie zakłóca mi jej nawet jak panowie parkieciarze zanucą czasem na całe gardło „muuuuuj jest ten kawałek podłogi”, bo to doprawdy nawet pasuje i nie traktuje o tabletkach tylko o pracy. W domu też cisza nienaturalna, bo syn wyjechał na zimowisko…!!! Całkiem daleko i całkiem sam, znaczy z ciociami i kolegami ale bez matki, ojca, babci czy dziadka, no samiuśki jak ten palec no! Tak, przeżywam.
To był dziwny rok swoją drogą. Zaryzykowałabym wręcz że przełomowy pod wieloma względami. Przeczytałam 10 tomów „Diagnostyki karmy” Łazariewa, przejechałam własnego kota, wróciłam do pracy w zawodzie, Olaf poszedł do szkoły, obcięłam włosy…

8.02.2016
Śnił mi się coś jakby trójkąt bermudzki tylko że na drodze. Niby normalnie – po lewej pole, po prawej las, a nagle droga zaczęła zanikać i nie to że w oddali zanikać tylko tuż pod kołami samochodu „pojawiały się” dziury!  To znaczy brak wszystkiego, jakiejkolwiek materii tylko szare tło i niebieska mgła. Kiedy to zrobiło się nie do wyminięcia zjechaliśmy na pobocze – lewe, bo jeszcze było i to był błąd. Bo okazało się, że sami też zaczynamy zanikać, w oczach starzeje się nam ubranie a skóra żółknie i marszczy się a do tego malejemy! Mąż patrzył na mnie z przerażeniem a ja nie miałam odwagi zerknąć w lusterko – wystarczyło że widziałam jego malutką postać, za małą już nawet żeby dosięgnąć do pedałów…
A potem był przeskok i wspominamy po latach zdziwieni, że to zanikanie nie pozostawiło trwałych śladów i że znowu jesteśmy „normalni”, choć patrząc na siebie wciąż mamy w pamięci to okropne, rozpadające się, małe i liche… a ja trochę żałuję, że nie spojrzałam wtedy w lusterko…
Obudziłam się w środku nocy z silnym poczuciem ZROZUMIENIA wszystkiego, które to poczucie niestety nie przetrwało do rana więc znów nie rozumiem.
Wizja:
myślę że już całkiem niedługo ludzie zaczną się masowo rozbierać (obierać?) ze zbędnej wiedzy. Obecnie panuje kult informacji (wiedza to władza), często jesteśmy uzależnieni od informacji, informacje, (ilekroć puste i bezużyteczne) zamiast umiejętności, wtłacza się nam do głów w szkołach. Jest tego tak przeraźliwie dużo, że coraz więcej ludzi zaczyna zwracać się w drugą stronę – albo dawkować, ograniczać przyswajanie albo przestaje się interesować w ogóle (albo choruje na alzheimera). I coraz więcej mówi się o szkodliwym wpływie nadmiaru  „złych” informacji na zdrowie (a przecież 95% informacji we wiadomościach traktuje o wypadkach, konfliktach, zbrodniach, wojnach, nadużyciach).
Człowiek przyszłości będzie mógł sobie pozwolić na komfort niewiedzy. Do naprawdę ważnych spraw  będzie miał intuicję, a całą resztę zostawi komputerom i specjalistom.  Nie będzie musiał marnotrawić czasu na fejsie oglądając zdjęcia słodkich kociaczków coby się „zrównoważyć” po debacie o wielce strasznej wojnie/grypie/pogodzie/kryzysie, bo po prostu takie tematy nie będą nikogo interesowały. Człowiek będzie na tyle mądry i rozwinięty, żeby nie produkować tego typu śmieciowej wiedzy w ogóle. I niech tak się stanie, o!
:D

8.03.2016
oglądając filmik z Maciejem Szturem pomyślałam sobie „nie jest dobrze” skoro ludzie się śmieją a ja nie rozumiem z czego. Dopiero tupolew naprowadził mnie na odpowiedni tok myślenia i obejrzałam ponownie, tym razem kojarząc intensywnie wszystkie ostatnie wydarzenia, jakie przebiły się przez mój osobisty antymedialny firewall i… owszem, lekko się uśmiechnęłam. Lekko, bo zaraz naszła mnie smutna refleksja dwojakiej natury: nie jest dobrze, skoro dowcipy „na salonach” znów robią się polityczne i dzielą, no i nie jest dobrze się wyśmiewać, niezależnie od opcji politycznej, bo to nie jest humor tylko sarkazm – inteligentny ale zgorzkniały, ciąży na wątrobie zamiast lekko łaskotać jak zwykłe głupie żarty. No i na koniec chyba nie jest dobrze, że tak to teraz widzę, bo to oznacza, że trzeba znów ustawić poziom ochrony w antymedialnym firewallu na WYSOKI…
albo wyemigrować do Bhutanu!
;)

9.03.2016
Wychodząc z prastarych założeń, że w zdrowym ciele zdrowy duch, oraz że ruch to zdrowie, zaczęłam się ruszać. Począwszy od jogi po zbyt długiej przerwie (ależ to były zakwasy!) a skończywszy na rewolucji w ogródku: dwie taczki kamieni przewiezione spod domu, gdzie zawadzały, na kupę kamieni pod płotem i z powrotem pod dom do skrzynek, które stanęły w miejscu kupy kamieni, która była pod domem;  8 taczek ziemi kompostowej z kupy kompostowej załadowane łopatą i rozładowane do skrzynek (a raczej skrzyń!), które najpierw trzeba było ustawić ładnie poziomo, tzn przedtem wypoziomować teren piachem i gruzem z 6 taczek gruzu, które co prawda przywiózł mąż, ale rozwaliłam i wyrównałam ja, ale to jeszcze w poprzedni weekend. No i zgrabić pół lasu z liści na nową kupę kompostową (nie ma to jak kompost z dębowych liści!)  Na koniec tylko zasiać, podlać, przykryć folią i podziwiać jak ładnie, ale to już sama przyjemność… najważniejsze, że czuję się dużo lepiej na duszy, jednak nie ma to jak ciężka fizyczna praca!
A w zawodowej pracy na budowie słucham Murakamiego opowiadań i dziwię się oraz podziwiam jak wnikliwie można pisać o na przykład wymiocinach… i w ogóle o ilu banalnych rzeczach można pisać! I że ludzie nadal chcą czytać!!! No przynajmniej ja chcę, choć nie ukrywam, że pracuje mi się lepiej przy kryminałach ;)

10.03.2016
śniła mi się wystawa własna, jeszcze nie otwarta, a już czyjaś następna czekała w kolejce z tłumikiem innych gości i nowym winem…
oraz bliski znajomy żywy, choć zamarznięty i kruchy jak rzeźba z lodu, że aż się musiał podłączyć do ładowarki celem „rozgrzania” chyba…
i dalszy znajomy odkurzający odkurzaczem głośnym, ale z odłączoną rurą tak, że wcale mu nie ciągnęło – on nawet tego nie zauważył i dalej odkurzał, a jak mu chciałam zwrócić uwagę i pomóc, to machnął, że zaraz zaraz, że jeszcze nie teraz, bo właśnie odkurza…
i jeszcze kury w prowizorycznych kurnikach i obskurne podwórka i drogi w dół po śniegu i dziury w drogach jak całe jaskinie i wszędzie światło – dużo białego światła… i silne poczucie, że już to znam, bo już tu byłam nie raz, choć ostatnio wyglądało inaczej i sen był inny…
skończyłam Murakamiego, zaczęłam Steva Jobsa biografię, więc czekam teraz na sny bardziej logiczne i rzeczowe a może nawet jakiś zabłąkany american dream!?
13.03.2016
nie należę do osób, które lubią zbierać sprzęty, przedmioty, gadżety, wręcz przeciwnie – telefony od lat „donaszam” po innych, zmiana komputera to też bardziej ból niż fun, ale dzisiaj moja 20letnia miniwieża, 3krotnie naprawiana, zakupiona za pierwsze większe zarobione samodzielnie pieniądze w latach 90-tych (z wakacyjnej pracy na nocki w przetwórni owoców na taśmie z wiśniami – odtwarzacze CD były jeszcze wtedy nowością!) przeszła niniejszym na emeryturę… były łzy wzruszenia, wspomnienia, podziękowania i kwiaty, ale głównie była radość z nowego sprzętu ;P  równie niedużego, czarnego i totalnie wszystkomającego a najbardziej kolumny! JEZUSMARIA jaki to czad zmienić głośniki na lepsze! jaką głębię może mieć muzyka!!! i ile ja miałam fajnych płyt przez całe lata niedocenionych!!!
no, także tego, jakby kto pytał jak mi minął weekend to weekend minął mi głównie na skakaniu, śpiewaniu, wyciu, słuchaniu i testowaniu możliwości sprzętowych i wytrzymałości gardła… tylko syn niezwyczajny hałasu siedział w swoim pokoju z zamkniętymi drzwiami, zaciśniętymi uszami, zrezygnowawszy z uciszania nas, śpiewał coś sobie na uspokojenie – patologia…
Człowiek zadaje się z tym internetem tyle lat i wydaje mu się, że nic go już nie zdziwi, aż tu nagle odkrywa zupełnie niepoznany ląd – wręcz cały nowy świat otwiera się przed nim na wyciągniecie ręki z pilotem od nowego radia – świat radyj (radj? radiów?) internetowych… z MILIONAMI stacji! I czuje się ten człowiek trochę jak w dzieciństwie, kiedy zaraz po przemianach ustrojowych ojciec zakupił antenę satelitarną… czyli szok – totalny szok kulturowy!
Tak więc mam w domu radio Uganda i Filipiny, Kongo, Jemen, Gruzja, Madagskar a nawet – uwaga – Bhutan Broadcasting Service! Jest też ulubione moje sprzed lat Lifegate z Mediolanu no i Radio Italia – solo musica italiana! Wyjątkowo lubię stacje religijne z Afganistanu a z Inii najbardziej Krishna 24/7 i Bollywood Hits. Obczajam folklor Urugwaju i jazz z Rosji, a w chwilach relaksu słucham Eska Reggae. Ciekawe na jak długo wystarczy internetu…
:D

20.03.2016
a w Dojczlandzie tym razem nic nie mogłam zrozumieć o czym do mnie mówią. Nie to żebym zawsze rozumiała wszystko, ale tym razem to zupełnie nic! Zaćmienie umysłowe, skleroza starcza czy przeszli oni wszyscy niezauważalnie na dialekt jakiś nieznany? Dopiero wieczorem, po całym dniu skupiania uwagi na słowach, ze zdziwieniem spostrzegłam, że woda w kranie szumi po polsku i wreszcie coś rozumiem! Ale zaraz odezwał się racjonalny umysł gromkim HELOŁ??? Jaka woda? O czym ty szumisz/mówisz/myślisz? Przecież woda w kranie nie szumi w ŻADNYM języku! No, także tego, musiałam być już bardzo zmęczona tego dnia…
Poza tym no i jeszcze tym, że rozmawiam czasem z podróżnym jeżem oraz, że widzę piękno w układach cyfr w kodach z karty kodów, to zupełnie wszystko u mnie normalnie, standardowo  i dobrze panie doktorze…
:}

24.03.2016
Przymrozki rano, woda pozamarzana w psich michach, szron szybko topnieje w słońcu, przez chwilę tworzy na trawie kształty cienia werandy i drzew po czym znika na dobre, choć w cieniu ciągle jeszcze -5. Psy wygrzewają się w porannym słońcu porozkładane pod drzewami w dziwnych pozycjach jakby chciały opalić sobie na przykład podgardle czy inne miejsca gdzie słońce zwykle nie dochodzi. Dopijam poranną kawusię przy dźwiękach reggae, chłopaki już pojechali, ja też zaraz wychodzę do pracy, życie jest piękne. Dobrego dnia wszystkim!

7.05.2016
Są wydarzenia, których skutki sięgają daleko w przyszłość. Są też wydarzenia, których skutki, jak kręgi na wodzie, rozchodzą się we wszystkich kierunkach – w przyszłość i w przeszłość. Na przykład narodziny. Człowiek się rodzi i JEST, a skoro jest to zawsze był – trudno sobie wyobrazić, żeby mogło go kiedykolwiek nie być. Kiedy wspominam coś z odległej przeszłości (no może za wyjątkiem dzieciństwa), w pierwszym momencie zastanawiam się: a gdzie był wtedy Olaf? U dziadków? Co ja wtedy zrobiłam z Olafem? Dopiero w drugiej kolejności pojawia się logiczne myślenie: no przecież jeszcze go wtedy nie było!
Czas jest iluzją naszych ograniczonych umysłów, a jeśli nie jest iluzją, to na pewno nie płynie liniowo tylko co najmniej trójwymiarowo…

Sen starej kobiety czyli „Ożenek” w wersji własnej:
Brnęliśmy przez gęsty las, który sięgał nam jak woda aż pod pachy. Szło się coraz trudniej, ale cel był blisko.
– naprawdę małżeństwo? – spytałam drwiąco, bo droga w milczeniu dłużyła się
– no kiedyś trzeba ponoć – odparł wesoło – wiesz, ja w życiu próbowałem już wszystkiego i z kobietami i z mężczyznami, wyszumiałem się jak to mówią! Pora się ustatkować hehehe…
– myślisz że dasz radę? Że nie będzie cię ciągnęło do starego życia?
– Paulina – zatrzymał się żeby złapać oddech albo dla podkreślenia efektu – ja mam już serdecznie dosyć tego starego życia…
Resztę drogi pokonaliśmy w milczeniu. Narzeczona już tam czekała. Była zadziwiająco ładna i dojrzała jak na swoje 13 lat. Twarz o regularnych rysach, piękne czarne oczy, pełne usta i długie ciemne, proste włosy, poza tym wyglądała jak każda 13-latka. Dojrzałość objawiała się, kiedy zaczęła mówić. Lojalność, szacunek i entuzjazm, z jakim mówiła o swoim przyszłym mężu i ich wspólnym życiu zdumiały mnie tak bardzo, że zaczęłam wątpić w swoje dotychczasowe przekonania o miłości romantycznej. Na koniec zapewniła, że jej ojciec, wojskowy, bądź co bądź wyższy rangą od przyszłego małżonka, nie będzie miał prawa odwiedzać ich w ich wspólnym domu bez zaproszenia – żeby mąż we własnym domu zawsze czuł się „najważniejszy”… Narzeczony też był pod wrażeniem. Widziałam zachwyt w jego oczach – być może też nie spodziewał się aż tyle po 13-latce. W końcu faktycznie słyszał już nie jedno w swoim 40-letnim życiu, a to małżeństwo… cóż, było uzgodnione 10 lat temu z jej ojcem, z którym walczyli wspólnie w ostatniej wojnie i pewnie nie jedno razem przeszli. Ten fakt skłaniał mnie raczej do współczucia biednej dziewczynie i powątpiewania w szanse jakiejkolwiek miłości… a tu! Wyglądało na to, że ona już jest zakochana, no a przynajmniej zapatrzona w niego jak w obrazek… może całe życie słyszała jak dzielny i wspaniały jest jej przyszły mąż? Która nastolatka nie chciałaby poślubić swojego idola?! Tylko ta różnica wieku… No a on? W sumie czekał na nią 10 lat, może też się zakocha. Byłby głupi gdyby się nie zakochał! Ona była taka piękna i mądra, aż chciałam żeby była moją córką…
Obudziłam się lekko zbita z tropu z mętlikiem w głowie, przeświadczeniem, że to zdarzyło się kiedyś naprawdę i pytaniem „co ja wiem o miłości?”

Śniło mi się dwóch wojskowych w czarnych mundurach – wyglądali jak profesjonaliści od brudnej roboty, co nie zadają zbędnych pytań. Spytali więc tylko:
– pani Paulina Linfert?
– tak – odparłam zaciekawiona a oni na to odbezpieczyli po czarnym granacie, rzucili mi pod nogi i błyskawicznie wyszli… nie  starczyło mi czasu na zastanawianie się kto i dlaczego ich wynajął, pomyślałam tylko: nie zdążę uciec, trudno, widać tak miało być… i wybuchłam.

14.05.2016
update 18+ czyli seks i przemoc. Głównie w kurniku…
Odcięto nas od internetu już 2 tygodnie temu i nie działa nadal, chwilowo korzystam z cudzego, więc nie wiem kiedy wrócę na dobre i czy w ogóle… najśmieszniejsze, że dostawca internetu, po 6 latach względnie udanej współpracy, nagle przestał w ogóle istnieć – nie działają telefony, infolinie, nie odpowiadają maile… masakra. Ale przejdźmy do rzeczy: w kurniku lekka anarchia – biała nadal rządzi a kogut boi się nawet szpaków, kur nie umie porządnie przelecieć, nie mówiąc o innych obowiązkach kogucich jak choćby pianie co rano… za to bywa agresywny, dziobie, odgania i najeść się im nie pozwala, no lewy jakiś się nam trafił ewidentnie. Gdyby nie zdecydowane protesty Olafa, to już byłby z niego rosół. Także tego, z seksem słabo, przemoc jest.
Jeśli zaś chodzi o seks poza kurnikiem to śnił mi się ostatnio japoński nastolatek w parku deskorolkowym… ja byłam sobą czyli prawie już 40-letnią kobietą a on japońskim nastolatkiem – to się chyba nazywa kryzys wieku średniego czy coś…?
Poza tym życie płynie normalnie, żyjemy, pracujemy, odpoczywamy, sprzedałam dwa obrazki na wystawie a na kursie kroju i szycia nauczyłam się jak wszyć kółko w dziurę po kółku szwem płaskim przestębnowanym na jedną stronę…

28.05.2016
podsłuchane dziś przypadkiem w kuchni własnej, syn lat niecałe 7 do ojca:
– tata no chodź, weźmiemy krakersy, zapalisz sobie papierosa a ja zapalę sobie trawkę…
– a co planujecie…? – wtrącam się nieśmiało
– a nic… no wiesz, taki tam męski piknik na tarasie….
i poszli. zostałam wykluczona. nie dowiem się co oznacza palenie trawki w wieku lat 7…
KURNIK i kwestie natury religijnej
Wiem, że zrobiłam się monotematyczna z tymi kurami, ale temat jest niewyczerpany i zaskakująco głęboki! Bo otóż zaprawdę powiadam Wam, zanim kur 3 razy zapiał poczułam bezgraniczną miłość do Stwórcy i wcale nie żartuję.
Obserwacje Natury od zawsze skłaniały ludzi ku Bogu, tak prostych obserwatorów jak i poważnych naukowców. No bo logicznym jest, że za tak IDEALNIE „skonstruowanym” światem MUSI stać jakaś inteligentna Siła bądź Program. Weźmy takie na przykład jajko –  jajko jest perfekcyjne! Ma wszystko co potrzebne, wystarczy trochę ciepła i w jajku SAMO rozwija się życie! Czy to nie fascynujące?! Chwilowo najbardziej fascynuje mnie skąd w drogach rodnych kury bierze się to powietrze, które jest w każdym jajku… :P
Także tego, jajka owszem są i to coraz więcej, zwłaszcza odkąd dokupiłam 3 nowe kurki. Poza jajkami nowe kurki zmieniły wszystko a najbardziej koguta, bo ten totalnie się zakochał! Puszy się i tańczy wokoło nich, skrzydłami powłóczy i UWAGA – pieje co rano!!! Co prawda dopiero od 3 dni i tak jeszcze słabo, ale postęp jest! Poza tym zmężniał jakby, urósł mu grzebień, te farfocle pod dziobem oraz ogon i ogólnie wygląda i zachowuje się dużo lepiej, znaczy rosołu chwilowo nie będzie.
Mam też całą masę obserwacji i przemyśleń okołokurnikowych natury socjologicznej, ale to może następnym razem… :)

Z cyklu chu…wa pani domu
Zamiast chłodnik na upały zapragnęłam zjeść dziś kotlety. Smażone, ciężkie kotlety z kaszy (którą trzeba najpierw ugotować), cebulki (którą trzeba najpierw usmażyć) i twarogu, do tego młode ziemniaczki, mizeria itd… Obiad spoko, ale temperatura w domu podskoczyła z przyjaznych 22,5 stopnia do mniej przyjaznych 25. Ponadto kupiłam tak ostry nóż, że drugi raz już obcięłam sobie przypadkiem paznokieć… znalezienie obciętego paznokcia w posiekanym koperku – niewykonalne! A jeśli chodzi o kurnik, to w sobotę padł rekord 5 jajek dziennie! Sprzedawać zacznę czy coś…?
;)
31.05.2016
pierwszy raz kobieta jest tak przejęta tym wszystkim, co dzieje się z jej ciałem, tym jak (żle) się czuje, jak wszystko śmierdzi jak jej niedobrze, jak boli, ciągnie, uwiera… że umyka jej gdzieś pomiędzy najważniejszy fakt – że oto w jej wnętrzu rozwija się życie! Nowy, kompletny człowiek, którego kiedyś prawdopodobnie będzie kochała najbardziej na całym świecie! …albo może pierwszym razem nie umie sobie tego wyobrazić… ja nie umiałam.
Drugi raz to co innego. Drugi raz to jest totalna magia – kurze jajko przy tym to naprawdę NIC! To, że masz w brzuchu człowieka, który się rusza, ma już właściewie WSZYSTKO, choć mierzy dopiero kilka centymetrów… to jest po prostu megaczad!!! :D zwłaszcza kiedy miną już mdłości, słabości i inne nieprzyjemności.
16.06.2016
Śnił mi się pożar w moim dawnym dziecinnym pokoju, którego już nie ma. Książki, zeszyty szkolne i inne papiery płonęły bezgłośnie i skrycie, bo dopiero jak się którąś wyjęło widać było płomienie a częściej już tylko popiół…
Śnił mi się też autobus próżniowy, w którym klimatyzacja zamiast chłodzić wysysała powietrze i robiła prawie próżnię, a dodatkowo, taki bonus, robiła też stan prawie nieważkości! Prawie w tym wypadku robiło taką różnicę, że jednak można było z trudem oddychać i jednak w końcu się opadało… Problemem były tylko drzwi bez śluzy, których po otwarciu nie dało się tak łatwo zamknąć – taki był WIATR, znaczy wsys powietrza z zewnątrz!
Jeśli zaś chodzi o życie w realu to owszem płynie, dziękuję, wszystko dobrze, jedyne co mnie ostatnio poruszyło to szyld w Żyrardowie: „Galeria Mięs i Wędlin. Jesteśmy z Łodzi – projektujemy wędliny!” ….no, także tego, w przyszłym życiu wiem już kim chcę zostać…
26.06.2016
Kurtularnie na wiosce
Jakby ktoś pytał co robię w upały to ja w upały oglądam „Gwiezdne wojny”. Po raz pierwszy w życiu za wyjątkiem części 1 znaczy 4, którą kiedyś obejrzałam za namową Olafa. Teraz też za namową Olafa oraz dzięki jego własnej zainwestowanej gotówce ze skarbonki w sklepie wszystko po 4 zł. Zainwestował chyba głównie w edukację matki, bo sam to już „z milion razy widział, bo ma nagrane u Dziadka wszystkie części”…
No… także tego… nie jest wcale tak źle jak mówią i piszą a wręcz wciągnęłam się nawet troszkę (jak tak dalej pójdzie to i mecze zacznę oglądać!) więc syn w tym roku zamiast do dziadków jedzie na obóz. Przyrodniczy obóz! :P
Co poza tym? Dobrze na upał działa też nowy James Blake, choć trochę depresyjny (ponoć), to znów dobra płyta. No i Radiohead nowy też całkiem całkiem, tyle że to muza zdecydowanie na listopad czy późny październik, poważnie nie rozumiem tego – skoro się czeka tyle lat z wydaniem kolejnej płyty to można poczekać jeszcze te kilka miesięcy, prawda? Krystaliczny głos pani z linku poniżej też działa kojąco i to też piękna płyta przyszła w piątek. Z lyteratury zaś polecam opowiadania Jarka Westermarka, bardzo mnie ujęły, no i przeczytałam jeszcze „Słowiańskich królów Lechii” Janusza Bieszka – też polecam.

Wakacje nad morzem naszem polskiem (czyli już wiem dlaczego tu nigdy nie przyjeżdżałam w sezonie)
26.07.2016
W labiryncie z kolorowych parawanów krążę, zwiedzam i obserwuję co też ludzie potrafią zainstalować na swoim calkiem nieraz sporym areale… Bo że namiot, dmuchany basen ze słodką wodą,  4 koce szczelnie przykrywające podłoże coby się ziarnko piasku nie dostało do miednicy z sałatką czy kufla piwa, parasole i leżaki, to standard. Ale buda dla psa z wybiegiem czy siatka do piłki plażowej to już tylko dla najambitniejszych, którzy potrafią poświęcić się i wstać o tej 6:30 żeby odpowiedni areał zarezerwować! Podróżny jeż był w szoku. Tak, byliśmy razem na wczesnym porannym spacerze, może nie o 6:30 tylko o 8:00 ale już było porezerwowane!
Wyśmiewam się trochę choć generalnie ludzie bardzo są mili i nawet zapraszają do siebie kiedy się zabłądzi albo kiedy zablokowali labirynt i nie ma przejścia. I to nawet mnie, mimo iż nie wyglądam już absolutnie zachęcająco ani tym bardziej ponętnie w stroju kąpielowym ale o tym może następnym razem… ;)
Co poza tym? No strasznie dużo turystów tu do nas przyjeżdża okazuje się! Rosyjskich, niemieckich, czeskich czy tam słowackich no i par mieszanych brytyjsko-polskich.
Oraz zjarałam się na ognistą czerwień już pierwszego dnia (co nigdy mi się nie zdarzyło nad południowymi morzami :P ) no bo pogoda miała się popsuć nazajutrz (co nigdy nie zdarza się na południu), więc spieszyłam się z tym opalaniem aby nie wrócić bledsza niż wyjechałam… Pogoda się jeszcze nie popsuła jakby co a ja wyglądam jak każdy normalny plażowicz. Jeśli za rok dodam foto zza własnego tęczowego parawanu, to znaczy że jednak potrzebuję pomocy, więc niech mnie ktoś pier…nie w łeb albo przytuli… czy coś. Z góry dziękuję.  ;)
27.07.2016
Wczoraj sięgnęliśmy dna wakacyjnego zniesmaczenia a to za sprawą wizyty w… tzw „oceanarium” z opcją fokarium koło Łeby. Nie będę tu rozsiewać swojej goryczy powiem tylko ku przestrodze: NIGDY TAM NIE JEDŹCIE!!! Wszystko jest tu nad tym morzem jakby sztuczną namiastką prawdziwych atrakcji turystycznych (poza samym morzem i niekiedy też ludźmi) ale fokarium to już istny szok. Szok pozytywny na temat jak Polak potrafi zrobić biznes na niczym (no chyba że to nie Polak zrobił), szok jakie tłumy potrafi przyciągnąć nachalna reklama, szok że nikt nie narzeka że zapłacił tyle co za bilet całodniowy do duńskiego legolandu a dostał plastikowe foki (plus ze 3 żywe) i animowane akwarium w telewizorze – nawet nie film jak w Animal Planet tylko słaba animacja! I to wszystko po 2 godzinach stania w megakolejce do kas? Ja zwykle nie chadzam z dzieckiem do cyrków, zoo czy innych takich przybytków ze zwierzętami ale podwodny świat zobaczyć na żywo w jakimś wielkim akwarium skoro już jestem tak blisko to pomyślałam że warto. Se zobaczę  w sklepie zoologicznym w stolycy… :P Dziękuję niniejszym bardzo miłej pani, która przepuściła mnie w kolejce przy samej kasie dzięki czemu zmarnowaliśmy o jakieś 2 godziny mniej z tego mimo wszystko pięknego dnia. <3

Śniło mi się Mohendżo Daro. Pierwsze co zrobiłam rano to sprawdziłam w internetach co mi się właściwie śniło, bo kompletnie nie pamiętałam co to jest Mohendżo Daro. Obudziłam się tylko z tą nazwą w głowie i jakąś niejasną mapą bliżej nie istniejącego południa świata, która już nie raz mi się śniła i nijak nie umiałam jej dopasować do obecnie obowiązującej…
Czyż to nie piękna nazwa  MOHENDŻO DARO? :D i ciekawa historia też.
Koniec naszej cywilizacji też jest bliski jak by nie patrzeć i gdzie by nie patrzeć… ;)

1.08.2016
tymczasem w domu: zdechła większość rybek (pomimo karmienia ponoć wystarczającego), kury przestały się nieść o połowę (pomimo opieki i karmienia ponoć właściwego), ale za to jedna czarna postanowiła zostać mamą!!! i siedzi na jajkach (pomimo zabierania jej jajek codziennie przez osobę karmiącą i opiekującą się). Siedzi więc już prawie 2 tygodnie na trzech w końcu zostawionych (po długich telefonicznych pertraktacjach z osobą karmiącą i opiekującą się, która twierdziła, że po co nam kurczaczki)…  no jak to po co???  :D
wiedzieliście że kwoka na jajkach może jeść i pić tylko raz na dwa dni i jest to całkowicie normalne?! czytam agroforum, znów będę monotematyzna ;P
aaahhh… fajnie być w domu <3
że kura inteligencją nie grzeszy to każdy wie, ale że MĄDROŚĆ ma i to nie byle jaką!? Wiedzieliście dlaczego kury znoszą wszystkie jajka do jednego gniazda mimo że mają 3 do wyboru to zawsze czekają w kolejce albo gdaczą i się próbują przegonić (no chyba że już nie mogą wytrzymać)? Ja nie wiedziałam do niedawna ale teraz widzę  tym wyższą mądrość i naturalną logikę, bo po pierwsze: jajka wtedy nie stygną a po drugie: kura która zapragnie zostać kwoką nie patrzy na czym siada – znosi, zaczyna wysiadywać  i jak ktoś jej dołoży to też dobrze, więc reszta dokłada, znaczy ich szansa na „darmowe” przedłużenie gatunku wzrasta… A taki na przykład kogut potrafi przyprowadzić kurę z lasu pod same drzwiczki kurnika na jajko, po czym wrócić do reszty! Widocznie zapomniała drogi ale skąd on wiedział że potrzebowała znieść jajko już??? Rozpoznałam też że kogut ma ze 4 różne rodzaje gdakania, którymi się porozumiewa i kury wiedzą o co chodzi: inaczej gdacze na niebezpieczeństwo (wszystkie kury uciekają pod kurnik), inaczej woła na jedzenie jak znajdzie (i one naprawdę pędzą!), pieje jak ma testostern (czy co on tam ma) i wtedy walka albo amory oraz jeszcze inaczej woła je w lesie jakby „śpiewał” – może to taki kamuflaż przed drapieżnikami…?

5.08.2016
po 7 latach mieszkania względnie udanego zrobiliśmy wczoraj z domu schron! a to za pomocą zamontowanych rolet dachowych super-extra-ultra-szczelnych i żadnego promieniowania nie przepuszczających z meganowoczesną warstwą ochronną odblaskowego aluminium! więc jest absolutna ciemność… i chłodek prawie jakby  z klimą. a biedna przyroda smaży się na zewnątrz… pożałowawszy pomidorków koktajlowych założyłam więc kombinezon ochronny i google, wyszłam na powierzchnię, zebrałam w pośpiechu te najdojrzalsze, wyszło 3 kg…  no to teraz je smażę podnosząc tym temperaturę w schronie… a biedna Matylda w dusznym kurniku to nie wiem czy grzeje te swoje jajka czy raczej chłodzi, bo na słońcu byłyby na twardo w 5 minut! mam nadzieję, że coś z nich jednak będzie po tych podmianach i zamianach, żeby mi depresji nie dostała taka fajna kura w środku lata!
8.08.2016
no i zaczęło się! emącje jak przed… maturą? porodem? ;) pierwsze jajko pękło i piszczy!!! :O doedukowana internetowo teraz wiem, że kurczaki wykluwać się mogą nawet i 24 godziny i przez ten czas nie należy im pomagać! i jak tu powstrzymać syna przez tyle czasu przed ciągłym zaglądaniem, sprawdzaniem i stresowaniem Matyldy? nie dawałam im od początku za wielkich szans i nadal trochę wątpię… znaczy sukcesem hodowlanym jest i tak wielkim, że zwykła „przemysłowa” ponoć kura (okropne określenie, wiem) zdecydowała się zostać kwoką i dosiedziała do końca czasu i że Zenek się sprawdził skoro puste nie były… na kolejne sukcesy w postaci puszystych kulek biegających po obejściu też jestem przygotowana jakby co… no, co będzie to będzie!
ale jak siebie powstrzymać przed ciągłym zaglądaniem i sprawdzaniem??? ;)
9.08.2016
Dziś będzie trochę o synu, póki jeszcze tego nie czyta i mogę. Otóż Olaf nad morzem znów „poderwał” najładniejszą dziewdzynkę w całym hotelu. Znowu czyli  jak ostatnio na wywczasie sylwestrowym, kiedy to poznał Marysię. Marysia była gwiazdą turnusu – czarnooka, pokręcona, śliczna i wygadana, umawiali się, spacerowali za rękę a na koniec go pocałowała… Marysia na szczęście była z Katowic, więc związek ten nie przetrwał próby czasu, choć dzwonili do siebie przez jakiś czas… Tym razem poznał Maję – blond piękność z warkoczem do połowy uda grubym jak mój nadgarstek!!! Maja była typową księżniczką-jedynaczką – trochę rozpieszczona i marudna ale naprawdę urocza. No i była z Warszawy! Na szczęscie koniec końców zapomnieli się wymienić telefonami, więc zaborcza matka znów odetchnęła z ulgą ;)
Swoją drogą nie wiem jak on to robi…? To znaczy częściowo wiem – urok osobisty ma zdecydowanie po ojcu, do tego wygadany jest jak matka w internecie, no ale tak wygórowane wymagania  to nie wiem po kim…? :P
24.08.2016
Co u mnie? Ano żyję i szyję. Wkręciłam się totalnie w szycie, nakupiłam materiałów i teraz siedzę całymi dniami nad maszyną tudzież papierem i rozkminiam wykroje. Ale nie że jakieś gotowe z Burdy czy skądś – wykrajam sobie sama i to jest największy CZAD! Z filmików w sieci nauczyłam się mniej-więcej jak zdejmować miarę, tzn co, jak i gdzie sobie mierzyć a reszta to już totalna matematyka panie! Efekty są różne, wiadomo… dziś porwałam się na słońce i również bez gotowego wykroju zaczęłam PŁASZCZ! Średnio gruby, wełniany, z podszewką i kapturem! Nie, nigdy nie szyłam płaszcza… ani nic z podszewką czy kapturem! Ubaw po pachy, ból pleców i kolan, pokłute palce – szycie naprawdę jest piękne! :D Wciągnęłam się tak, że (jeszcze w czerwcu) zainwestowałam w deskę do prasowania i żelazko (pierwsze w życiu!), bo wreszcie pojęłam sens prasowania, maszynę mam prastarą ale ciągle wspaniałą marki Łada (z 50 lat ma conajmniej) i nie zamieniłabym jej na żadną nową! Aaaale… wiem już co chcę dostać na urodziny!!! :D

Tymczasem w obejściu spokój, bo oddaliśmy koguta… sąsiadowi zza lasu, wraz z trzema kurami białymi, które nie miały imion. Sąsiad dobry człowiek, nie zjada swoich zwierząt, też ma kurki, dodatkowe trzy wziął chętnie, koguta mniej chętnie ale koniec końców jest zadowolony, bo i kury ponoć zadowolone ;) A nam trochę smutno, bo nikt nie pieje rano, trochę ulga, bo kurczaczków nikt nie atakuje i nie ma komplikacji z oddzielaniem towarzystwa, trochę anarchia, mniej jajek… Kurczaki są już całkiem spore – wyrosły im lotki i fruwają, niekiedy niespodziewanie nawet dla samych siebie, bo zawsze biegnąc machały skrzydłami a teraz nagle machają i LECĄ! Szok! Znaczy dla nich to szok musiał być chyba… Morał na weekend zatem brzmi: machaj uparcie, nie przestawaj, bo nigdy nie wiesz czy już nie wyrosły ci skrzydła ;)
31.08.2016
z okazji odkrycia nowej pasji zarządziłam (sama przed sobą) remanent w pracowni… uporządkowałam regał konserwatorski, kącik vedicartowy, filcowaniowy, warsztatowo-dziecięcy, mozaikowy (Bożesz jaka ja jestem wszechstronna!?) oraz malarski i większość miejsca zajmuje teraz przestrzeń krawiecka! :D Przy tej okazji odnalazły się różne skarby zagubione i zapomniane albo niespodziewane jak np rysunki ludzi, których już nie ma, kolekcja wyciętych, nierozwiązanych krzyżówek ze starych przekrojów, czy kolekcja 238 rolek po papierach toaletowych albo starych dziurawych skarpetek (obie zbierane na warsztaty z dziećmi młodszymi)… pozostał jeszcze kącik gratowy, gdzie przez 7 lat lądowało wszystko, czego szkoda wyrzucić no i kąt z obrazami własnymi… może jakąś jesienną wyprzedarz zorganizuję…? po kosztach materiałów oddam…? chce ktoś obraz???
:)
1.09.2016
Tak więc kochany pamiętniczku… nadszedł ten dzień, kiedy wreszcie zdradzić Ci muszę pewną bardzo osobistą tajemnicę… bo otóż wiele się w moim życiu przez ostatnie miesiące zmieniało, ale po kolei:
Najpierw byłam kotem. Fizyczną przyjemność sprawiało mi leżenie, najlepiej na ciepłym i spanie. Mogłam spać w dzień i w nocy bez ograniczeń, a skoro niewiele mnie ograniczało to spałam – obłożona termoforami (kwiecień był zimny) i gdybym umiała mruczeć to bym mruczała. Potem niespodziewanie wszystko się zmieniło i dodatkowo stałam się psem, a to już jest mniej przyjemne, bo pies ma supermegawrażliwy węch i ciągle coś go niepokoi. Zatem, nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że śmierdzi wszystko i wszyscy wokoło i to jest prawdziwa masakra! Śmierdzą spoceni ludzie na ulicy, a jeszcze gorzej wyperfumowani i spoceni ludzie, ludzie, którzy cierpią na niestrawność pomimo że myją zęby, nie mówiąc o palaczach, nawet żujących gumy superstrong… śmierdzą spaliny, śmieci, psy, kury i cały dom a najgorzej śmierdzi lodówka… umyłam więc lodówkę (3 razy!), podłogi i okna, poprałam zasłony, narzuty, koce, poduszki (jeszcze w maju),  oczywiście nie pomogło, bo proszki i płyny do prania też śmierdzą… Bycie psem jest koszmarem, na szczęście też przechodzi i stopniowo stałam się słoniem. Znaczy na razie słoniątkiem. Bardzo wrażliwym słoniątkiem, które równie często płacze ze wzruszenia co wrzeszczy wściekle na wszystkich wokół. Czyli rosnę, tyję i ruszam się coraz wolniej. Rozruszałam się trochę w czasie urlopu, bo pokój w aż 2 hotelach na 3 odwiedzone dostaliśmy na 3 piętrze (bez windy!), więc już nie mam zadyszki wchodząc na własne banalnie niskie poddasze. Choć generalnie lata już nie te i kondycja słabsza niż 7 lat temu, szczęście za to takie samo albo i większe, bo drugim razem dużo bardziej świadome… także tego, jak dobrze pójdzie to jeszcze w tym roku zostanę znów mamą!!! :D Choć koleżankom z podstawówki rodzą się już raczej wnuki niż dzieci i nawet google nie pokazuje milionów wyników na zapytanie o farbowanie siwych włosów w ciąży (bo albo ciąża albo siwizna tak?)… Nie pocieszają też reakcje znajomych (najpopularniejszy komentarz: „mi by się JUŻ nie chciało”), którzy równie często gratulują co współczują a niekiedy unikają kontaktu…!  Owszem, miewam czasem kryzysy, że syn (tak, będzie znów chłopak!) pierwsze słowo zamiast mamo powie do mnie babciu, ale generalnie jestem przeszczęśliwa i wdzięczna! <3

5.09.2016
Żyjemy w świecie jakiejś dziwnej ekonomii, która zamiast bazować na zaufaniu do marki i nagradzać lojalność klienta, stawia na zmienność i kombinowanie albo po prostu wykorzystuje nieuwagę. No ale jak daleko można zajść na samej ludzkiej nieuwadze i niechęci do czytania drobnym drukiem czy odklikiwania automatycznie zaklikniętych opcji automatycznego przedłużania/odnawiania umowy na wieki wieków nieskończoność??? Najwidoczniej wystarczająco daleko…
Chodzi mi generalnie o to, że wszędzie bardziej opłaca się być NOWYM klientem (od banków po antywirusy komputerowe), promocje i zniżki są tylko dla nowo przybyłych a starzy płacą za wszystko podwójnie! A przecież co za problem zmienić raz na rok czy dwa usługę, która stała się za droga, skoro są tańsze na rynku???
Kolejnym „ciekawym” zjawiskiem są produkty z góry i długoterminowo zaplanowane na względne niepowodzenie – tanie lub darmowe, pozornie atrakcyjne, a kiedy już wystarczająca ilość użytkowników przekona się, że jednak nie było warto zmieniać (jest zwykle za późno żeby się wycofać, bo starsze wersje znikają), przedstawiany jest kolejny produkt – oczywiście lepszy od ostatniego, ale niewiele różniący się od poprzedniego, starego, za który wszyscy chętnie tym razem zapłacą więcej (choć mieliby za darmo, gdyby w ogóle nie zmieniali)…  Moim skromnym zdaniem laika, takim kontrolowanym bublem jest Windows 10, który pewnie wkrótce zastąpi jakieś lepsze i drogie 11 czy 12… ale komputery i oprogramowanie to jeszcze bardziej skomplikowana bajka, bo tu nie tylko nie można się cofnąć ale nawet i zatrzymać na dłużej jest ryzykowne! Stare samochody mają przynajmniej swój rynek wtórny, a jeśli staną się bardzo, bardzo stare to mają szansę na zostanie antykami i ich wartość znów wzrośnie. A na co może liczyć taka biedna stara drukarka…? Nawet nie na złom, bo plastikowa…
Takie mało odkrywcze przemyślenia miałam wczoraj, ale jeśli się mylę albo o czymś nie wiemj to niech mnie ktoś oświeci! ;)

7.09.2016
dziś domowo-kulinarnie:
domowa elektronika masowo odmówiła posłuszeństwa. i nie to że była jakaś burza (no chyba że magnetyczna?), bo wysiadł nawet tablet Olafa, który nie był podłączony do żadnego prądu czy internetu! może to znak żeby wyjść do lasu, pooddychać naturą zamiast falami elektromagnetycznymi, ale ja zawzięłam się że naprawię albo przynajmniej rozkminię co jest nie tak przed oddaniem do serwisu (radio jest ciągle na gwarancji, komputer już chyba nie)… tak więc od wczoraj mówcie mi mistrzu (mistrzyni), bo naprawiłam wszystko! nie mam pojęcia JAK to zrobiłam, widać problemy nie były aż tak poważne, ale zajęło to mi – laikowi – cały dzień kombinowania, czytania instrukcji,  przeinstalowywania, resetowania, wprowadzania nowych ustawień itd.
co poza tym? od poniedziałku delektuję się samotnością i byciem znów kurą domową, gotuję, szyję, przetwory robię i jem… a zdrowe odżywianie w ciąży konczy się po porannej owsiance… a hitem lata jest kanapka z ciasta drożdżowego z wędliną sojową i ogórkiem kiszonym… ewentualnie z serem białym, chrzanem i ogórkiem kiszonym… jajka przejadły się wszytkim, choć mąż wspomina jeszcze czasem smaki dzieciństwa robiąc sobie kogiel-mogiel ;)

no więc jest, JEST!!! nie dotrwałam do urodzin (bo po co czekać) i jest już! duuużo młodszy Brat prastarej Łady zawitał do nas dziś! naprawdę nazywa się Brother i jest cudny! malutki, leciutki trochę nawet kolorowy i szyje tak ładnie że normalnie szok! :D zakupiłam go w Ultramaszynie (skoro już tak reklamuję), gdzie zostałam od razu przeszkolona z obslugi, bo obsługa owerloka rzecz trudniejsza niż maszyny do szycia i nie wiem czy wszystko spamiętałam…
w kwestiach szyciowych jeszcze to uszyłam w końcu ten płaszcz z podszewką, choć jednak bez kaptura… a co się namęczyłam przy nim i nakombinowałam, to pewnie niejedna krawcowa by mnie wyśmiała, no ale jest i jest całkiem zNOŚNY ;) najwięcej czasu zajęło mi… myślenie (co jest pocieszające dla bystrzejszych, że uszyją szybciej) i kombinowanie JAK coś zrobić, żeby było dobrze. Koncepcja ewoluowała w trakcie i koniec końców płaszcz jest raczej klasyczny z dużym kołnierzem zamiast kaptura i UWAGA! wstawką ciążową z przodu! (dzięki podpowiedzi pana ze sklepu z materiałami). wstawka nie wymagała wiele myślenia i tylko godzinkę szycia, więc warto – polecam, bo dzięki niej (znaczy bez niej) płaszcz może być znów elegancko dopasowany do figury, jaką mam nadzieję odzyskać wiosną… uszyłam też bluzę dwustronną mężowi i tunikę sobie, ale naprawdę to się dopiero teraz zacznie szycie! :D
12.09.2016
dziś będzie długawo i osobiście, czyli Grójec oczami przyjezdnej
Kiedy 11 lat temu wracając od rodziny drogą krajową nr 50 z Sochaczewa w stronę Grójca, dalej Radomia i na Podkarpacie, gdzie wtedy mieszkaliśmy, zatrzymaliśmy się w jakimś przydrożnym sklepiku po jedzenie dla nowo zaadoptowanej kotki, w życiu byśmy nie pomyśleli że kiedyś to będzie „nasz” wioskowy sklepik z najlepszym chlebem w okolicy i dobrze znaną obsługą, która, jak w dawnych czasach sprzedaje „na zeszyt”, na kredyt, po znajomości i po sąsiedzku… W życiu byśmy w takie bajki nie uwierzyli, bo niby co by nas miało ciągnąć na taką zabitą dechami mazowiecką wiochę, skoro całkiem niedawno znaleźliśmy prawdziwie piękną, romantyczną i wymarzoną wiochę w Beskidzie Niskim z równie małymi i przyjaznymi sklepikami, z widokiem na góry, przemiłymi sąsiadami, bez tirów, jabłkowych sadów i oprysków… Życie jednak bywa przewrotne.
I tak oto właśnie mija 10 lat odkąd mieszkamy w… okolicach Grójca. Zanim znaleźliśmy tu skrawek lasu chronionego od przemysłu i nieskażonego jabłkowym szaleństwem przemieszkaliśmy pierwsze 3 lata w bloku w „mieście”, które zdawało mi się najbardziej prowincjonalnym małym miasteczkiem jakie widziałam, przy którym nasza Dukla była turystyczną metropolią, a mój rodzinny Sochaczew to już w ogóle przedmieście Warszawy… W Grójcu nie było nic. NIC! Nie było nawet mieszkania do wynajęcia. Obskurne kamienice przy rynku, którego piaskowe klepisko służyło za parking, straszyły cuchnącymi moczem bramami, gdzie znudzeni mieszkańcy sączyli tanie wino w kurzu i przy dźwiękach jakiejś kościelnej pieśni, dobywającej się z megafonów, bo właśnie przechodziła pielgrzymka… A pani w kiosku poinformowała nas, że nie ma tu żadnej lokalnej gazety za wyjątkiem darmowych ogłoszeniowych co leżą w sklepach i tam najlepiej dać ogłoszenie albo na słupie. Tak też zrobiliśmy. Po 3 miesiącach ktoś się odezwał i zamieszkaliśmy na w miarę nowym osiedlu Ilona, które składało się z dwóch bloków i placu budowy…
Wkrótce cały Grójec stał się jednym wielkim placem budowy. Nie wiem czy wraz z nami w tym 2006 roku przyszły jakieś wielkie pienidze unijne, czy to ogólnokrajowy boom na rozwój wszelaki, czy też jabłka wyjątkowo obrodziły? Faktem jest, że tak, jak zmienił się Grójec przez te 10 lat to nie zmieniło się żadne miasto z odwiedzanych przeze mnie regularnie (ani Dukla, ani Sochaczew, ani Warszawa, nie mówiąc już o niemieckich małych miasteczkach, bo tam to marazm i bezruch był zawsze wyjątkowy). Nie będę nudzić statystykami, bo to, że wyremontowano kamienice, rynek, obskurny sąd przeniósł się w nowe miejsce, podobnie jak biblioteka, policja, urząd miasta, powstało nowoczesne kino, plac zabaw i kilkanaście supermarketów (!!!) kiedy Olaf skończył rok otworzył się pierwszy żłobek (czy klub malucha), nadal remontuje się GOK i basen, to żadne wyjątkowe osiągnięcie. Ale że przez te 10 lat powstało 5 kolejnych nowych osiedli po kilka bloków mieszkalnych każde (a budowa ciągle trwa!) oraz kilka osiedli domów szeregowych i jednorodzinnych w bliskiej okolicy, to jest dla mnie niepojęte! Znaczy ludzi musi z każdym rokiem przybywać jakaś straszna ilość!? Tylko skąd? I po co??? Co ich tu ciągnie i trzyma? Praca jak nas? Bliskość Warszawy? Ludzie? Bo raczej nie klimat ani atrakcje turystyczne… No chyba, że ktoś gustuje w dożynkowych klimatach Święta Kwitnących Jabłoni? :P
10 lat temu nie znałam tu nikogo. Teraz fejsbuk automatycznie zasugerował mi Grójec jako miejsce zamieszkania po największej ilości „zlokalizowanych” znajomych ;) i muszę przyznać, że… czuję się tu trochę jak w domu. Wyjazdowa praca nauczyła mnie pośpiesznie zapuszczać tymczasowe korzonki, ale tutaj wrosłam juz nieco głębiej niż tymczasowo. Poznałam całkiem sporo zaangażowanych, aktywnych ludzi w różnym wieku, którym ciągle się chce, zaangażowałam się sama trochę tu, trochę tam, trochę samodzielnie  i… lubię to miejsce. I może o to właśnie chodzi, żeby trafić w odpowiednie miejsce, w odpowiedni czas i robić swoje niezależnie od okoliczności…? Bo zmiana to my! …że tak sobie pozwolę zakończyć patetycznie swoją przydługą sentymentalną historię grójecką jubileuszową… ;)

18.09.2016
może i wyglądam młodziej niż mam (ponoć) i całkiem dobrze w ciąży (ponoć, dziękuję, nawzajem), ale na kontrolnym pobieraniu krwi ostatnio wywiązała się taka rozmowa:
– czemu to dwie godziny trzeba czekać i aż TRZY razy kłuć biedne, głodne, ciężarne kobiety? – pytam ja – kiedyś było tylko dwa razy i tylko godzina czekania…
– ooooo pani kochana! kiedy to było!?! już od LAT jest zmienione!
– no KIEDYŚ… w pierwszej ciąży pamiętam, w młodości zamierzchłej…
– buahahahaha – wybuha na to gromkim śmiechem pani pielęgniarka – „w młodości”!? a to pani walnęła teraz jak kulą w płot, hahaha!
– no… pierwsza młodość to też już nie była faktycznie… – przyznaję jeszcze ciszej a pielęgniarka na to jeszcze głośniej:
– hahahaha, no niech mi tu nie przesadza, że taka stara, pokaże ten pesel – i zerka do komputera, gdzie przed chwilą wklikała moje dane, po czym gromki śmiech milknie. zapada niezręczna cisza, choć chciałabym powiedzieć coś w stylu „no widzi pani” czy „a nie mówiłam”… po dłuższej chwili kobieta, przeliczywszy i przemyślawszy wszystko, zaczyna pojednawczym tonem:
– no… ale ta, jak jej tam (tu pada nazwisko jakiejś celebrytki), też ponoć w ciąży jest a już ma CZTERDZIEŚCI DWA!
nie ukrywam poczułam się znacznie lepiej.
wyniki też w normie ;)

29.09.2016
Przestałam się emocjonować polityką, kiedy zrozumiałam, że tak naprawdę mało jest rzeczy w tzw polityce, na które mamy jakikolwiek realny wpływ. Daje się nam iluzję wyboru (jednej partii ponad drugą) żeby uśpić czujność, a prawdziwie ważne decyzje podejmowane są zbyt wysoko, by sięgnąć. Wierzę, że jako całość – tzn zorganizowana masa – mamy siłę i moc dokonywania zmian i sięgania nawet tak wyoko, ale póki co jeszcze na to za wcześnie. Póki co pozostaje nam ciche drążenie własnych wolnościowych korytarzy i podkopywanie systemu od środka, bo niestety ten ogromny potencjał zostaje nadal wykorzystywany przez sprawnych manipulatorów i ukierunkowywany tam, gdzie pozostaje „nieszkodliwy”. Dobrze, że potencjał istnieje, że potrafimy się zjednoczyć i wystąpić w ważnych sprawach, zachowajmy tą umiejętność, ale przede wszystkim zachowajmy czujność, żeby móc SAMODZIELNIE ocenić wagę spraw!
…takie moje przemyślenia okołopolityczne w związku z falą aktywności w temacie…
;)

30.09.2016
Ginekolog przepisał mi standardowy zestaw witamin, kwas foliowy oraz: żelazo, magnez, potas, sód i wapń, co razem z substancjami pomocniczymi zawartymi w osłonkach i kapsułkach (m. in. tlenek tytanu, indygotyna – popularne barwniki malarskie) daje całkiem sporą część tablicy Mendelejewa! Łykam z przerażeniem… Niby to nie metale ciężkie a jednak ważę już… o 20% więcej, mimo iż nie widać tego na pierwszy rzut oka :P  Zażywanie takiej ilości tabletek, z których jedne przed, inne po jedzeniu, a dodatkowo jeszcze magnezu nie łykać razem z wapniem a żelazo koniecznie z kwasem foliowym, wymaga opracowania szczegółowego PLANU DNIA, który obejmuje regularne posiłki o konketnych godzinach… (!!!) no nie jest łatwo. Chorym ciężko i przewlekle współczuję dodatkowo tej tabletkowej ekwilibrystyki, a własnej wątrobie obiecuję solidny detox wiosną.
;)
1.10.2016
Domowo i rodzinnie
W sobotę zarządziłam przemeblowanie! Tak spontanicznie, z nienacka, coby się chłopaki nie zdążyli ewakuować czy rozchorować ;D no ale sama przed sobą przecież  też tego nie planowałam! No więc zaczęło się od komody w pokoju Olafa, z której co prawda zdjęliśmy kiedyś opcję przewijak, ale już szafki nad nią nie uprzątnęłam NIGDY, to znaczy stały tam nadal 7-letnie husteczki, waciki, odsysacze do glutów, nie użyte smoczki, sudokremy i inne niemowlęce gadżety… czas tak pędzi, że człowiek nie nadąża sprzątać starych rzeczy! – powiedziała chujowa pani domu… bo przecież synu już trochę wyrósł z przewijaka, dziecięcych krzesełek i ministoliczków, nie mówiąc o starych zabawkach składowanych w pudła po kątach… No więc jest pięknie – dostał biurko i pokój wygląda na dwa razy większy, a ja po całym dniu wywalania, segregowania, pakowania na zaś, palenia ton przedszkolnych prac plastycznych, czuję się dużo lepiej (nie licząc bólu pleców)! Muszę się przyznać, że od wiosny takie generalne porządki nawiedziły już prawie wszystkie zakamarki domu i obejścia, no ale w końcu czasem trzeba – 1 grudnia minie 7 lat naszego tu mieszkania, więc… pora posprzątać?

6.10.2016
I kiedy tak człowiek popija sobie w samotności poranną, pachnącą, prawdziwie turecką i bardzo słodką kawusię w swoim ulubionym bujanym fotelu przy oknie, w swoim fajnym, ciepłym i cichym domu, z działającym internetem i działającym komputerem  na kolanach… z radia sączy się przyjemna poranna muzyka a na kuchni gotuje się obiad i człowiek nic już więcej robić nie musi a wiele może… za oknem ganiają się sójki a kury leniwie dziobią pod kurnikiem, bo pada deszcz i zimno i wieje i nie chcą moknąć… a niektórzy w taką pogodę jadą na rowerze albo pracują na budowie, albo nie mają się gdzie schować przed deszczem i jest im zimno, bo nie jedli cały dzień, a jeszcze inni w innym zakątku świata walczą w jakiejś wojnie albo walczą o przetrwanie swoje i rodziny… to wtedy właśnie z całą mocą uderza człowieka jak krucha i nietrwała jest ta błogość i jak bardzo możliwe, że któregoś dnia to on może marznąć i walczyć o przetrwanie i nie mieć tego wszystkiego…
Mam tak od killku lat – każdej chwili radości towarzyszy poczucie nieuchronnej zmiany, widmo końca wszystkiego, co teraz daje poczucie bezpieczeństwa. A od niedawna (pewnie pod wpływem lektury Łazariewa) wręcz świadomie „wypróbowuję” w głowie wszystkie te czarne scenariusze braku kawusi, komputera, internetu, domu, jedzenia, rodziny, spokoju, ciepła, życia… I to jest dobre, bo nie budzi lęku tylko wdzięczność – z dogłębnego poczucia kruchości wszystkiego rodzi się głęboka wdzięczność za to wszystko… i jeszcze większa radość z rzeczy małych jak np turecka kawusia, którą właściwie pijam teraz okazjonalnie i muszę się nacieszyć na zaś… Rok temu tak samo nacieszałam się poranną drogą do pracy przez znajome wioski i pracą, którą lubię, bo wiedziałam, że ta praca, jak wszystkie inne też się skończy. Skończy się i to życie i nie wiadomo jakie będzie kolejne, więc… celebrujmy każdą chwilę!
…taka banalna, osobista jesienna antydeprecha ;)
11.10.2016
nie wiem jak to możliwe i kiedy to się stało, że nagle mam już tyle lat, pogubiłam się gdzieś po drodze około 30-tki i straciłam rachubę  i ciągle czuję się jak ta naiwna nastolatka, co myślała, że w magicznym 2000 roku będzie już toalnie zwapniałą starą dupą… tymczasem to wcale tak nie działa albo ten czas faktycznie przyspieszył i dlatego mentalnie nie nadążamy za nim…??? (coniektórzy)
tak więc przekroczyłam kolejną granicę, oficjalnie świętować zamierzam jeszcze conajmniej dwa razy – z rodziną na imprezce rodzinnej i z przyjaciółkami na babskim wyjeździe czterdziestkowym (oeessu jak to brzmi!)…

17.10.2016
Nocą przymrozki a pomidorki kwitną jeszcze w najlepsze nie mówiąc o dojrzewaniu niedokończonym… Kury też nie przyjęły do wiadomości że zima idzie, zwłaszcza Rozamunda, która od tygodnia siedzi na… pustym gnieździe, bo te nieliczne jajka, jakie się pojawiają, jej zabieramy… Pomijając fakt, że od 2 miesięcy nie ma koguta, to przecież trochę późno na kurczaczki!?! Albo przyroda też nie nadąża za przyspieszającym czasem i powinien być jeszcze sierpień? :)
Mam plany! Poważne plany na resztę życia zaczynając od nowego roku czyli jak już dojdę do siebie po porodzie, a chodzi głównie o powrót do jakiejś rozsądnej aktywności fizycznej czyli o WIĘCEJ RUCHU! Przynajmniej codzienna joga, bo biegać pewnie nie zacznę (skoro dotąd nie zaczęłam), ale może długodystansowe spacery przełajowe po lesie z wózkiem czy coś…?
Tymczasem na razie, w ramach oszczędzania energii przed zimą, nawet szaleństwo szyciowe zamieniłam na drutowe i dziergam. Dzierganie wygodniejsze jest, bo nie trzeba się schylać nad stołem albo siedzieć sztywno przy maszynie, co jest nie bez znaczenia w chwili obecnej właśnie z uwagi na totalny brak kondycji fizycznej, kilogramy brzucha no i wiek mój stateczny… A przy dzierganiu wysłuchałam ostatnio „czytelniczego święteo grala”, jak to napisał ktoś (nieco na wyrost) w recenzji książki pt „Shantaram”. „Shantaram” spoko. Nie mówię że nie warto, zwłaszcza jeśli ktoś lubi 900-stronicowe cegły (ponad 40 godzin słuchania wyśmienitego lektora!), ale żeby od razu święty gral to nie… Jednakowoż polecam, nawet bardzo. Po skończeniu tak długiej historii musiałam kilka dni dochodzić do siebie, tzn do rzeczywisości wracać, ale spoko, dojrzałam do następnej, zwłaszcza że nowa włóczka też już przyszła! :D

24.10.2016
atakujo z każdej strony!!!
– masz tylko 2 godziny na uratowanie ludzkości przed planetarnym kataklizmem! działaj – podpisz petycję teraz!
– los wieloryba leży w twoich rękach – reaguj!
– życie na Ziemi skończy się wraz z nimi – adoptuj pszczołę!
– nie ignoruj dłużej swojego przeznaczenia – zadzwoń do wróża Romualda!
– potrzebujesz gotówki – przyjdź! dziś rozdajemy za darmo!
– dzień dobry tu skład węgla „tani opał” czym ogrzewa pani swój dom? bo aktualnie mamy bardzo korzystną promocję na ekogroszek…
żyć bez maila się nie da ale coraz poważniej rozważam życie bez telefonu, zwłaszcza, że w lutym i tak mi go wyłączą jak nie zarejestruję…

nastał czas na naprawdę trudne pytania:
– mama jak to zrobić żeby używać cały mózg (a nie tylko kilka procent)?
– ile to jest nieskończoność?
– a czy piekło istnieje?

7.11.2016
Nie ma to jak dorze zacząć tydzień :D na przykład sprzedarzą dwóch obrazów własnych, w tym jednego największego namalowanego dotąd, kóry z racji wymiarów słusznych stracił już dawno nadzieję na bycie kiedykolwiek sprzedanym… a tu taka niespodzianka! Niech mu się dobrze wisi a oglądającym niech dobrze robi <3
Co poza tym? Obrodziły nam wokół domu muchomory i z lekkim takim przerażeniem spostrzegłam ostatnio, że większość wydziobana jest przez kury!!! Jajka jemy jak zwykle, dobry humor po niedzielnym śniadaniu tłumaczyłam sobie… weekendem i ogólnym szczęściem w rodzinie :P Kury też mają się dobrze, może za wyjątkiem Rozamundy, która ciągle siedzi (już 5 tygodni!!!) i nie wiem doprawdy co z nia począć…
– może ona ma jakąś chorobę – zastanawia się dziś rano Olaf
– raczej nieee, no bo co to by mogła być za choroba? – pytam retorycznie ja
– nooo…  siedzonka!?
google takowej nie znalazł, może spytam weterynarza :P
10.11.2016
Jakiś czas temu zakupiłam, wstyd się przyznać, bo zdecydowanie NIE BYŁO WARTO, ostatnią płytę Marii Peszek. Miałam o niej nie pisać, skoro nie warto ale przez wzgląd na pierwszą, jakże udaną „Marię-Awarię”, do której nadal czasem wracam, jednak napiszę. Otóż ostatnia płyta jest słaba. Bardzo słaba. Zarówno muzycznie jak i tekstowo (czym głównie zachwycali się recenzenci), no bo jak można pisać „róbmy miłość a nie wojnę” i jednocześnie rzucać mięchem w każdym kawałku? Śpiewać o całym gównie współczesnego, beznadziejnego świata po czym w kolejnym zdaniu przekonywać do nie rzucania gównem… no trochę brak konsekwencji? Wysłuchawszy całości czułam się opluta, obrzygana i pozostawiona z nieodpartym wrażeniem, że autorka tekstów nie barddzo zrozumiała o czym śpiewa… bo zamiast robić tą miłość, jak na pierwszej płycie, międliła w kółko jakąś niesmaczną wojnę. Ja rozumiem, że nie jest fajnie. Może nawet nie jest dobrze (kiedy chcę posłuchać jak bardzo nie jest dobrze to włączam wiadomości), ale przecież nie tego oczekujemy od sztuki, prawda?! …a tym bardziej od muzyki rozrywkowej. Jedyny strawny i „niezaangażowany” kawałek na całej płycie to „samotny tata”, który też brzmiałby zbyt sentymentalnie, gdyby nie świetny teledysk.
Złe wrażenie szybko zacieram nowym James’em Blake’iem, znaczy już nie takim nowym, tyle że latem nie pasował do aury, zaś na listopad robi mi bardzo dobrze… :)
11.11.2016
Jestem wielorybem i mam kryzys. Waleniem konkretnie bo wszystko mnie wali w sensie że mało obchodzi tudzież zwisa (a przecież nie mogę być zwisem). Wielki brzuch z prawie 3 kilogramami człowieka w środku trochę mi się jakby zmniejszył czy obniżył, co jest ponoć oznaką zbliżającego się terminu a ja nawet nie wiem jeszcze gdzie? co? jak? z kim? i w ogóle dlaczego? W sensie że dlaczego to ja mam rodzić a nie mąż… Strasznie stresujące jest całe to myślenie o takich pierdołach, a przecież nie powinnam się stresować. No więc może… niech ktoś inny to wszystko jakoś ogarnie za mnie…? Los na przykład? Ja zrobiłam pranie.
24.11.2016
a dziś bladym świtem obudził mnie… mój własny śmiech! :D bo otóż śniło mi się, że szukając dla siebie tematu pracy dyplomowej (?) natrafiłam w jakiejś bibliotece na taki temat cudzy: „Która godzina? Czyli minuta po minucie codziennie”. Gdzie główną częścią „praktyczną” pracy owej, bądź co bądź  naukowej, było szczegółowe rozpisanie jak to się u nas mierzy czas – dosłownie minuta po minucie – czyli że po 6:25 jest 6:26, 6:27, 6:28, 6:29 itd cała doba! hmmm… można? można! ;P
w temacie szalonych możliwości naukowych i łamania praw fizyki to śniło mi się jeszcze (też dziś), że rzucałam się z kimś śnieżkami przez szybę w oknie… no i trzeba było naprawdę mocno rzucić żeby przeleciało na drugą stronę (bez robienia dziur oczywiście!) bo jak słabo to normalnie zostawało na szkle… było też jeszcze o ukrywaniu się na szczycie wysokiej topoli i pływaniu pod sufitem w pokoju pełnym wody i ludzi, ale to już mniej dziwne tematy snowe…
29.11.2016
no więc ogoliłam nogi, ufarbowałam siwe włosy, zakupiłam i spakowałam pieluszki i inne takie potrzebne gadżety i… generalnie jestem gotowa i czekam. w kwestiach szpitalnych okazało się, że luzik, bo mężowe dodatkowe korporacyjne ubezpieczenie zdrowotne obejmuje poród w najbardziej popularnym i obleganym warszawskim szpitalu z salą rodzinną jednoosobową na przed, w trakcie i po, indywidualną opieką psychologa, mini-spa oraz dietą wegetariańską na życzenie ;P …wystarczy tylko dojechać na czas i w odpowiedniej porze, tzn żeby były wolne łóżka hehehe ;) tymczasem czekając dziergam. aktualnie kapcie w wersji ulepszonej bo na podeszwie z filcowej wkładki wzmocnionej własnego patentu abeesem, który działa! kapcie też ;P

dziś dla odmiany i urozmaicenia codzienności spędziłam pół dnia roboczego między ludźmi czyli w urzędach, gazowniach, elektrowniach (dokładnie 4 godziny) i z pewnym takim zdziwieniem odnotowałam trzy fakty: że ludzie generalnie SĄ życzliwi i pomocni, że od tej reguły są liczne wyjątki, oraz że nie ma już czegoś takiego jak obsługiwanie ciężarnych bez kolejki… w jednej z tych instytucji byłyśmy aż trzy z wielkimi brzuchami, dla ostatnich oczekujących brakowało nawet krzeseł i myślicie że ktoś ustąpił miejsca??? po 20 minutach stania poszłam się wykłócać o szczególne względy – wykłócać trzeba się było dosłownie i prawie przepychać, bo jedna pani blond usiadła twardo przed okienkiem i powiedziała, że NIE ustąpi, na co pani w okienku powiedziała, że jej pierwszej NIE obsłuży (brawa dla niej) i obsługiwała stojącą nad nią kobietę w ciąży, która jak usłyszała, że się wykłócam to też przyszła się wykłócać ze mną, że skoro tak to ona przecież była pierwsza – no parodia, komedia i istny Grójec! gdyby nie potworne zmęczenie to wyszłabym nieźle ubawiona, bo wczułam się w rolę i strasznie mnie to wszystko śmieszyło zamiast wkurzać, poza tym koniec końców oszczędziłam sobie i jej z godzinę czekania! …no i całe szczęście, że przynajmniej toalety są już wszędzie ;P
4.12.2016
a jeśli chodzi o kury to wszyskie żyją i mają się dobrze, ba, nawet znoszą jeszcze czasem jajka, choć w listopadzie miały ponoć przestać! młode kuraki urosły i czarna też już znosi a białe… chyba oba są kogutami – tzn jeden na pewno, bo pieje i kury seksuje a drugi… albo jest zdominowany i się nie uaktywnił, albo jest wyjątkowo dużą kurą, gdyż wyglądają oba niemal identycznie i generalnie są nierozłączne (nierozłączni?)… padła nawet propozycja w kwestii imion coby dać im Lech i Jarosław, ale póki pewności co do pci nie ma… czarna nindża jest na pewno dziewczynką, więc zgodnie z obietnicami została Basią i na imieniny dostała dziś megawypas gotowanych kartofli z resztkami warzyw mielonych, surowych, kiszonych oraz specjalnie na tę okoliczność zakupionych… no, także tego… wszystkim znajomym Basiom życzę zdrowia i miłości <3
8.12.2016
Olaf ostatnio spytał mnie jak najbardziej poważnie: czy istnieją kobiety, które mają więcej niż dwoje dzieci? Po pierwszym zdziwieniu naszła mnie tendencyjna i smutna refleksja, że nasz „zachodni” świat zmierza jednak w bardzo złym kierunku i żadne 500+ tego raczej nie uratuje…
Tymczasem kolejne udziergane kapcie pojechały dziś w świat daleki, mam nadzieję, że dotrą cało i zdrowo… :)
Co poza tym? Otóż kupiliśmy… choinkę… w doniczce jak co roku, więc niewielką jak co roku, ale mizernością swą to ona przebija wszystkie dotychczasowe, a to dlatego że… Olaf się uparł. Wybrał, stanął i się zaparł ze łzami wściekłości w oczach na każdą naszą propozycję ładniejszej, bo przecież jak można zostawić samotnie taką bidę, której nikt nie kupi? Nie było rady – kupiliśmy my – sprzedawca zadowolony, syn zadowolony, choinka zadowolona (choć ledwo dźwiga ćwierć łańcucha światełek), rodzice zadowoleni jakie mają fajne wrażliwe dziecko <3

27.12.2016
Nie lubię zimy. Ale po 2 tygodniach w domu wyszłam chętnie nawet na -15stopniowy mróz…
Jeśli chodzi o mnie i te święta to zamiast przytyć straciłam 7kg… kolejne 6 jeszcze gdzieś zalega ale i tak i czuję się bardzo dobrze – nareszcie mogę spać na plecach, brzuchu i wreszcie mam cycki! :D
Olaf nagle urósł! Wszystko ma teraz duże – ręce i nogi i nos i w ogóle jest taki dorosły i samodzielny… pewnie dobrze mu zrobi brak mojej „nadopiekuńczości” ;)
A Józio nadal jest ZEN – spokojnie instaluje się na Ziemi, prawie nie płacze (tylko trochę kwęka), głównie śpi albo leży i analizuje dane, regularnie pobiera aktualizacje z kolejnymi porcjami jedzenia a potem znów usypia i budzi się za każdym razem ciut większy i ciut bardziej… :)

28.12.2016
– ciekawe co mu się śni – zastanawia się Olaf patrząc na śpiącego Józia – może że gra w grę komputerową, w której musi łapać butelki pełne mleka…?
– raczej cycki…
– no dobra cycki i za każdy dostaje punkty, ale musi też omijać przeszkody na przykład brudne pampersy albo uciekać przed złymi cyckami takimi czerwonymi, bo wtedy…
– zatrute mleko i biegunka?
– o właśnie! i 10 straconych pieluszek!!! a raz na jakiś czas trafia się wielki cyc do którego można się przyssać i ładować dodatkowe punkty ale tylko do czasu aż nadleci kolejny zły cycek albo brudny pampers! albo może też łapać dobre niebieskie cycki za które ma dodatkowe minuty…
– snu?
– nie, minuty bez niebezpieczeństw!
– no, a potem kolejny level i kaszki, zupki, soczki – rozkręcam się i ja – a na kolejnym kanapki, obiadki, słodycze, czipsy, mięcho i tak aż do pełnoletności gdzie dodatkowo dochodzi kawa, alkohol, narkotyki… ty wiesz, że to całkiem ciekawa gra by mogła być, może jak się nauczysz programować to napiszesz taką grę?
– błaaagam cię… – rzuca Olaf z politowaniem – kto by w to chciał grać?…
…yyy? matki karmiące?
:P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *