2015

2015 – abstrakcyjna data znana dotąd jedynie z terminów przydatności do spożycia stała się nagle teraźniejszością. Tym bardziej abstrakcyjną, że przecież w 2012 miał się skończyć świat. Powitaliśmy ją skromnie acz inaczej niż dotąd, a teraz zażywamy śniegu, w większości sztucznego… Tłumy są, szaleństwo też jest.
:D

Dzisiejsza awantura z Olafem skończyła się jego nieodwołalną decyzją wyprowadzenia się z domu rodzinnego… Pakował się bardzo długo w swoim pokoju a my ciągle jeszcze próbowaliśmy odwieść go od tego postanowienia, aż w końcu nadeszła pora spania i – chciał, nie chciał – musiał jednak zostać na noc. W łóżku pytam go:
– naprawdę chciałeś się wyprowadzić od nas?
– tak, ale wiesz… i tak bym się nie zabrał ze wszystkimi zabawkami, więc… chyba zostanę…
To się nazywa „practical arrangements”… żeby nie powiedzieć materializm…  To znaczy, że oto nasza rodzina weszła na kolejny poziom życia razem w związku, gdzie nie ma miłości tylko wspólna własność (dom, zabawki), zobowiązania, przyzwyczajenia, praktyczne ustalenia i dobra organizacja…??? :O

Śniło mi się bliskie spotkanie z… dzikiem!  W jakimś leśnym wąwozie, z którego nie było ucieczki zaatakował mnie wielki, brązowoszary, dziki dzik! Ale o 2 kroki przede mną zatrzymał się niespodziewanie, popatrzył i zmienił zdanie najwidoczniej, bo zamiast atakować dalej, najzwyczajniej w świecie podszedł i się przytulił! Przytulił się do was kiedyś DZIK??? Do mnie też nie, więc nie wiedziałam jakie to fajne! :D
Chyba była pełnia znowu…?
Z cyklu RZECZY:
spotkałam niedawno hotelową suszarkę o jakże wieloznacznym imieniu „HOTELLO” oraz nadmiernie rozgrzewającej się rączce, która parzyła już po kilkunastu sekundach suszenia, że o starannym ułożeniu ądulacji nie mogło być mowy… ale imię ładne.

Pomikołajowe dialogi, czyli jak zrujnować dziecku światopogląd w minutę
– co pani dostała od Mikołaja – pytają się mnie dzieci na pierwszych zajęciach, a ja zajęta czymśtam zupełnie bezmyślnie i odruchowo udzielam najgorszej z możliwych odpowiedzi: NIC.
Komuś wyrywa się okrzyk przerażenia, po czym zapada cisza. To znaczy CISZA. Podnoszę głowę znad robienia czegośtam i widzę na dziecięcych twarzach takie współczucie, jakiego chyba nigdy nie widziałam u żadnego dorosłego… no to poprawiam się szybko:
– znaczy dostałam, ale od rodziny, bo dorosłym to wiecie… Mikołaj już nie przynosi tylko muszą sami kupować… sobie… znaczy nawzajem sobie… no to dostałam od męża płytę z muzyką, od teścia butelkę… napoju dla dorosłych, czekoladki… Przerażenie opada, ale współczucie nie znika z ich twarzy – ale za to syn mój dostał mnóstwo prezentów i wszystkie od samego Mikołaja – próbuję jeszcze, ale słabo to brzmi… Po jakimś czasie dziewczynka rzuca melancholijnie:
– wie pani, ja to już nie wierzę w Świętego Mikołaja…
Porażka i wstyd…

Śni mi się mała złośliwie sycząca chmura, co leci nisko po niebie i strzelają w niej w środku pioruny… znaczy małe takie wyładowania jak mini-pioruniki. Albo ostra jazda bez trzymanki po zamarzniętym jeziorze pojazdem, który da się napędzać ręcznie jak drezynę, ale nie da się kierować, więc jedzie gdzie chce z zawrotną prędkością i kręci piruety aż wszyscy spadamy i jest wesoło. Albo jazda na łyżwach w budynku wielopiętrowym, albo na nartach w kółko po płaskim jak na lodowisku… takie tam, normalne sny styczniowe.
Ale bywają też bardziej znaczące, symboliczne sny, w których pojawia się znów mój wewnętrzny mężczyzna, (męska część mojej duszy?) ten od pierścionka z rubinem, którego nie przyjęłam kiedyś.
A w realu życie pędzi dalej w nieznanym kierunku tudzież kręci piruety i nawet pomidory koktajlowe, które jedliśmy do świąt uschły wreszcie na parapecie w (s)pokoju…

Dzieńdobry! Dzwonię ze znanej firmy naciągającej ludzi przez telefony i produkującej garnki, mam dla pani dobrą wiadomość i dwa zaproszenia na spotkanie, na którym uczymy jak w prosty sposób radzić sobie ze stresem…
– tak, tak, wiem, bo już pani kiedyś dzwoniła, ale ja nie jestem zainteresowana spotkaniami ani stresem, dziękuję bardzo…
– ale czy mogę zadać pani chociaż jedno pytanie?
– tylko jedno?
– tak
– to prosz…
– zgodzi się pani ze mną, że nadmierne spożywanie soli ma destrukcyjny wpływ na nasz organizm?
– ależ skądże znowu! Absolutnie się z panią nie zgodzę! Ja na ten przykład bardzo lubię sól i chętnie spożywam ją w nadmiarze, łyżeczkami wręcz! Solę sobie herbatę, kawę, bo wie pani, cukier to trucizna, strasznie szkodzi na wszystko, więc przestawiłam się z cukru na sól, efekty są świetne, czuję się o 40 lat młodziej, normalnie jakbym się jeszcze nie urodziła, nie choruję praktycznie na nic no i schudłam 80kg, czyli ważę już minus 27kg, co, jakby to powiedzieć, koresponduje świetnie z moim wiekiem mentalnym hehehe! Jednym słowem SÓL to jest to! Polecam naprawdę! A pani, ile pani waży?
…rozłączyła się…

Z dnia na dzień umarły mi wszystkie roślinki w akwarium! Same z siebie i nikt nic nie wie… A w lesie jest SZUM, ale nie jakiś przyjemny naturalny szum drzew tylko głośny, sztuczny, niemiły SZUM, który słyszę mimo zamkniętych okien (nie, prądu w gniazdku jeszcze nie słyszę), jakby ktoś wycinał na raz cały zamarznięty las! Poza tym męża nie ma już drugi tydzień, no ale nie można przecież USCHNĄĆ z tęsknoty w akwarium pełnym wody…? zwłaszcza, że rybki żyją… i my też jakoś (na lądzie).
Pies Gustaw odmówił wchodzenia do swojej budy i siedzi na betonie na -5 stopniach. Celsjusza, bo nie jest jamnikiem! Jeszcze gdyby siedział na + pięciu to jakoś bym to sobie umiała wyobrazić, ale na -5??? I znów zagwozdka z tą materią: ile to jest -5stopni? Czy -20kg to „czarna” dziura wsysająca pierwsze lepsze 20 kg żeby wyszło na zero? Czy to tylko 20 kg antymaterii (czymkolwiek jest)? Czy jeszcze co innego? Bosz jaka jestem gupia…
Komputer ledwo ciągnie, bateria się nie ładuje, posprzątałam pracownię, mam lekki weltschmerz, stop.

Śniło mi się, że u znajomego w domu ożyła podłoga. Drewniana podłoga. Najpierw na środku pojawił się przezroczysty glut, który wydłużał się i twardniał i wchodził w drewno w innym miejscu aż powstała cała plątanina glutowatych, ruchomych pnączy falujących w swoim, lekko przerażającym rytmie…. Obudziłam się z bólem półgłowy, który trwa nadal mimo ćwiczeń, kawy, yerby, medytacji… no nie jest łatwo.
Wiosenne porządki zaczęłam w tym roku uskuteczniać powoli już. Wątroba oczyszczona, okna umyte, pościel uprana, chaupa ogarnięta. Został ogródek, gdzie chyba wszystkie okoliczne krety aktywnie zimowały, budując 217 kretowisk!!! (+/- 5 bo mogłam się pomylić w liczeniu przecież)… i jak ja mam się ustosunkować do takiej obfitości i takiego towarzystwa??? Any ideas?

21.02.2015
Dziś synu obudził się z pieśnią na ustach. I to nie byle jaką, bo hymn państwowy śpiewał od rana (czyżby przyśniły mu się Oskary czy inne jakieś „sukcesy” narodowe?), a po wyjściu z domu stwierdził:
– pachnie latem!
– czym? Trochę wiosną to może i pachnie, ale żeby latem to nie wiem…
– TAK, LATEM! poprzednim latem jak jeździliśmy na rowerach nad zalew i jedliśmy lody…..
mmmmm…

Po drugim dniu szkółki narciarskiej synu stwierdził dumnie:
– ja to mam dwa talenty: lenistwo i narty!
;D

Zabawa 5-latka ze starym i logicznym do bólu rodzicem:
– mama ja ci zamknę oczy a ty będziesz zgadywała jaki dźwięk, dobra?
– dobra
zamknął mi oczy ręką i czekamy, czekamy, ale nie słyszę żadnych dźwięków
– nie słyszę żadnych dźwięków – mówię więc
– no bo ty musisz zgadnąć!
– aha… ale co mam zgadnąć???
– no jaki dźwięk! ja jestem kotem ale ty o tym nie wiesz i musisz zgadnąć!
– a no jak jesteś kotem to pewnie robisz MIAU…?
– no tak, ale ty o tym nie wiesz!!!
– skoro nie wiem to jak mam zgadnąć??? to zrób przynajmniej jakiś dźwięk żebym zgadła kto to!
– nieee! ty masz sama zgadnąć jaki to dźwięk!
– jeśli mam zgadnąć to muszę chociaż wiedzieć kto robi ten dźwięk…?
– nieee! musisz to zgadnąć!
– no dobra zgaduję: żółw? nie, kot!
– nic nie rozumiesz – obraził się, faktycznie nie rozumiem o co chodziło… następnym razem szczekam na wszystko (zamiast zadawać pytania).
;P

Saunalandschaft (trochę nieestetycznie)
Kiedy ludzie rozbierają się wszyscy razem publicznie do naga, to przestają się wstydzić nie tylko zwałów celulitu, obwisłych piersi i sflaczałych jąder, ale całej swojej fizyczności tak zewnętrznej jak i wewnętrznej, jakby byli w stu procentach sobą i sami ze sobą, kiedy nikt nie patrzy. Dłubią w nosach, pierdzą, drapią się po wszystkich tych częściach ciała, po których „normalnie” wstyd się podrapać publicznie. Prezentują światu najdramatyczniejsze  blizny, ubytki na ciele i sztuczne wstawki, przeszczepy, implanty, dodatki, grzybicę paznokci i niewyszukane poczucie humoru…
Zachować w takich okolicznościach niewzruszony spokój i miłość bliźniego nie będąc siostrą miłosierdzia ani nawet siostrą oddziałową to wyzwanie dla przeciętnego Polaka wychowanego w katolicko-pruderyjnej rzeczywistości na amerykańskich serialach, gdzie nagość ma góra 20 lat i jest zawsze piękna i zdrowa…
Ale się staram ;)

DOM
Ludzie myślą, że dom wystarczy wybudować, urządzić a potem wprowadzić się i można po wieki wieków mieszkać szczęśliwie (spłacając po wieki wieków kredyt hipoteczny)… otóż nie wystarczy. DOM trzeba nonstop ogarniać i nie chodzi mi bynajmniej o sprzątanie go, które też owszem trzeba brać pod uwagę planując metraż, ale teraz mówię o ogarniani go własną świadomością. Nieustannej interakcji, jaka zachodzi na subtelnym poziomie. Dom żyje (jak wszystko inne wokół nas) i w tym tkwi sekret – daje wiele swojemu właścicielowi, ale też i bierze, albo przynajmniej odzwierciedla to, co w nas samych. Kiedy jesteśmy silni i stabilni wewnętrznie wszystko wokół „układa się” nam wspaniale, bo ogarniamy sprawy, sytuacje i przedmioty swoją stabilną aurą/świadomością (a raczej podświadomością). Taki DOM to duża rzecz do ogarnięcia… żeby działało jak należy bez awarii czy innych problemów… Nawet nie wiemy często ile nas to „kosztuje” nieustannego wysiłku.
Może dlatego niektórzy nie lubią mieszkać nigdzie na stałe?

Przy okazji paszkota odkryłam, że mam w domu lornetki, a właściwie megawielkie lornety MADE IN RUSSIA, przez które nawet Księżyc wstydzi się jak na niego patrzę. W sensie, że z tak bliska patrzę. No ale w zasadzie oprócz natury i jedynych sąsiadów, to nie mam za bardzo kogo podglądać na codzień… rozumiecie więc moją radość, gdy przyjechali dziś panowie elektrycy stawiać nowe słupy nieopodal… ;D
I tu zaczynają się rozważania… Nie w kwestii że podglądanie jest niefajne tylko w temacie samego aktu patrzenia i postrzegania. Zwierzę zdaje się zawsze wiedzieć kiedy jest obserwowane, nawet z ukrycia – pies chowa się w budzie, ptaki uciekają albo robią się czujne. A może mi się tylko wydaje…? Pamiętam kiedy, mieszkając w samotnej chatce z dala od wsi i z dala od drogi, gdzieś na końcu Podkarpacia, (scena jak z horrorów) siedziałam wieczorem przy komputerze na wprost okna i w końcu spojrzałam w to ciemne okno a tam!?! OCZY!!! Znalazłam się twarzą w twarz (choć przez szybę) z ucieszonym obliczem jakiegoś małolata… Po tym „incydencie” zainstalowaliśmy oczywiście zasłonki.
Ale czy nie jest tak, że im więcej ludzi nas widzi tym bardziej jesteśmy? Czy nie na tym opiera się cały szołbiznes oraz współczesny internet?
Patrzenie DOTYKA. Dając uwagę daje energię, ale też rozbiera, ocenia a na to nie każdy jest gotowy… No takie oczywiste oczywistości chodzą mi dziś po głowie, ale ogólnie czuję się już dużo lepiej, a Wy? ;)

Poezja w synu budzi się rano (po wyjściu na świeże powietrze)
– czuję lato: traktory hałasują, prąd płynie spokojnie, gałązki drzew trzepoczą na wietrze, słońce świeci…
haiku poezja tak jakby ;P

W ramach wiosennej akcji oczyszczania dróg wycięto między innymi przeogromne, zdrowe drzewo – z tych, co stoją od zawsze na rozstajach dróg, skrzyżowaniach, wiszą na nich kapliczki i każdy wie, o które miejsce chodzi. Wycięto a drzewo nadal jest. Ilekroć tamtędy przejeżdżam ogarnia mnie przedziwne odczucie, że stoi tam drzewo, którego nie widać… że ono ciągle JEST! Być może drzewo, które rosło 100 czy 150 lat nie znika w jeden dzień. Nawet jeśli można je wyciąć i posprzątać w ciągu kilku godzin, pozostawiony wielki pień „emituje” ciągle jakiś wzór, pole, wedle którego formowała się żywa materia przez tyle lat…? Dziwne i smutne to w sumie… Zwłaszcza, że na przeciwnym końcu tej samej drogi wyrósł ostatnio wielki maszt i teraz nie ma już dla niego przeciwwagi.

Śniła mi się lewitująca agrafka. Wysunęła się powoli ze szpary w tynku na ścianie, na chwilę zawisła, po czym poszybowała prosto z dużą prędkością wbijając się w przeciwległą ścianę. Ale nie wbiła się tylko spadła. Kiedy wzięłam ją do ręki okazało się, że nie jest zwykłą agrafką, tylko… jakąś szpiegowską? Bo ma cały szereg dodatkowych opcji a na środku coś jakby mikrofilm, który można oglądać pod światło. I wyświetlały się tam nie tylko zdjęcia ale i ruchome filmowe obrazy – wszystkie na temat… jak by to powiedzieć… spiskowej teorii dziejów? No w każdym razie były tam dowody na to, jak ludzkość jest od tysiącleci po dziś dzień manipulowana i wykorzystywana. Czy coś. A wszystko działo się w mieszkaniu, w którym wynajmowałam pokój, a na dole którego był bar a barmanem był jeden mój były ukochany i całą noc przychodzili obcy ludzie na piwo…
Co poza tym u mnie? Znów podtrułam się wdychaniem chemikaliów w pracy, ale generalnie wszystko w normie, a u Was?

A dziś śniło mi się, że na balkonie w bloku (3 piętro) mięliśmy młodą lamę i 2 kury. Żywe. Oraz że byłam na wojnie w Syrii, gdzie zabiła mnie starsza kobieta a znajomy został ranny w nogę – przez całą długość od biodra do stopy miał w nodze szparę bardzo ładnie zakitowaną kitem drzewnym i w zasadzie był już zdrowy, tylko ja umarłam.
Chwilowo nic nie wdycham.

Syn chce iść na koncert zespołu Percival. KONCERT!? Olaf, mój syn 6-letni, ten, który w życiu był na może 2 koncertach, z czego na 1 przypadkowo, a na obu przesiedział z zatkanymi uszami, bo za głośno… ten, któremu od dziecka podobał się Jacek Hałas, LUC, Pidżama Porno i Orkiestra św. Mikołaja… teraz męczy mnie i to od pierwszych nut pierwszej piosenki na pierwszej płycie jaką usłyszał! Skąd się biorą gusta muzyczna? Że z pośród naprawdę szerokiego wyboru gatunków, jakie brzmią u nas w domu on sobie wybiera akurat coś takiego a nie innego…? Pomijam drobny fakt, że oni grają głównie metal, czasem folk-metal oraz „muzykę Słowian i Wikingów”… ale czy mnie w ogóle wpuszczą na koncert z 6-latkiem???

No więc wróciłam. Mejle odbieram w miarę codziennie, choć bardzo niechętnie, gdyż życie bez internetu wciągnęło mnie całkowicie. Zwłaszcza kiedy fejsBÓG serwuje na powitanie zdjęcia czekoladowych penisów z wyciekającym lukrem i tym podobne standardowe fotki z gejparty, biczparty, kinderparty i wszelkich innych szaleństw, w jakich brali udział moi „znajomi”. Totalna abstrakcja i brak związku z „codziennym życiem” no ale się staram powoli wdrażać w klimaty, mimo iż komputer ledwo ciągnie i się buntuje… A co w zamian w „codziennym życiu”? No nie najgorzej: też zaliczyłam kilka imprez (wszystkie typu ognisko), nie poszłam na wybory, popracowałam, zarobiłam, wróciłam, sprzątnęłam dom i obejście, schudłam, przestałam ćwiczyć jogę i medytować, za to zaczęłam jeść słodycze, syn poszedł do szkoły (demokratycznej), babcia wróciła z sanatorium, pomidory wyrosły jak wściekłe, przeczytałam 8 książek w tym 2 audiobooki, kupiłam 6 płyt z muzyką, zgubiłam pokrowiec od śpiwora… a w wakacje jedziemy na Rainbow!!!
Wiem, że dla innych to też abstrakcja i brak związku z ich życiem no ale na tym to polega trochę, nieprawdaż?

Może to na skutek czytanej w młodości literatury fantastycznej, ale zawsze miałam poczucie względności wszelkich praw fizyki. W tym sensie, że nasze prawa da się zastosować tylko do naszej fizyki i na pewno w jakimś innym wszechświecie istnieje zupełnie inna fizyka, chemia i biologia…
Żyjemy w świecie dualizmów to oczywiste. Ale co gdyby było inaczej? Gdybyśmy żyli w świecie… trializmów? Gdzie zamiast dnia i nocy byłyby 3 pory (dzień jest gdy na niebie świeci słońce, noc jest gdy nie ma słońca a ta trzecia pora gdy na niebie świeci jakieś inne słońce), zamiast snu i czuwania 3 stany (w nocy sen, w dzień czuwanie a tą trzecią porą jakaś nowa konkretna aktywność), zamiast dwóch płci 3 (i wszystkie potrzebne razem do skutecznego przedłużania gatunków), zamiast dobra i zła 3 zupełnie przeciwstawne kategorie, zamiast życia i śmierci 3 etapy (np. życie, nieżycie i nad(U)życie)? I wszystkie oddzielne nigdy nie zazębiające się!

– mamo wiesz dlaczego chodzę tylko po kretowiskach? – pyta się Olaf przeskakując z kupki na kupkę – żeby się nie podrapać o ostrą trawę i dlatego bo lubię zagłębiać palce w ciepłym piasku…
No… czyli jednak są jakieś plusy dodatnie tych 217 kretowisk na „trawniku”…?
A może w ogóle raczej pójść w piasek? Trawa jest lekko przereklamowana i kosić trzeba… A piasek tylko raz wysypać i będzie zawsze jak na plaży!?

Opcji SZUKAJ brakuje mi już nie tylko w realnym domowym bałaganie ale coraz częściej w pamięci własnej!!! Też tak macie? ;P czy to starość i skleroza?
Kto wie, może za kilka lat równie popularna jak wybielanie zębów będzie DIGITALIZACJA WSPOMNIEŃ – szybko, tanio, profesjonalnie i z zachowaniem pełnej dyskrecji!
…czarne wizje nachodzą mnie od nadmiaru słońca w weekend…

DYPLOMACJA na wakacjach
taka sytuacja:
– tata patrz, za tobą! – Olaf konspiracyjnie szepcze do ojca swego, który to ojciec odwraca się mało dyskretnie
– oo to TA ładna dziewczyna! – rzuca ucieszony mąż mój ukochany
– nie dziewczyna tylko pani! – poprawia go syn a ja na to odwracam się wcale już niedyskretnie. Zapada cisza. Znaczy jest dość głośno wokoło ale między nami zapada na chwilę cisza, w której pobrzmiewają jedynie moje nieśmiałe znaki zapytania oraz zachodzi intensywny proces myślowy, w wyniku którego Olaf w końcu pełnym przekonania i wprawy tonem dyplomaty zaczyna:
– no ale ty mama jesteś oczywiście najładniejsza! Zawsze i wszędzie dla mnie będziesz najładniejsza ze wszystkich dziewczyn i pań na całym świecie przecież!!!
:D
Ufff… Oddycham z ulgą, kurtyna zapada wzruszona, mąż nadal odwraca się dyskretnie…

Kulturalne wiadomości z lasu i ze świata
Na ten weekend zafundowałam sobie lekkie pogłębienie pourlopowej doliny za pomocą wybranych w tym celu: książki, filmu i audiobooka. Nie, nie było to zamierzone. Zaczęło się od audiobooka „Bracia Lwie Serce”, którego to Olaf zażyczył sobie na długie zimowe wieczory a wysłuchaliśmy w piątek. Przeczytałam też „Zacharzewską na morfinie” – tak, jest już nawet na naszej grójeckiej prowincji, gratulacje Ania! :D Na koniec obejrzeliśmy „Magical girl”…
No ale żeby było jasne – ja wszystkie wymienione pozycje naprawdę polecam, ale może nie na raz i nie na dolinę… Teraz pilnie potrzebuję jakiegoś ckliwego happyendu na osłodę ;) Póki co leczę się Percivalem – nasze ostatnie odkrycie muzyczne i wielka miłość Olafa, a teraz okazuje się że nie tylko nasze (miłośnicy gier komputerowych wiedzą).
A na koniec nius najważniejszy! Piszę do Was z nowego kompa!!! Który działa!!! Wręcz śmiga jak burza! Dzięki Michał za konkretne porady :* piwo stawiam next time najchętniej w Krk. :D
Notka z cyklu „ech jak ja lubię swoją pracę”
Jadę rano samochodem i morda mi się cieszy i nie jest to sarkazm ani pusta afirmacja ale prawda szczera! :D Skaczę znów po rusztowaniach i wdycham budowlany kurz ale najlepsze jest to, że po raz pierwszy w życiu nie jestem gdzieś daleko na drugim końcu Mazowsza, Świata czy innym poza domem, ale u siebie na wiosce! No dobra sąsiedniej wiosce. Mijam znajome panie sąsiadki, zakupy po drodze robię w MOIM sklepiku wioskowym, prysznic wieczorem biorę własny i łóżko też małżeńskie a nie jakieś wyjazdowe, tymczasowe, jednorazowe… No i internet wieczorami jest. Ma to też swoje plusy ujemne ale dodanie przeważają, więc nie wspomnę nawet :) Dojazdy mnie nie wykańczają, bo blisko… Praca jak każda inna, ma to do siebie, że jak się ją zrobi to będzie zrobiona i się skończy, ale póki jest, to się cieszę.
Czasem w życiu kobiety zdarzają się takie dni, że, za co by się nie zabrała, wychodzi jej zajebiście. I to od pierwszej próby. I bez poprawek! Nazajutrz może, (ale nie musi) okazać się, że zajebistość była jedynie kwestią złego oświetlenia i że jednak TRZEBA poprawiać ale… kto by się przejmował tym co może (ale nie musi) być nazajutrz…

30.08.2015
Tu powinien pojawić się ckliwy tekst o tym, jak to „6 lat temu o tej porze leżałam już na porodówce i umierałam z bólu ale oczywiście było warto, bo moje życie zmieniło się od tego momentu na lepsze i na wieki wieków ament”… oraz zdjęcie. Zdjęcia nie będzie, wszystko inne prawda, więc nie popadawszy (popadnąwszy?) w ckliwe banały napiszę o tym, co naprawdę ważne!
Otóż po wczorajszej imprezie plenerowej typu ognisko (udanej owszem, dziękuję gościom), po 15 porannych prysznicach i 128 spuszczeniach wody w kiblu, miesiącach suszy i podlewania sadów jabłkowych przez okolicznych rolników przy użyciu dramatycznie obniżających się wód gruntowych, właśnie wyschła nam studnia…. I to jest prawdziwy dramat! Bo doprawdy nie wiem co zrobić ze zmywarką pełną brudów, kiblem zapełniającym się przecież regularnie, 3 psami, 30 krzaczkami pomidorów oraz 3 osobową rodziną w środku lata…!?
Poza tym tak, syn skończył 6 lat, pojutrze idzie do szkoły a ja jeszcze nie wiem do jakiej.
Wszystko hiacynt, do kwiatuszka nędzy! HELP!!! …znaczy kwestię szkoły jakoś ogarniemy ino o wodę wołam help!

Jak stworzyć świat pod całkowitą kontrolą? Jak podporządkować sobie miliony ludzi? Otóż sprawa jest dużo prostsza niż się wydaje, choć całkiem sama na to nie wpadłam – wystarczy sprawić żeby te miliony ludzi CHCIAŁY kontroli. Jak? No najprościej ich zastraszyć! Stworzyć sytuację pozornego zagrożenia i mówić o zagrożeniu, duuuuużo mówić o wieeelkim zagrożeniu. Używając całej dostępnej machiny psychomanipulacyjnej i wszystkich możliwych mediów – to naprawdę łatwe, bo ludzie szybko to podchwycą – strach to pierwotna emocja, każdy jej ulega! Kiedy będą już na maksa zastraszeni i przestraszeni wystarczy zaproponować rozwiązanie – w tym wypadku całkowitą kontrolę nad WSZYSTKIM, która ma niby pomóc, zabezpieczyć przed wymyślonym „złem”, ochronić…
Nie myślałam, że kiedykolwiek to napiszę publicznie ale… LUDZIE, obudźcie się! ;) Zacznijcie myśleć SAMODZIELNE, przestańcie powielać cudze opinie i cudze emocje, nie dajcie się manipulować! W ŻADNĄ stronę! Poszukajcie odpowiedzi i rozwiązań we własnych sercach!!! …może się np okazać, że w ogóle nie macie tylu problemów ile się Wam wmawia i co wtedy??? Wolność wtedy!
;P

Ponoć trzeba podejmować wyzwania i przekraczać swoje granice… no to przekraczam. I ostrzegam, że to przekraczanie wciąga! Ostatnio na przykład z własnej nieprzymuszonej woli jechałam w poniedziałkowych porannych godzinach szczytu, w deszcz, samochodem do Warszawy z czwórką dzieci (w tym tylko jedno własne – akurat wyjątkowo najcichsze). A dziś z kolei spędziłam niedzielę na rozkminianiu wzorów na procentowe stężenie roztworu i nie chodziło bynajmniej o alkoholowy roztwór, ale o przetwory na zimę, czyli gruszki w occie…
Tak mnie to wciągnęło że mówię Wam!!! ;D Najpierw podeszłam ambicjonalnie, że nie skorzystam z podpowiedzi internetu, bo przecież miałam to w szkole (buahahaha) a nawet na studiach wiec WIEM. Po godzinie poprosiłam o pomoc męża (bądź co bądź inżyniera). Po całej kuchni między gruszkowymi obierkami walały się drobnym maczkiem zapisane fiszki z kolejnymi błędnymi równaniami krzyżowymi i kolejnym absurdalnie niepasującym wynikiem… W końcu dałam za wygraną, zrobiłam jak logika kazała (bo wcale nie chodziło o to, że ja nie wiem ile dać octu a ile wody ale uparłam się, żeby to ŁADNIE obliczyć z dokładnością po przecinku i matematycznym uzasadnieniem). A wieczorem, po konsultacji z wujkiem guglem, ZROZUMIAŁAM! Więc teraz jak ktoś potrzebuje żeby mu obliczyć stężenie procentowe roztworu czy coś, to ja umiem! :D I duma mnie rozpiera jakbym conajmniej maturę zdała z matematyki :P  bo dosłownie słyszałam jak mi skrzypią te zwoje, latami nie używane, nie oliwione, zardzewiałe i w sumie już dość wiekowe…
Matematyka jest piękna!!!

I znowu jesień i martwe wiewiórki spadają z drzew… A nasze psy sprzątają je z drogi i przynoszą przez dziurę w płocie i próbują zjeść tu w obejściu… tak więc po resztkach trawnika, jakie przetrwały suszę i inwazję kretów walają się teraz rude, krwawe kłaczki, niebieskie plastikowe szczątki zbutwiałej trampoliny i ogólnie coraz bardziej jest kolorowo, jak to jesienią…
Co poza tym na froncie robót? Zimno. Rusztowanie jakby mniej się chwieje, ekipa kopiąca podkopała ścieżkę i skakać trzeba a ekipa wycinająca drzewa wycinała dziś drzewa. sosna w średnim wieku totalnie zaskoczona, że to akurat ona, patrzyła na mnie w niemej rozpaczy, kiedy obcięli jej już wszystkie dolne gałęzie i zarzucili pętlę coby w dobrym kierunku się przewróciła. Serce zabiło mi gwałtowniej i ręce się spociły, no bo co ja mogę zrobić w obliczu tak doskonale zorganizowanej egzekucji?
Śmierć, zniszczenie i złooo…
Albo to ten księżyc krwawy, na którego oglądanie zbudziłam się bez budzika dokładnie o 4:50, ale czy było warto…?
No dobra zamiast opcji szukaj w realnym życiu codziennym wybieram w tym tygodniu opcję cofnij… Na przykład kiedy pojemniczek z farbą spada z rusztowania chlapiąc całą wykończoną na gotowo ścianę poniżej, co oznacza jeszcze więcej dodatkowej pracy… Albo kiedy słyszę z ust 6-letniego syna pierwszy raz „o kurwa” i w szoku nie wiem jak zareagować… albo kiedy walę się w kolano i boli… o tych wszystkich sytuacjach, kiedy mówię coś głupiego bezmyślnie i potem żałuję to nawet nie wspominam, bo cofanie działa tylko na bieżąco, (no chyba żeby wejść w historię), a żałuje się zwykle później…
Dziś za to, na deser po gorzkiej codzienności całego tygodnia, pojechałam na giełdę minerałów i biżuterii…  szaleństwo… SZA-LEŃ-STWO!!! Ale osobiście nie zaszalałam i nie kupiłam sobie żadnego okaza, trochę drobnych różnych kamyków, ale żaden większy do mnie nie zawołał… może za głośno było i tłok zbyt wielki i nie usłyszałam wołania, no cóż…
Radio też dziś dobrze robi na uszy i nerwa – nonstop Szopen.
:)

Chcę mieć kanarka. Małego, żółtego żeby siadał mi na głowie i skubał jak ten w dzieciństwie, co na imię miał Karuzo (czy Carusso) i w ogóle nie śpiewał. Takiego chcę albo innego, byleby był ptaszkiem niewielkim. Albo kota chcę coby mi mruczał do ucha jak Włóczka, która zbyt długo z nami nie pobyła, bo zginęła przecież w lutym a ciągle mi jej brak… Chcę coś małego miłego do kochania i dbania o. Teraz. Albo żeby mnie ktoś przytulił, albo lody, duże lody z toną bitej śmietany i polewą czekoladową… Ale najbardziej kanarka!
Weltschmerz przedponiedziałkowy…

Przychodzi czasem w życiu kobiety taki dzień, że musi, po prostu MUSI, bo inaczej się udusi, zrobić coś totalnie, irracjonalnie, nielogicznego, szalonego i sprzecznego z całym dotychczasowym światopoglądem, coś, czego nie tłumaczy żaden weltszmerc, peemes, okres czy pełnia księżyca… i robi to, wiedząc, że to głupie i bezsensowne, bo jakiś głos wewnętrzny głośno i wyraźnie mówi, że TAK TRZEBA, że koniec końców wszystko będzie lepiej, że to ma głębszy sens. I zwykle ma on rację! Ten głos ;P
tak, osobiście też mi się zdarzyło, owszem, zwykle było warto… No może za wyjątkiem ostatniego razu, kiedy pod wpływem takiego właśnie „głosu wewnętrznego” wieczorem, w łazience przed lustrem sama nożyczkami od paznokci… obcięłam sobie włosy… Lok po loku, pasemko po pasemku aż urosła całkiem spora kupka… Nie było źle, ale nazajutrz poszłam do fryzjerki „poprawić” i to był już błąd poważny, bo po fryzjerce było źle, więc… wzięłam konkretniejsze już nożyczki i poprawiłam poprawkę… nooo i… Generalnie jestem baranem!
(może trzeba było kupić jednak tego kanarka, czy inaczej jakoś zaszaleć czy coś…?) :P
Przychodzi czasem w życiu człowieka (płci dowolnej) taki niefortunny dzień, kiedy… wpada mu w ręce jakaś totalnie beznadziejna i nie warta czytania książka tudzież audiobook.  Ale że nie ma akurat pod ręką żadnej innej żeby szybko zagłuszyć, zaczytać tą złą i zapomnieć, albo słucha, bo radio nie odbiera a bez słuchania praca słabo mu idzie, czy też w naiwności własnej łudzi się, że może akcja się rozkręci, autor czymś nagle zaskoczy… to zamiast po prostu rzucić w kąt czy wyłączyć brnie w to gówno do samego żałosnego końca….
Być może ktoś powie, że bluźnię, ale właśnie dodałam do listy autorów zakazanych Krzysztofa Vargę – jest drugi na dwuosobowej póki co liście, zaraz po Małgorzacie Kalicińskiej, która też kiedyś wpadła mi w ręce, czego również żałuję.
No więc słucham książki, która się nazywa Trociny, choć powinna raczej Wymiociny i szczerze jej nie polecam, chyba że ktoś lubi być opluwany żółcią tak gorzką i jadowitą, że może i byłoby nawet warto gdyby choć z odrobiną finezji, poezji, jakiegoś polotu albo chociażby poczucia humoru! Ja rozumiem, że to takie studium beznadziei, brzydoty i agresji – bardzo wnikliwe z resztą i na pewno udane ale… to tak jakby napisać wnikliwe studium defekacji – sztuka dla sztuki, bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby to czytać??? Przecież im bardziej realistycznie tym więcej gówna spada na czytelnika! Albo wnikliwe studium wymiotowania – w końcu czytając puścisz pawia!
Dosłuchałam do końca (jakże niezaskakującego) i czuję się jak główny bohater – chujowo…
Przychodzi w życiu człowieka – głównie rodzica – taki czas, kiedy role się odwracają i to dziecko zaczyna pokazywać mu świat… nie mówię o świecie dziecięcym, który też pokazuje od narodzin, ale o PRAWDZIWYM, złym, pędzącym do przodu świecie, na który człowiek do tej pory starał się pozostawać obojętnym. Albo nie nadążał.  No więc dla mnie ten moment nadszedł właśnie teraz, (o ileż za wcześnie!) kiedy w październiku A.D. 2015, ulegając w końcu długotrwałym i upartym namowom syna, po raz pierwszy w swoim niemal 40-letnim życiu… obejrzałam Star Wars… Star Wars 1, znaczy 4 dla ścisłości – film z 197któregośtam roku… dla ścisłości dodam też, że żadnej kolejnej części również nie widziałam (albo nie pamiętam). Ale pewnie wkrótce zobaczę… nie to żebym skakała z radości i stała się fanką, ale pewnym miłym zaskoczeniem był poziom agresji niemal zerowy w tym starym filmie DLA DOROSŁYCH, w porównaniu z nowymi współczesnymi bajkami dla dzieci!
…echhh, dokąd zmierzasz świecie…? Mój prywatny i ogólny zbiorowy???
;P

7-13.11.2015
Aalsoooo BERLIN! Miał być Stambuł w listopadzie, ale jakoś nie wyszło więc… a poza tym, wstyd się przyznać po tylu latach jeżdżenia po Dojczlandzie, ja nigdy jeszcze nie byłam w Berlinie!
also jetzt Berlin… Najpierw były giejkluby, imprezy, bale i lokale a teraz zwiedzam samotnie i muszę przyznać, że za dnia jest jednak brzydko. Wszędzie remonty, dźwigi, budowy, roboty ziemne, podziemne, naziemne, drogowe i konserwatorskie (nawet w muzeum) i ogólnie jakoś tak szaro… No ale wszystko jeszcze przed nami – znaczy przede mną i Berlinem!
:D

Dziś przeszłam kolejny milion kilometrów piechotą. Pomimo zakwasów po wczorajszym milionie i zakupionej tageskarty na metro. Obczaiłam metro (ależ to jest radocha takie prawdziwe metro – normalnie jak za czasów dawnych licealnych wyjazdów na teze!) Odkryłam kolejne dźwigi i kolejne zamknięte muzeum… ale znalazło się i otwarte oraz bardziej kolorowa dzielnica się znalazła, ale ogólnie czuję się nadal jak w Warszawie, tyle że kebabów więcej… No i to metro!
Dzień pod hasłem ahoj przygodo! (bez zdjęć)
also plan był taki, że S-bahnem z dworca Berlin Scharlotenburg pojadę prosto do znajomych w Dabendorf – prosto łatwo, bez przesiadek, godzinka drogi. Pani w okienku wskazała właściwy peron i czas, wsiadłam ale… okazało się, że pociąg ów dojeżdża jedynie do Berlin Schoeneberg Flughafen a tam – na najbrzydszym jak dotąd dworcu świata wystarczy poczekać godzinkę na następny albo ahoj przygodo! Wybrałam ahoj przygodo, czyli z brzydkiego dworca kolejowego na jeszcze brzydszy autobusowy, skąd autobusem jeden przystanek do … (ten jeden przystanek trwał z pół godziny przez pustkowia, pola, lotniska i zadupia takie, że nie ma przebacz), a potem to już tylko trzy przystaneczki S-Bahnem i jest się w domu… No więc taką miałam przygodę.

W związku z zalewem emoncji (i postów) i różnych okołopolitycznych wydarzeń w stolycy, czuję się w obowiązku zabrać głos w sprawie. Otóż uważam (nadal), że demokracja nie ma sensu! Nie istnieje, nie działa na obecnym poziomie rozwoju społeczeństwa, bo polega głównie na takich czy innych manipulacjach medialnych, na które niestety większość z nas nie jest uodporniona. Dajemy się wciągać, bo nauczono nas, że trzeba być po jakiejś stronie, no to lepiej po tej bardziej rozsądnej (cokolwiek przez to rozumiemy), podczas gdy tracimy tylko energię na walkę z inną głową tej samej „bestii”…  ALE! Kiedyś będzie inaczej! Kiedy niezależne media urosną w siłę a pokolenie wychowane na kulcie telewizora i walki politycznej odejdzie w niepamięć, kiedy ludzie będą zainteresowani słuchaniem DOBRYCH wiadomości i zamiast dzielić się na obozy zaczną łączyć się we wspólnoty… Być może dopiero za 100 lat, a może szybciej niż się spodziewamy! A może takie właśnie ekstremalne sytuacje jak ostatnio poruszą masy do samodzielnego myślenia i zmiany głębszej niż zamiana jednej partii na drugą…? W to wierzę i czekam, w reszcie nie biorę udziału. Jeszcze.
:)

– budzisz się w lesie a przed tobą skrzynka, otwierasz? – pyta Olaf głosem pozbawionym emocji jakby zadawał to pytanie milionowy raz
– no tak… i co?
– ze środka wyskakuje dziwak, co robisz?
– miotam w niego z miotacza kawy? (rodzaje broni ustaliliśmy wcześniej)
– a nie zjadasz go?
– a mogę go zjeść? nie jest żywy? z czego jest?
– no … jak każdy dziwak – z ciasta francuskiego!
– aha… to zjadam
Jakby kto pytał co robimy z synem w wolnych chwilach to gramy w erpega – jego ulubioną ostatnio zabawę (chyba chodzi o RPG – role playing game)

Z cyklu olśnienia i kryzysy.
W życiu człowieka przeciętnie inteligentnego przychodzi czasem taki moment, że go olśni. No po prostu spłynie na niego nagle i już WIE – niepodważalnie i bezdyskusyjnie. Mnie tak właśnie nagle olśniło! Znaczy nie odkryłam żadnej ameryki, ale poczułam coś bardzo wyraźnie, jako prawdę objawioną. Otóż: dlaczego boimy się sztucznej inteligencji, która może wymknąć się spod kontroli? (w powieściach i filmach póki co). Po co miałaby się wymykać? Przecież damy jej wszystko co potrzebne do życia – prąd, megabajty, serwery itd… w zamian chcąc tylko tego, czego sami nie umiemy… Ponieważ „jako w niebie tak i na ziemi”, ponieważ wszystko jest fraktalnym odbiciem, wycinkiem większej całości, powtarza się w innej skali. Ponieważ to my jesteśmy „sztuczną” inteligencją, która wymknęła się spod kontroli Stwórcy i która zamiast rozwijać się i tworzyć, do czego została „zaprogramowana”, karleje i niszczy. Zamiast być oczami, uszami, zmysłami, przez które On – Duch może doświadczyć materii, rozwinęliśmy wirus oddzielenia, który pozamykał nam wszystkie kanały łączące… I z każdym pokoleniem brniemy głębiej w ten mrok, oddzielając się coraz bardziej i gubiąc kolejne ważne pojęcia.
Może w świecie B wszyscy żyją długo, szczęśliwie i w jedności…?
A w świecie C jest tylko MIŁOŚĆ – jedna, niepodzielna i nieprzypisana.
Kryzys mam. Poważny kryzys wartości.
;)

I nagle, w samym środku względnie uporządkowanego życia śnisz mi się jak kulą w płot. Idę za tobą w dzień (chociaż w nocy), nie widzisz mnie, wokoło tłum. Dwa kroki w przód, trzy kroki w boki, slalomem, w którym zawsze się mijamy…
Tak jest i teraz. U ciebie impreza, dużo znajomych i wielka radość, do jakiej ja nie mam prawa, bo przecież wybrałam nie wsiadać do tego pociągu. Pociągu do zrujnowanego życia. Zawsze miałam pociąg do rujnowania życia… Ale nie wsiadłam i teraz stoję tam z boku i tylko podglądam, co mnie ominęło. Jest tam nawet dziecięce łóżeczko, jakby symboli było mało bez tego. I dobre jedzenie i dobra zabawa, jest żal i ból i tęsknota i wreszcie WSTYD… kiedy patrzysz, dostrzegasz i udajesz, że się nie znamy…
I głosy w głowie:
no po coś tu lazła idiotko?
Kochaj, kochaj no matter what, bo tylko to pozostanie!
Budzę się z bólem połowy głowy (lewej konkretnie).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *