2013

29.01.2013.
Pod koniec stycznia zapanowała ospa w przedszkolu… Ponoć była już od miesiąca, ale szanowne panie ciocie nie były łaskawe poinformować  o tym rodziców.
W poczekalni u lekarza Olaf zachwycił się jakimś kotkiem na zdjęciu i marudzi:
– chcę takiego kotka, mamo, chcę takiego kotka, mamo…
– no przecież mamy kota!
– ale ja chcę takiego małego jak ten, tak jak te co się kiedyś urodziły i zakopaliśmy je w ziemi…
spojrzenia innych mam z dziećmi – bezcenne!
… oczywiście że NIE zakopałam nigdy żywych kotów ani też ich nie uśpiłam, po prostu urodziły się martwe… no ale przecież nie będę się tłumaczyć obcym paniom w poczekalni…

13.03.2013.
„na wygnaniu w mieście Łodzi, gdzie nawet bieganie psom szkodzi”
śniło mi się, że wyprowadziłam się do Łodzi, sama, bez chłopaków, za to z samochodem. miałam tam coś studiować i mieszkałam w bloku na szarym blokowisku, ale już przy wnoszeniu gratów poznałam fajnego samotnego sąsiada, co dobrze wróżyło na  przyszłość…  pierwszej nocy śniło mi się (znaczy w tym śnie śniło mi się że mi się śni), że odwiedzają mnie kosmici, a nazajutrz przed klatką schodową był tłum ludzi, którym rzekomo rano, wszystkim zbiorowo, ukazała się przenajświętsza panienka na rogu budynku… ja nie widziałam żadnej panienki, ale zauważyłam, że miedziane płytki zachowują się dziwnie – jakby nie było w tym miejscu grawitacji – latają same w powietrzu w kółko a niektóre w ósemkę! ale nikt nawet nie zwrócił na to uwagi, nawet fajny sąsiad… wtedy przypomniałam sobie z ulgą, że jednak ZNAM kogoś z prawdziwego życia, kto mieszka w Łodzi i może on będzie wiedział o co tu chodzi….
*cytat z filmu „Nic śmiesznego”

WIOSNY NIE BĘDZIE!

Tą wstrząsającą wiadomością rozpoczął się dzisiejszy dzień we wszystkich stacjach radiowych i telewizyjnych. Portale internetowe zablokowane od nadmiaru wizyt – każdy chce się dowiedzieć sam, przeczytać na własne oczy informację, która przebiła popularnością nawet wybory papieża, Cypr i historię mamy Madzi.
Synoptycy zawyrokowali zgodnie, iż winne wszystkiemu są zmiany klimatyczne na Ziemi. I to nie tylko klimatu w sensie meteorologicznym, ale i społeczno-polityczno-mentalnościowym, co w połączeniu z niedawną „paniką końca świata” poskutkowało takim właśnie globalnym ochłodzeniem. Zdanie synoptyków i klimatologów potwierdzają najnowsze badania amerykańskich naukowców, którzy wycofują się czym prędzej z głoszonych do niedawna teorii o globalnym ociepleniu i tłumaczą globalne ochłodzenie – jakże oryginalnie – zmianami aktywności Słońca…
Jakie by nie były przyczyny, fakt pozostaje faktem – wiosny nie ma i prawdopodobnie nie będzie. Bociany zdegustowane odleciały w ubiegłym tygodniu, wczoraj w Małopolsce obserwowano zawracające klucze żurawii, kluczą też łabędzie, szpaki i jaskółki. Część tych ostatnich zatrzymała sie na południu Europy i przestała lecieć dalej – prawdopodobnie za sprawą powracających bocianów . Żaby nadal pogrążone w głębokim śnie (greenpeace apeluje: nie wyławiać, nie całować), a larwy komarów wymarzły na kolejne 5 lat z góry i do czwartego pokolenia wstecz.
Co będzie dalej??? Czy pomimo braku wiosny w czerwcu przyjdzie lato? Na to pytanie nikt nie potrafi jeszcze udzielić wiążącej odpowiedzi.
z Mrozisk Wielkich pod Grójcem mówiła dla Państwa
– Izobara Hektopaskal
A teraz przerwa na sport, kulturę i reklamy:
No jak mieliśmy wygrać mecz z Ukrainą skoro nawet piłka była żółto-niebieska?! Kto to widział żeby piłka była w barwach narodowych jednej z drużyn, czyli była po ich stronie!? Poważne nadużycie – takie pozornie nieistotne szczegóły, MAJĄ znaczenie!
Poza oglądaniem meczu u siostry i szwagra, który przy tym strasznie krzyczał, że aż mi wstyd było rano przed jego własnymi sąsiadami, obejrzałam w weekend Sugar Mena… no i powiem Wam, że pierwszy raz wzruszyłam się na filmie dokumentalnym! …niewiarygodna, zaskakująca i w sumie piękna historia – trudno uwierzyć, że prawdziwa! Dobry film, fajna muzyka…
Szczerze POLECAM!
Z dosyć ograniczonrego wyboru audiobooków (bo w porównaniu z pisanymi książkami to ciągle ograniczony wybór) dostępnych tu i ówdzie (czytaj: w audiotece i empiku), słucham ostatnio głównie kryminałów… Nie przepadam za kryminałami, ale cóż… wybór jest ograniczony a w słuchanie przy pracy tudzież gotowaniu obiadu tak się wciągnęłam, że nie umiem już bez… No więc przesłuchałam kilkudziesięciogodzinną trylogię Millennium, potem, zachęcona recenzją, „polską wersję” Millennium w wydaniu pana V. Severskiego… ale ostatnio natrafiłam na prawdziwą perełkę w odmętach gatunku! Na najniższej półce w samym kącie stała odrapana i zakurzona, w niepozornej okładce… ale AUTOR!!! Pamiętacie doktora Housa? Tego wszechstronnie utalentowanego, bosko przystojnego aktora, muzyka, kompozytora i wokalistę w jednym (nie ma sprawiedliwości tam na górze!)? Otóż dodatkowo po godzinach jest on jeszcze – zupełnie przypadkiem, tak dla jaj – zajebiistym pisarzem! Hugh Laurie – mężczyzna wszechstronny (żeby nie powiedzieć idealny)! Kryminał całkiem niegłupi i trzyma się kupy ale najlepszy jest w nim język, dowcip, dystans i autoironia – trochę jak w serialu, więc  jeśli się komuś serial podobał, to polecam i książkę!
Severski też spoko. Wciąga. No i przypomniał mi o rosyjskiej muzyce zespołu Lube…

20.03.2013.

Nie namawiam nikogo do zmiany nawyków żywieniowych (choć osobiście uważam że mięso to morderstwo), ale AWOKAAAAADO…… :D
Awokado zaistniało w moim życiu niedawno – najpierw na zajęciach z emisji głosu pani kazała nam wołać „awokaaado” z żuchwą na ziemi bez szczękościsku, a zaraz następnego dnia rodzona mama przywiozła jeden owoc (pewnie na kolejną swoją dietę) i zapomniała go zjeść albo zabrać z powrotem!
I wtedy spróbowałam… nie pierwszy raz w życiu ale może kiedyś one były bardziej bezsmakowe, albo trafiło mi się niedojrzałe, czy też może smak miałam otępiały nadmiarem spożywanej soli i cukru, nie wiem, w każdym razie TO było przeboskie – miękko maślane, lekko orzechowe i takie… pełne! Oczywiście zrobiłam z niego też pyszną pastę, którą pochłonięto błyskawicznie, ale samo smakowało mi najlepiej! A wczoraj w radio puścili piosenkę, która rozbrzmiewała u nas w domu przez cały ten czas awokadowego obrzarstwa! „Opowiedz mi o smaku chleba razowego z pastą awokado” –  to z pewnością ZNAK że… idzie wiosna!? ;P

1.04.2013.
Byliśmy nad morzem… choć pewnie trzeba było w góry na narty jechać quźva! Ale nie, nie będzie o pogodzie, będzie o scenach z życia, w których wieje grozą i surrealistycznym czarnym humorem jak z filmów Davida Lyncha…
No więc jedziemy nad to morze, jedziemy, jedziemy, wedlug mapy i znakow, wszystko ok, kierunek słuszny potwierdzają co chwilę drogowskazy, gdy nagle!… nagle, jak gdyby nigy nic droga urywa sie w morzu! I gdyby nie szlaban tuż przed wodą to pewnie byśmy nie wyhamowali i wjechali!!! Na szczescie wyhamowaliśmy i to na tyle szybko, że samochód jadący za nami (równie szybko) wyprzedził nas i z piskiem zatrymał sie jeszcze bliżej szlabanu! Miejscowi pewnie – myslimy sobie – wiec wiedzą widac że jakiś prom zaraz podplynie czy jak? Zanim zdążyliśmy jakkolwiek zareagować na zaistniałą sytuację z samochodu wyskoczyło dwóch osiłków, równie szybko otworzyli bagażnik i wyjeli z niego jakis czarny pakun! W tym momencie włączyły nam się ostrzegawcze lampki w głowach, mąż zablokował drzwi ale nie odjechał troche z ciekawości co bedzie dalej, trochę z braku czasu, bo wszystko dzialo sie zbyt szybko. Kolesie błyskawicznie otworzyli czarny pakun, który okazał się być klatką i wypuścili z niego czarnego kota…! i odjechali… Zdezorientowany kot czmychnął w krzaki a my staliśmy w szoku jeszcze jakiś czas zastanawiając się co się właśnie stało i o co tu w ogóle chodzi, czy dzwonić po Greenpece czy Animals i dokąd dalej jechać…
Tak zaczął się nam weekend świąteczny nad morzem naszem polskiem całem w śniegu.

2.04.2013.
Lubię pracować w niedziele, święta, długie weekendy i wakacje, udawać wielce zajętą, kiedy wszyscy odpoczywają… niedziela to i tak dzień stracony. czy komukolwiek przytrafiło się kiedykolwiek cokolwiek ciekawego w niedzielę??? Niedziele są leniwe i nudne. W niedziele odwiedza się rodziny, jada się niedzielne obiady albo chadza do kościołów, z dziećmi na place zabaw, baseny, poranki filmowe czy teatrzyki lalkowe… albo wraca z weekendów. Cokolwiek by człowiek nie zrobił innego w niedzielę, będzie nieszczerym zapychaniem czasu i odliczaniem godzin do poniedziałku… a praca to praca – w dzień ustawowo wolny liczy się podwójnie! Podobnie jak odpoczynek w tygodniu, kiedy inni pracują haha! ;D
zatem… miłego poniedziałku!

4.04.2013.
Japońscy naukowcy wynaleźli właśnie maszynę do czytnia snów, słyszeliście niusa wczoraj w radio?
W całym tym powszechnym narzekaniu na pogodę naprawdę zbawienne okazało się dla mnie wyobrażenie sobie, że tak już zostanie NA ZAWSZE! No bo gdyby naprawdę miało tak już zostać to co z tego??? Czyż nie jest pięknie!?
Wał ochronny ze śniegu zsuwającego się z dachu sięgnął połowy okna, w odśnieżaniu porannym podjazdu mąż stał się mistrzem i zajmuje mu to rekordowo krótki czas 45 minut! Resztę drogi odśnieża nam sąsiad traktorem, więc spoko-luz! Poza tym jest przyjemnie wilgotno, co dobrze działa na skórę i włosy, nie ma mrozów -20stopniowych przecież! No i ta zmiana czasu na letni dużo dała – godzinę dłużej można podziwiać jak pięknie wokoło! Co prawda planowałam w tym roku w marcu zbudować kurnik i zakupić kilka niosek… może  w sierpniu…
Człowiek jest się w stanie przyzwyczaić do wszystkiego przecież! ja się chyba właśnie przyzwyczajam, albo odnalazłam nareszcie po trzydziestuparu latach życia źródło ogólnożyciowej radości niezależne od pogody? ;D
Przyroda dała nam drugą szansę na zatrzymanie się w biegu i zagłębienie w sobie – zamiast szaleć na pierwszych rowerowych wycieczkach i kopać ogródki w pierwszych promieniach słońca, siedzimy w domach i mamy ten czas tylko dla siebie. To wspaniała okazja żeby poszukać tego słońca w sobie!
Zawsze kiedy coś idzie „nie tak”, kiedy życie wybija nas z utartego rytmu rutyny, jest to szansa na przyjżenie się z zewnątrz tej rutynie i zastanowienie, weryfikację przekonań i sposobów reagowania…

8.04.2013.
Śniło mi się że musiałam „dobrowolnie” umrzeć i wszyscy czekali, kiedy się wreszcie zdecyduję… wszyscy moi przyjaciele bliżsi i dalsi (dzięki kochani, zapamiętam Wam to), rodzina, jacyś obcy ludzie, którzy wydali na mnie ten „wyrok”…. ale ja chciałam żyć!
I tak cała noc minęła na chowaniu się pod schodami i robieniu uników – głupi sen, któy tak mną sponiewierał i zmęczył, że nic mi się nie chce…
A wartoby posprzątać… obiad ugotować…? może wyjść na słońce? Ale w sumie po co – przez okno też widać jak świeci…
Ogródek odśnieżyć…?
Tymczasem w akwarium bardzo chwiejna równowaga została wreszcie zaburzona i mam już z 60 gupików w 50litrach wody (z jednej pary)! po prostu przestały się zjadać i żyją zgodnie już ze 4 pokolenia (tudzież mioty)! Chce ktoś rybkę?
Skończyłam malować kopię… choć kopia do za dużo powiedziane w przypadku malowania ze zdjęcia internetowego… Poza tym wyszłam z wprawy no i wyszło jak wyszło, chciałam dobrze, jak zwykle ;] Klijent w ciemno chce zamawiać kolejną a ja zamiast się godzić przekonuję, że niech najpierw zobaczy tą czy się w ogóle spodoba itp… no zero podejścia marketingowego, ręce mi opadają i nie mam sił do siebie samej…

15.04.2013.
Wykończyły mnie te wybuchy plazmy na słońcu… albo to weekendowe obżarstwo w gronie rodzinnym…
Wiedzieliście że jest w Polsce muzeum bąbki choinkowej? Mijaliśmy po drodze i zastanawialiśmy się głośno co też tam może się znajdować? Unikalne okazy pięknie zdobionych bąbek ze starożytnego Egiptu? Szczątki pobąbkowe znalezione przez archeologów na terenach południowej Mezopotamii, gdzie boże narodzenie zaczęto obchodzić już w 12 wieku przed Chrystusem…? Plany budowy megabąbki na największą choinkę bloku wschodniego z lat 50-tych zatwierdzone własnoręcznym podpisem Stalina…?
Nie weszliśmy żeby nie tracić złudzeń ;]
A dziś śniło mi się, że zapomniałam odebrać dziecko z przedszkola… własne dziecko!

16.04.2013.
U nas śnieg wreszcie stopniał ukazując różne takie niespodzianki mniej lub bardziej niemiłe… na przykład że zgnił nam trawnik. Że kot zmienił miejsce załatwiania potrzeb fizjologicznych na tuż pod oknem… albo że mamy nowego współlokatora, który wyrył nory, tunele i usypał kopce wielkości słonich kup WSZĘDZIE! Ąlbo że nasiona, których nie wsiałam w zeszłym roku (bo napisane było że kwitną dopiero w roku następnym to po co wsiewać w tym?) NIE wzeszły…  hmmm…
Ńo i takie tam.
Ale wszystko rekompensuje zapach ziemi, świergot ptaków i kawusia w słońcu na tarasie…
eeeehhhhh…….

Olaf rano tłumaczy mi zawzięcie:
– tutaj kiedyś w przyszłości był garaż
– jak w przyszłości to chyba BĘDZIE..?
– nieee, BYŁ! kiedyś kiedyś jak ciebie jeszcze nie było na świecie!
– ahaaa… – no w sumie co ja wiem o czasach kiedy mnie jeszcze nie było na świecie, myślę sobie…
– tak, tatuś powiedział, że tutaj był kiedyś w przyszłości zbudowany garaż!
– no to jak w przYYYszłości to BĘDZIE zbudowany, a jak BYŁ to w przEEEszłości
-nie mamusia, tak to ja z tobą nie będę rozmawiał.
I się obraził.
I miał rację, bo o czym tu rozmawiać ze starym, do bólu logicznym, nic nie rozumiejącym rodzicem?!  (tylko gdzie ta moja logika była, kiedy nie wysiałam tych nasion rok temu, co miały kwitnąć teraz???)

i jeszcze dialogi w pół drogi (z przedszkola):
– mamusia zjadłem już batona, zobacz jak bardzo go nie ma w papierku!
– no faktycznie, bardzo go nie ma – mówię, szukając w głowie jakiejś oryginalniejszej odpowiedzi, która dorównałaby błyskotliwością, wyrażała w pełni cały mój potencjał intelektualny oraz umiejętność łączenia słów w zdania a nawet rymy, zdań w wypowiedzi dowcipne oraz nie pozbawione efektów edukacyjno-wychowawczych…
– zjadłeś, wypiłeś, siku zrobiłeś, się pobawiłeś i poszedłeś spać! – rzucam w końcu z dumnym uśmiechem cool-rodzica zwycięzcy! a mój 3,5-letni syn na to całkiem poważnie:
– no teraz mamusia to trochę przesadziłaś…
hmm
:]

27.04.2013.
Śniła mi się wyprowadzka w nowe miejsce i wynajęte nowe mieszkanie… właściwie mieszkanie to złe słowo, bo raczej przypominało lokal czy fragment szkoły z wielką, przestronną salą jakby do ćwiczeń, w której już widziałam swoją przyszłą pracownię i miejsce na kursy. były tam też schody na piętro, korytarz, nie było za to osobnego wejścia, jakiejś prywatności, ale ogólne wrażenie wysoce pozytywne, pełne słońca, kolorów i ogólnego szczęścia, że udało się znaleźć coś takiego!

O twórczych rozterkach, w jakich powstawał wczoraj obraz zatytułowany „Straszny czarownik na duchy i potwory ale dla nas dobry”
– Czarnego mi jeszcze dołóż mamusia – Olaf maluje, maluje, wszystko już kompletnie uczernione nawskroś i naokoło, ale nie narzekam, nic nie mówię a wręcz podziwiam dynamizm i ekspresję, gdy nagle…
– A tutaj będzie siusiak, wieeeelki siusiak! Baaaaardzo wielki siusiak! – kiedy w końcu oważyłam się podnieść zszokowaną głowę znad swoich robótek i spojrzeć, oczom mym niewinnym ukazał się… pionowy MAZ, faktycznie dosyć pokaźnych rozmiarów (ciekawe co na to psychologowie dziecięcy?) Po kilku minutach robienia kolejnych pionowych mazów:
– Zobacz mamusia, burza upiorunowała cały obraz! Burza namarnowała tyle piorunów… ale Maria! (???) A tutaj będzie pan. Co ty by powiedziałaś na takiego pana?
– yyy… (myślę intensywnie) co ja by powiedziałam??? No generalnie nie mam nic przeciwko panom, ale mąż wyjechał dopiero co, więc nie odczuwam jeszcze braku PANA w życiu osobistym, ale dzięki za pamięć… Po dłuższej chwili pracy w milczeniu słyszę wreszcie dumne:
– JUŻ! Skończone! Mamusia, ale tu brudno, zobacz! Nigdy nie widziałem takiej brudnej pracowni! Bez sensu ścierasz tą pracownię a potem znowu bałaganisz…
taaa
:]

Przysłowia, powiedzonka i tzw mądrości ludowe, które słyszymy na codzień wżerają nam się w podświadomość i robią czasami więcej szkody niż pożytku… dlatego niniejszym rozpoczynam akcję uwalniania głupich przysłów i uwalniania od głupich przysłów poprzez ich zmianę, jak np:
– żeby kózka nie skakała TOBY NIE WESZŁA NA SZCZYT! ;D
– chłopaki nie płaczą BEZ POWODU!
– lepszy gołąb w złotej klatce niż wróbel w garści!
– ten się śmieje kto MA DOBRY HUMOR!
– człowiek człowiekowi CZŁOWIEKIEM
– co się odwlecze BĘDZIE ODWLECZONE
– lepiej późno niż ZA PÓŹNO
– mowa jest srebrem A MYŚLENIE ZŁOTEM

9.05.2013.
Z moich wyliczeń wynika, że TO musiało się stać gdzieś na początku marca, kiedy byliśmy na Fuerteventurze… co w sumie ma sens biorąc pod uwagę okoliczności przyrody marcowe dużo bardziej sprzyjające zachodzeniu w ciążę przez kota niż jakiśtam koniec stycznia! No więc tak, jednak zostałam wczoraj kocią ciocią asystując przy narodzinach trzech małych czarnych i białych kociąt! Nie wiem czy się cieszyć czy martwić? Olaf jest zachwycony, nawet z tej okazji zażyczył sobie w sklepie dziewczyńską gazetkę Barbie (!!!) bo dodatkiem był kotek w koszyku, zamiast ulubionej jak zwykle gazetki o pociągach… i teraz chodzi z tym koszyczkiem i ostrzega naokoło: „uwaga, urodziłem małego kotka, nie dotykajcie mnie teraz, bo mogę być agresywny!”

14.05.2013.
Od rana we wiadomożciach piersi Andżeliny i bezrobotni z Grudziądza – trochę jakby był prima aprilis…  no cóż… u nas też właściwie nie wydarzyło się nic ciekawszego niż wczorajszy obiad – makaron z sosem pesto polisz stajl, czyli zrobionym z: pokrzywy, szczawiu, mlecza, bazylii  i wszystkiego zielonego co wokoło domu wyrosło plus marchewka, seler, czosnek, masło orzechowe i ser pleśniowy – razem uduszone, zmiksowane, dopiero co opatentowane, zjedzone, PYSZNE! A popijamy „herbatkę” z kwiatów mlecza i świerzej mięty, polecammmmm….

Myślałam że nie boję się już szerszeni… do wczoraj, kiedy w moim własnym domu rozległo się nagle buczenie głośności wiertarki udarowej (aż podskoczyłam!) a źródło tego buczenia wylądowało mi tuż pod nogami i okazało się być 5-centymetrowym bydlakiem!!!
No i nie wiem teraz co sobie amputować, żeby się pogryzienia ustrzec, jako że ryzyko jest dość duże, bo szerszenie mieszkają na strychu i wylatują co roku… może wszystko? A może rozum? Profilaktycznie – ustrzeże mnie to przed jeszcze większą głupotą, demencją starczą itd… Tak wzorem Andżeliny znaczy się.
I jeszcze w temacie genetyki i królewskich genów (po królewnie na ziarnku grochu konkretnie): wiecie że są pokrzywy, które parzą przez dwie warstwy lateksu!? Albo raczej tak wrażliwe dłonie, które można oparzyć pokrzywą przez dwie wartwy lateksu!?
Tak, owszem, moje.
;P

Z cyklu dialogi rodzinne:
– mamusia jak już będę dorosły to mogę sobie pożyczyć twoje kolory z łazienki?
– jakie kolory?
– no te dla tych co mają oczy!
– yyy??? chodzi ci o cienie do powiek, które leżą w łazience? no wiesz…  one są raczej dla dziewczyn…
– no ale ja też chcę być piękny!
– (!!!) ależ ty jesteś piękny i bez makijażu!
– ale ja chcę tak sobie malować razem z tobą, jak będę dorosły to sobie będziemy tak malowali razem, dobra?
– no… dobra…
dżender qźva!?

18.05.2013.
Łykend w stolycy minął spoko. mimo tłumów na ulicach do późnych godzin rannych, koncertów na każdym rogu, przemarszów „Warszawa śpiewa z Jezusem”, blokad i różnych takich atrakcji dodatkowych… okazało się że nawet w studenckich pubach Podkarpacie górą a promocje nad promocjami (kobiety w ciąży trzecie piwo gratis, osiemnasta kolejka na koszt niepijącego, weź cztery zapłać za dziewięć)… a i tak wszystko to nicość i marność w porównaniu z atrakcjami Święta Kwitnących Jabłoni, jakie czekały po powrocie do domu na wieś spokojną wieś wesołą…
Aż obudził się we mnie lokalny patriotyzm oraz głupawka i przerobiłam piosenkę z dzieciństwa pt „I znów zakwitły jabłonie”:
i znów zakwitły jabłonie
oprysków nadszedł czas
świat w żółtych chmurach tonie
i kaszle każdy z nas
traktory ryczą radośnie
rolnicy liczą już zysk
o słońcu i o wiośnie
nie myśli trzeźwo nikt
Z góry (czy z dołu?) przepraszam sąsiadów i wszystkich znajomych zaangażowanych emocjonalnie w sadownictwo jabłkowe oraz wyżej wymienione święto, jeśli poczuli się urażeni moim infantylnym poczuciem humoru…
;]

Jeszcze o piersiach i Andżelinie
Wiecie skąd cała ta nagonka na kobiety, ich piersi, straszenie chorobami, uprzedmiotowienie kobiecego ciała, wydumane, nienaturalne kanony piękna z wychudzonymi modelkami na czele, silikonowe usta, sztuczne rzęsy, depilacja, ondulacja, sterylizacja, ograniczanie kobiecości do „seksowności” rozumianej dość płytko i powierzchownie??? Nie wiecie? Mężczyźni są po prostu zazdrośni! Zazdrośni od zawsze o to, że ich rola w naturze, w procesie reprodukcji i utrzymania ciągłości gatunku jest tak marginalna! Że nigdy nie „stworzą” z jednej komórki (no dobra dwóch) i nie urodzą całego, kompletnie „wyposażonego” człowieka, że nie są w stanie karmić go piersią, że nie wiedzą co znaczy kobieca mądrość i SIŁA! Rekompensują to sobie od wieków na inne sposoby, które, jak widać, doprowadzają nas (ludzkość) do coraz większego zamotania w strach i do powolnej destrukcji…
Wiem, że ameryki tym nie odkryłam ale taka mnie naszła smutna refleksja ostatnio, że to jednak prawda jest…

20.05.2013.
Po 3 latach oczekiwania i okresów powolnego wzrostu, przerywanych okresami powolnego zasychania, niespodziewanie właśnie teraz w maju, w ogródku przed domem zakwitł mi wreszcie RODODENDRON!!! Zakwitł na amarantowo-fuksjowo-purpurowy czyli piękny!
Kwitną też inne rzeczy jak co roku, którymi się aż tak nie emocjonuję, jak bzy, lilaki, jabłonki (a jakże, też mam dwie! nie, nie pryskam), stokrotki, niezapominajki, pelargonie, surfinie…
Urodzaj, pani kochana, w obejściu mamy jak nigdy – nawet koty rosną i otworzyły już oczy!

Walka z zadomowionym na dobre perzem jest jak wyciąganie klusek ze spagetti żeby mieć sam sos… (!!!)
Pot oczy zalewa, powtarzam słowa pana od jogi: twarz rozluźniona, oddech swobodny, SPOKÓJ W GŁOWIE…
ommmmmmmmm(ajgod!!!)

22.05.2013.
Ta najbardziej bolesna prawda objawia mi się nocą, kiedy śpię głęboko, pewnie ze względu na snową warstwę znieczulenia i fakt, że sen zawsze można sobie wytłumaczyć na inny użytek własny, bardziej bezbolesny niż bolesna prawda…
Będzie pełnia

Odzywki na wyrywki

– no jak ja teraz wyglądam mamusia!? wyglądam jak gularz!
– jak gulasz??? a wiesz co to jest gulasz?
– gularz to taki idearz który jest niebieski!
– …ach no przecież
***
smarkamy z rana a nos czysty o dziwo, więc mówię:
– nie ma już glutów, jak ładnie!
– no… bardzo ładnie z ich strony – odpowiada mój prawie 4-letni syn
***
– jakie jeszcze zwierzątka widziałeś? – pytam Olafa po wycieczce przedszkolnej
– no różne… koniki, kury, kaczki… i był też dzik!
– dzik??? jak to? razem z tymi kurami?
– nieeee, za siatką był! a ciocia powiedziała że to łoś…
– aha… czyli co to było w końcu?
– no DZIK!!!
Kto miał rację trudno stwierdzić, prawda zapewne, jak zwykle, leży po środku i możliwe, że   był to po prostu dziki łosiarz. Też ładnie z jego strony.
;]

A ja widziałam ATLAS CHMUR i mam bardzo pomieszane uczucia. Jest to z pewnością jeden z niewielu filmów, jaki obejrzałabym ponownie (może dlatego, że nie wszystko ogarnęłam od razu ;P). Pierwsza godzina fascynująca, kolejna tendencyjna a zakończenie i „morał”  jaki z tego wszystkiego płynie trochę mnie rozczarował. Całość poraża smutkiem, jest na wielu poziomach prawdziwa, sporo też „niepopularnych” rzeczy zostało powiedzianych wprost (ale to nie hamerykański film w sumie), pachnie to lekko „progalaktyczną propagandą”, ale ma jeszcze drugie, trzecie i czwarte dno i pewnie tyle den ilu widzów… No ale polecam zdecydowanie każdemu kto lubi się zagłębiać w kolejne dna i nie boi się smutnej czy brutalnej prawdy, a kto nie lubi i się boi, temu też polecam fajne science-fiction w stylu Matrixa. Ciekawostka, że produkcję filmu finansowo wspierał niemiecki rząd a scenariusz napisali bracia Wachowscy (ci od Matrixa właśnie), na podstawie książki, którą zdecydowanie bardziej warto przeczytać (niż obejżeć film)…
:]

Wyższy poziom abstrakcji

– mamo pojedziemy jutro na zajęcia plastyczne, pojedziemy, pojedziemy? pojedźmy!
– yyy no jutro chyba raczej nie ma zajęć plastycznych….
– SĄ! Jutro jest kultura malowania! Przyjeżdżają tacy malowie i będą malować!
– gdzie???
– no tam, gdzie są wystawy i cukierki!
***
Śpiewam sobie w domu jakąś piosenkę zsłyszaną właśnie w radio a mój syn nagle:
– co to za wyjec wyje?
– wyjec??? tożto mamusia twoja śpiewa pięknie a nie żaden wyjec!!!
– wyjec. Wyjesz jak buka…
pfffff….
:/
***
– mój quad się błoci w waszym białym błocie dywanowym
– ooo nie wiedziałam że mamy białe błoto dywanowe
– macie! w sypialni
– aha…
– faaaajnie się błocić w białym błocie… mamusia! ja chcę być quadem! nie chcę już chodzić na nogach, chcę mieć kółka!!!

29.05.2013.
Staram się unikać zakupów w dużych marketach ze względów ideologicznych, ale od jakichś 2 lat mam dodatkowy powód do unikania – jak tylko wejdę do środka chce mi się płakać! Niezależnie od natężenia tłumów i długości kolejek, bez konkretnie widocznego czy zrozumiałego powodu (no chyba że to jest jakaś ogólna rozpacz nad powszechnym konsumpcjonizmem, chemią w jedzeniu, kondycją ludzkiej świadomości i rychłym upadkiem cywilizacji), normalnie ściska mnie za gardło i muszę wyjść! No ale znalazłam BON towarowy z terminem ważności upływającym niebawem i trzeba było pójść… stówa nie majątek ale piechotą nie chodzi….
Na napojach było jeszcze OK, nabiał i mrożonki też jako tako, mięso na wszelki wypadek ominęłam, ale chemia… chemię ledwo przeszłam, na szczeście potem były alkohole…  i warzywa, gdzie wreszcie można było odetchnąć z ulgą! (zwłaszcza, że szparagi proszę państwa jedyne 2,99 za paczkę!) Zdawało mi się więc, że dam radę, że już prawie koniec, już widzę kasy, nakupiłam pewnie i tak więcej niż dany BON i mogę wracać! Niestety droga prowadziła przez alejkę z sosami w proszku… i majonezami… a po drugiej stronie były słoiki z PULPETAMI W SOSIE POMIDOROWYM!!! Tego było już zdecydowanie za wiele, nie dałam rady, wybiegłam wyjąc jak buka….
Chyba udam się na terapię znieczulającą.
;P

3.06.2013.
W nocy pies strasznie szczekał na jakiś migający radiowóz pod domem sąsiadów a rano na polu przy drodze stał helikopter! Normalny, prawdziwy helikopter!!! Rozochocona czekałam na rozwój wydarzeń, czyli brygadę antyterrorystyczną z tuzinem przystojnych komandosów, ewakuację wsi czy choćby detektywa śledczego, pukającego do drzwi z zestawem standardowych pytań o ubiegłą noc, na które to pytania mogłabym odpowiadać bujnie i kolorowo, soczyście, krwiście oraz wieloznacznie…
a tu nic… NIC!
Znaczy była burza, ale też zaraz poszła.
;]

apetycznie:
– jedzenie to jest nawóz – odkrywa nagle mój syn zupełnie „od czapy”, gdyż jedziemy akurat samochodem a nie jemy, nie pijemy, nie nawozimy ani nawet nie mówimy o żadnej z tych czynności…
– jak to nawóz?
– nawóz dla ludzi, tak samo jak nawóz dla drzewek i kwiatków!
– nooo… w sumie masz rację – mówię, ale myślę już o ilości nawozów sztucznych w zakupionych truskawkach i innych nowalijkach…

A wszystko to przez codzienne licytacje przy jedzeniu:
– no przecież musisz trochę jeść żeby rosnąć…
– tak! a jak urosnę to będę robotnikiem! a wy będziecie pilnowali moich dzieci, dobra!?! ciekawe ile mi się urodzi… chyba dużo jak dużo zjem?!
– yyy… chyba…  – przełykam z trudem kanapkę i też tracę apetyt
nie żebym miała coś przeciwko byciu robotnikiem czy przypomniała sobie o nawozach w ogórku, ale wizja posiadania gromadki WNUKÓW lekko mnie zbiła z tropu…

Kopiąc dół pod fundament pod domek na drzewie, jakkolwiek dziwnie brzmi robienie fundamentów pod domek NA DRZEWIE, znaleźliśmy zardzewiałą podkowę! Czyż nie wspaniale to wróży i szczęście przynosi na przyszłość domku i ogólną naszą?! Nie?
Były też inne skarby, które, choć dawały wielkie nadzieje na bycie cennymi wykopaliskami, po wstępnych oględzinach okazały się zwykłym zardzewiałym złomem… I teraz uwaga, będzie lans: nie to żebym nie znała się na złomie z ziemi, o nie! Urodziłam się nad Bzurą, gdzie, jak wiadomo, była BITWA, 2 lata mieszkałam też w polskiej „dolinie śmierci” i choć sama nie chodzę z wyszukiwaczem metalu MAM KUMPLA, z którym raz wespół w młodości zamierzchłej znalazłam srebrnego Vespazjana (czy Nerona?) a raz minę przeciwpiechotną!!! A moją ulubioną monetką do znajdowania jest powszechna wszędzie boratynka (ze względu na nazwę oczywiście)!
Więc rozumiecie – mam parcie na skarby i sensacje a tu ino podkowa…
;P

Szok i stres przeżyłam ostatnio, kiedy zajrzałam do kotów a koty zniknęły! Mieszkały w pomieszczeniu tzw. gospodarczym z otwartym oknem wysoko dla kotki-mamy żeby wyskakiwała kiedy chciała. któregoś pięknego dnia okno było otwarte, drzwi do domu zamknięte, pies na zewnątrz, ja w środku, w końcu zaglądam a kotów nie ma!!! Nigdzie!
Szukaliśmy po kątach, szukaliśmy wokół domu, szukaliśmy śladów jakichkolwiek po walce czy innej masakrze i nic… została tylko Nikita jak zwykle miałcząca ale sama… Wieczorem spytaliśmy psa co się stało żeby pokazał albo szukał kotków i… poszli z mężem w las. ;] Pies szedł dość dziwnie – kręcił kółka i koła, węszył, stawał w pół kroku z nogą w powietrzu i stał tak minutę czekając bez ruchu – no jednym słowem jakby polował! Aż w końcu wyprowadził męża wprost na… pięknego rudego lisa, lekko zdziwionego ich nagłym pojawieniem się z nikąd! Ale i tam nie było śladu kotów, więc pies wrócił do domu wielce okrężną drogą nadal węsząc aż zawęszył wprost pod wielką kupę drewna, gdzie nie mógł już wejść nikt większy od jaszczurki i… tam kotki były ukryte!  Znaczy tego też nie odkryliśmy wcale tak od razu, ale kiedy zaczęliśmy tam „węszyć” wszyscy, przyszła mama-Nikita i wyjęła jednego na pokaz, po czym schowała go z powrotem… musiała i przez to okno je wynieść najwidoczniej, ale JAK zdołała skoczyć tak wysoko z całkiem już sporym kociakiem w zębach???
Niewiarygodna i niesamowita jest natura! Zwierzęta ze swoją wewnętrzną mądrością,  jakże często niedocenianą i całym ogromem prawdziwych uczuć i zrozumienia…
No i się okazało przy okazji, że mamy psa myśliwskiego!
:)

Przecież dopiero co była jesień i grzyby dopiero co się skończyły a tu już kolejne! I znów rosną pod samym domem, przy wejściu, na drodze – nachalne i dorodne, no i jak mam im odmówić…?
Domek „na drzewie” czyli gotowiec zakupiony w markecie budowlanym do samodzielnego montarzu – jak głosi instrukcja w dwie osoby w 180 minut – kosztował nas więcej nerwów, kłótni i szczęśliwości małżeńskiej niż budowa domu prawdziwego, a 180 minut przeciągnęło się do tygodnia pracy po godzinach i weekendu w całości! Fakt (a raczej fucked) że padał deszcz i co chwilę trzeba było przerywać, ale już samo rozszyfrowanie obrazkowej instrukcji zajęło mężowi tyle, co mi pomalowanie wszystkich elementów drewnochronem raz. A mąż w przeciwieństwie do mnie z myślą techniczną za pan-brat,  więc niby powinno być łatwo… Ale nie było łatwo, nie było, nie polecam, chyba że to tylko nam trafił się jakiś wyjątkowy kiepski model z brakującymi belkami i bez opisu…
Olaf pomagał dzielnie a wczoraj stwierdził:
– mamusia ja dzisiaj nie będę spał. Nie mam czasu, bo mam strasznie dużo pracy, muszę wykopać dół i dwa rowy! Łopatką moją specajlną do kopania rowów…

Śniło mi się spotkanie wszystkich dawnych blogowych znajomych, których nie widziałam nigdy „w realu”… :)  postaci niby żywych, jednak nie do końca tożsamych z ludźmi, którzy je wykreowali i których w sumie nie znam… Zorganizowane, zaplanowane, całkiem przyjemne spotkanie, gdyby nie fakt, że nie mogłam pić szampana, bo byłam samochodem, no i gdyby nie burza, która złapała nas nagle W ŚRODKU DOMU, gdzieśmy imprezowali! Prawdziwa burza z deszczem i piorunami strzelającymi wprost z kabli sieci elektrycznej zawieszonej pod sufitem…
Schowałam się pod stół…

11.06.2013.
Odwiedził mnie mój baaaardzo dawny były chłopak ze swoim całkiem aktualnym obecnym chłopakiem… Czy ja zawsze miałam tendencje do plątania się w skomplikowane relacje i związki?…
hmmm

– tutaj jest napisane „cukierki dla dorosłych i dzieci” – oznajmił mój niespełna 4-letni syn bawiąc się pudełkiem po drażetkach.
– naprawdę??? to ty umiesz czytać?
– umiem! znam literki: A jak albik, B jak bebek, C jak cyniot, D jak dykur…
– aha… a dalej? E jak co?
– E jak eplek!
doszliśmy do K ale reszty nie zapamiętałam…
A co poza tym u nas? Pada mi komp. Najgorsze że i jeden i drugi :O stary rzęch z linuxem jakoś przebolewam, choć jeszcze walczę, ale kiedy zaczyna się wieszać moje minimini, na którym mam WSZYSTKO robi mi się słabo i widzę ciemność… Nie jestem specem, nie umiem sobie nawet odinstalować i zainstalować systemu, no nie jest dobrze… może da się żyć BEZ???

18.06.2013.
O 7:48 (czyli 12 minut przed budzikiem) dzwonkiem do furtki budzi mnie…  grzybiarz! Przeprasza, że obudził, ale on już od 5:30 na grzybach, bo, wiadomo, kto rano wstaje… ale przyszedł spytać czy my nie zbieramy, bo u nas za siatką rosną taaaaakie wielkie! Chyba z dziesięć! I on ewentualnie mógłby je wziąć, gdybym psa uwiązała… no bo wie pani, że to muchy się lęgną w tym jak nie zjedzone!? Podziękowałam, powiedziałam że owszem zbieramy tylko ostatnio nie miałam czasu, na co on spojrzał z politowaniem na moje potarganie i pidżamę i odszedł mrucząc przysłowia o wstawaniu z kurami i panbogu…
Mailowy spam tego ranka również przeciwko mnie: „a Ty Paulina jak zaczynasz swój dzień???” ooo nie, nie dam się wpędzić w kompleksy! Za wcześnie zaczynam swój dzień  – zwykle o 8:00 RANO! I nie wiem jak można dobrowolnie zaczynać jeszcze wcześniej!
A grzyby oczywiście zebrałam. Po śniadaniu.

25.06.2013.
W Dojczlandzie chodzenie po mieście z dzieckiem śpiewającym na cały głos własnej produkcji kompozycje z własnej produkcji tekstami PO POLSKU nie spotyka się z tak ciepłym przyjęciem społecznym jak chodzenie z psem, który nie mówi ani tym bardziej nie śpiewa po polsku… W sklepach panie nie są już tak do bólu pomocne i usłużne, na ulicach też nikt się nie uśmiecha a wręcz patrzą krzywo… Pewnie dlatego, że tutaj przy dziecku tylko po niemiecku… Tak więc znów zostałam wrzucona do obcokrajowego worka wraz z całą „mniejszością” turecką, (która już właściwie stanowi większość i na ulicy ZAWSZE mówi po niemiecku). Nie to żebym miała coś przeciwko, tylko zadziwia mnie, że po tylu latach tu wciąż nic się nie zmienia i wciąż istnieją te worki, podziały i kategorie…??? A może one tylko w mojej głowie istnieją?

Tematem przewodnim radosnej twórczości są ostatnio barany, melodia bliżej nieokreślona, głośno:
barany poszły sobie na łąkę
ale tam było błoto i las
i wdepnąły w te kałuże i miały błoto wszędzie i na głowie
aż przyszła mama i je okrzyczała ooooo co wy zrobiłyście brudasy niegrzeczne!!!
i już.

Z książką wśród zwierząt czyli przyrodniczo dziś na początek wakacji:
dopiero teraz, kiedy nadszedł sezon wiśniowy, zorientowałam się że w tym roku w ogóle nie ma u nas szpaków… nie ma wrzasków od świtu do zmierzchu, nic, błoga cisza! Za to są wiśnie w ilościach nieprzejadalnych – przepyszne, słodkie jak nigdy! TONY całe!!! Spadają albo pleśnieją na drzewie bo za wysoko, a ptaków niet… smutne to trochę, podobnie jak pojedyńczy samotny bocian na gnieździe 3wsie dalej…
Kotów też już nie mamy ale to raczej dobra wiadomość, bo wzięli je znajomi czyli zostały jakby w rodzinie. Dwa wzięli czyli został jeden najbardziej czarny, ale jeden to już pewnie zostanie (no chyba żeby ktoś bardzo pilnie go chciał). Tak więc zaczęliśmy nieśmiało myśleć nad imieniem dla czarnego i w czołówce najciekawszych propozycji znalazły się: Fidel, Nelson, Chruszczow (chyba dlatego że mama Nikita, choć już chyba wystarczy nam tej polityki w obejściiu), Kafka oraz Kakrzyk.

3.07.2013.
Na koniec zabawy w lekarza Olaf (bo był akurat lekarzem) daje mi jakieś magiczne pudełeczka z niewidocznymi lekarswami na wymyślone choroby, a przy ostatnim rzuca od niechcenia: a to na okres…
Ze zdziwienia i speszenia zapomniałam wypytać o konkrety :]
7.07.2013.
Kot, który został roboczo nazwany Nelsonem zginął dziś tragicznie… Tak sądzę po jego braku w obejściu od kilku godzin oraz po naprawdę trudnej do zidentyfikowania czarno-krwisto-futrzanej plamie na pobliskim asfalcie… hmmm :( ale może to nie on?
Poza tym przetwórstwo owocowe zakończone, obiad ugotowany, dom sprzątnięty, trawa skoszona, jeszcze tylko imprezka weekendowa i mogę jechać NA PLENER! :D
Życie jest piękne (mimo wszystko)!

16.07.2013.
Wróciłam tymczasowo i wdrażam się powoli żeby nie było szoku, pierwszego dnia nawet nie odpaliłam kompa, drugiego tylko maile, dziś już cała reszta. Szok i tak jest choćby dietetyczno-żywieniowy, na skutek boleśnie odczuwalnego braku w obejściu pana kucharza, który tuczył nas systematycznie i przesmacznie cały ubiegły tydzień na plenerze …
A z Olafem wczoraj oglądamy chmury:
– mamusia mogę być tam na tej chmurze wysoko?
– nooo… możesz ale jak się tam dostaniesz?
– no oczywiście KOSMOSEM!
Ach oczywiście…   no to się zgodziłam, co miałam się nie zgodzić skoro tak ładnie spytał o pozwolenie…

Owocowo-warzywnie z przytupem i dymem

Byłam już na Święcie Owoców i Warzyw, Dożynkach Wojewódzkich, Święcie Kwitnącej Jabłoni, Święcie Śliwki, Chmielakach, a ostatnio zaszczyciłam swoją obecnością Święto Kwiatu Tytoniu…  (czekam jeszcze na zaproszenie na Święto Kwiatu Paproci, bo mam wolny termin na przyszły rok)  ;P
O ile poziom artystyczny czy gusta muzyczne pozostają wszędzie mniej więcej podobne, to zasobność portfeli ogrodników i sadowników w porównaniu z portfelami przedstawicieli koncernów tytoniowych, różni się ZNACZNIE! Wspomnę jedynie darmowe piwo, wódkę i smalec z ogórkiem dla WSZYSTKICH, reszta niech pozostanie tajemnicą…
;]

22.07.2013.
Nie ogarniam świata, może mi ktoś wyjaśni, bo przekracza to moc przerobową mojego wewnętrznego procesora i wszystko się wiesza i widać tylko wielkie WHAT???
Chodzi o dyskusję w mediach czy aby zakaz rytualnego mordowania nie jest sprzeczny z wolnością religijną… ??? Nie ogarniam tego, coś przegapiłam na tych wakacjach? W tym życiu? Czy może to kolejny sztuczny szum medialny dla ukrycia czegoś niepopularngo, co właśnie po cichu wprowadza się w życie…? Czy czas już pakować manatki i emigrować do Bhutanu???

Moje plany na pozostałą część wakacji począwszy od dziś do końca września: pranie, zakupy, pakowanie, placek ze śliwkami, malowanie łazienki, urlop w Skandynawii, malowanie sypialni, przetwory, kurs Vedic Art, malowanie pokoju dziecięcego, wyjazd do Wiednia, zdejmowanie wystawy i transport obrazów, remont popsutej podłogi, wizyta u rodziny w Niemczech, mycie okien, impreza rodzinna w Polsce, kompostownik, malowanie schodów, urodziny Olafa… i takie tam…
Dziś z sukcesem zrealizowałam punkt 4 planu!

13.08.2013.
Wróciłam… nie opuszczając nawet Europy byłam w Zelandii (Starej, nie Nowej), w Louisianie i Karakas, widziałam Wielki Bełt (owszem imponujący) i Mały Bełt (wcale nie taki straszny jak nazwa wskazuje), a nawet granicę dwóch mórz, gdzie fale naprawdę płynęły z naprzeciwka i uderzały o siebie nawzajem zamiast o brzeg! Przedziwność doprawdy niespotykana!
Z dzieckiem w podróży

Kiedy po 500 km nudnej jazdy nie działa już nic, nawet płyta Luc & Motion Trio (która dotąd  działała najlepiej), pozostaje jedynie zabawa w rodzinę kotów:
– mamusia pobawimy się w rodzinę kotów!? ty będziesz mamą kotową, tatuś tatą kotowym a ja małym kotkiem, dobra???
– no dobra…
– miaaau – zamiałczał piskliwie mały kotek
– MIAUU – zamiałczał zdecydowanie tata kotowy
– miał? – zamiałczała niepewnie mama kotowa
I w zasadzie to tyle… z tym że na zmiany i przez 8 minut nonstop!!! (nasz nowy rekord)  wypróbowaliśmy też wersję z rodziną krów, ale to tylko 5 minut, no chyba że z opcją dojenia to już prawie 7 minut! i byłoby dłużej, gdyby w pewnym momencie tatuś krowa nie zaprotestował przeciwko dojeniu go, jako że musi przecież być bykiem a byki nie dają mleka, co zaprowadziło nas w ślepy zaułek wyjaśniania różnic płciowych między bykiem a krową i bezowocnych tłumaczeń dlaczego z siusiaka nie może lecieć mleko (omajngot…) Tak czy owak, jeśli spotkaliście gdzieś na jakimś skrzyżowaniu miałczący czy muczący na cały głos samochód na polskich rejestracjach to pewnie byliśmy my…

Ale najbardziej ze wszystkich olafowych zabaw lubię zabawę w rycerzy i królewnę: ja jestem królewną a rycerze mnie bronią (chyba przed sobą nawzajem?), co daje mi nieograniczone możliwości najpełniejszego wyrażenia swoich naturalnych predyspozycji do siedzenia, wyglądania pięknie i nierobienia nic (wychodzi mi to dużo lepiej niż zabawa w policjanta i złodzieja czy wspólne miałczenie, które, jak się wczoraj okazało, było ściągnięte z bajki)…

16.08.2013.
Tak się wkręciłam, zachęcona małą powierzchnią ścian w łazience, których malowanie poszło mi szybko, łatwo i przyjemnie, że postanowiłam  odmalować od razu całą resztę! Stuprocentowo SAMA, bo mąż to mnie wyśmiał i powiedział żebym nie liczyła, że coś mi potrzyma czy przykręci, nie mówiąc o poważnej pomocy, bo od tego to jest pan Mirek, po którego powinnam niezwłocznie zadzwonić zamiast robić to sama „nieprofesjonalnie”! (dosłownie tak powiedział, więc się obraziłam)… Po suficie w sypialni myślałam że umrę ze zmęczenia (to jednak już nie te lata i nie ta kondycja co dawno temu w Norwegii), ale nie umarłam i potem było już z górki… Efekt to osobny temat, bo zachciało mi się również samodzielnego mieszania farb a potem poprawiania efektów i kombinowania „marmurków” (martwy łosoś przełamany luźnym stolcem). Za to w pokoju Olafa nieco lepiej, bo on sam wybierał sobie kolory (a nawet „pomagał”), więc są przynajmniej czyste, żywe i wesołe.
Padam na pysk, resztę powierzchni chętnie oddam wręce pana Mirka (znaczy profesjonalisty pffff)…
:)
Wakacyjne wiadomości (z życia wzięte i z całym szacunkiem!)
Dziś rano zmarł znany polski dramatopisaż Gabriel Stożek
– to niepowetowana strata dla kultury i sztuki – mówi minister kultury i sztuki  – on mógłby jeszcze wiele napisać! Był tak płodnym pisarzem…
– nie wiem jak zniesie to nasza gospodarka  – komentuje na żywo z sejmu minister gospodarki – czy się podniesie w dobie kryzysu? Czy pogrąży do końca i sięgnie dna? Jest tyle pytań bez odpowiedzi…
A oto co o swojej śmierci mówi sam artysta:
– była nieprzyjemna i przyszła nie w porę, pisałem właśnie kolejną sztukę na zamówienie dla teatru „No Więc”, miała być jeszcze bardziej awangardowa niż poprzednia, już prawie ją skończyłem…
– może ktoś mógłby skończyć za pana? A jaki był tytuł jeśli można spytać?
– Śmierć DramatopisażOMMM, przez duże OMMM rozumie pani? hmmm… chyba powinienem był zmienić tytuł…
***
Jeden z wiodących na rynku supermarketów elektronicznych odnotował 70-procentowy spadek sprzedaży odkąd w ostatniej kampanii reklamowej przestał nazywać klientów debilami:
– to straszne – przyznaje szef reklamy i marketingu Paulina Gniotło-Mniut – jeszcze tak źle  nie było, był spadek po kampanii z „głupkami” i to powinno było dać nam do myślenia! Ludzie lubią jak się nazywa rzeczy po imieniu bez owijania w bawełnę! Najlepsze wyniki mieliśmy po „kretynach”, ciut niższe po „debilach”, „idiotach”, po „ciemniakach” było już słabo… ale nie poddamy się, nasi najlepsi specjaliści opracowują już nową kampanię reklamową, w której będzie prawdziwy syf i hardkor!
***
Wczoraj na drodze krajowej nr 5 w okolicach Niewieścia Małego odbyła się brawurowa akcja miejscowej policji. Tak o zdarzeniu mówi starszy sierżant Zbytosław Jąkmięciż z posterunku w Wygłupach:
– samochód osobowy marki Opel, jadący drogą krajową nr 5 w kierunku Żmijowa, chcąc wykonać manewr wyprzedzania na samochodzie ciężarowym marki Scania, jadącym w tym  samym kierunku, wjechał na lewy pas ruchu, jadącego w kierunku Smłoczyńca. Pojazd przekroczył dopuszczalną prędkość dla ruchu kołowego w terenie zabudowanym, to jest 50km/h. Starszy aspirant Roman Kłak udzielił mu próby zatrymania poprzez zasygnalizowanie lizakiem odblaskowym, który zatrzymał się zgodnie z przepisami o ruchu drogowym, czyli sygnalizując kierunkowskazem prawym. Po kontroli drogowej przeprowadzono rutynowe czynności, kierowca nie wyrażał sprzeciwu na kontrolę trzeźwości, która wypadła pozytywnie, a otrzymawszy mandat oddalił się przepisowo.
***
Na koniec sport i pogoda: są kolejne medale dla Polaków! Srebro za rzut w przód, złoto za skok w bok i brąz za pchnięcie kulą u nogi! Gratulacje i owacje, dla zwycięzców obligacje!
Pogoda jutro będzie raczej ładna z umiarkowanymi rozpogodzeniami na krańcach Polski, w centrum możliwe przejaśnienia i lokalne zachmurzenia, w nocy ciemno.
Serwis informacyjny przygotowała dla Państwa Izobara Hektopaskal, na kolejne wiadomości zapraszam po zakończeniu sezonu urlopowego.

22.08.2013.
Wczoraj przypadkiem na ulicy Olaf spotkał swoją pierwszą miłość (żłobkową). Rozczarowanie było obustronne, bo miłość okazała się być dziewczyną (i to o rok starszą od niego), a z dziewczynami w tym wieku to się już chłopaki nie bawią! Ona zaś spojżała na niego z totalną dezaprobatą i zwracając się wprost do nas (rodziców) zadała jedno z bardziej chyba bolesnych pytań, jakie zadać można mężczyźnie (o mężczyźnie): dlaczego on jest taki mały???
…i oddalili się w przeciwnych kierunkach, każde ku własnemu zachodowi słońca, nie żałując niczego, kurtyna opadła melancholijnie…
;]

25.08.2013.
Wyprzedzam kolejnego tira, przyspieszenie wgniata mnie w fotel, coraz szybciej, wprost w ognisty zachód słońca na horyzoncie, przede mną wierzchołek wzniesienia, 140 na liczniku i… jest! nagły koniec drgań i wstrząsów, nagły spokój i płynność ruchu, chowamy podwozie, wysuwamy skrzydła, lecimy! Mijamy druty, wznosimy się ponad polem, ponad domami, ponad ponad… i jest bosko! Tylko ja, maszyna i niebo, ziemia w dole i WSZYSTKO co na niej zostało przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie…
Nie, nie byłam na airshow w Radomiu, ale kocham latanie! :D leciałam kiedyś Cessną  obok pilota (znaczy trzymałam stery!!!) i  motolotnią z pilotem, ale nawet siedzenie przy oknie w zwykłym samolocie jest dla mnie przeżyciem niemal mistycznym! Nie ważne ile się słyszy o wznoszeniu się ponad, o „przyziemnych” problemach, o tym, że za chmurami zawsze świeci słońce, czy o patrzeniu z dystansu, to zupełnie inna rzecz doświadczyć tego na własnej osobie, fizycznie, organoleptycznie podczas latania właśnie! Do tego adrenalina, strach i totalny brak kontroli nad sytuacją czyli nad własnym życiem i śmiercią – wszystko to daje człowiekowi zupełnie nową perspektywę i uczucie nieograniczonej wolności, wolności od najbardziej chyba pierwotnych lęków, jakie drzemią w każdym z nas głęboko…

26.08.2013.
– jak miło… – wzdycha Olaf zasłuchany w radiową reklamę FlyEmirates
– to tylko reklama – ucinam brutalnie
– ale wiesz że ja lubię takie przygody w radiu… mówią że słońce… pojedziemy tam?
– czyli gdzie?
– no tam, gdzie mówią, pewnie daleeeeeko…
– tak, bardzo daleko, w Dubaju
– Dubaju???
– no, Dubaj, takie miasto
– Dubaj? prawie jak dłubanie w nosie…
i tak czar reklamy prysł bezpowrotnie (szkoda że nie była o Katarze)

Śniło mi się dziś, że jakiś wychudzony tłustowłosy blondyn z kitką – nasz nauczyciel, odpytywał mnie przy całej klasie z… ksenologii. oczywiście byłam nieprzygotowana…
A potem każdy dostał zestaw do samodzielnego pobierania krwi, co musiał niezwłocznie uczynić, z tym że moja igła miała grubość 2-3mm i nie wyglądała na sterylną…
Weekend spędziłam bardzo miło, a ostatnią jakąkolwiek fantastykę czytałam z pół roku temu, więc nie wiem skąd to wszystko???
;]

30.08.2013.
Na swoje czwarte urodziny Olaf zażyczył sobie… przejechać się tramwajem i metrem!  Zatem, coby mi chłopak z lasu na całkowitego dzikusa nie wyrósł i cywilizacji trochę zaznał, w ostatni piątek wakacji w godzinach szczytu jeździliśmy  w te i wewte po Warszawie… i tak: metro nie wzbudziło zbyt wielkich emocji (straszny hałas i kiepskie widoki z okna), ale już nowy tramwaj z wbudowanym telewizorkiem, gdzie pokazują w kółko filmik ze zderzenia  z samochodem, owszem wielkie.   Reakcje współpasażerów  na jego okrzyki zachwytu, piski i niekontrolowane wybuchy radości na widok wszystkiego – bezcenne.
Zaś kierowców, którym, wracając do domu (samochodem) zajechałam drogę (raz), zablokowałam pas ruchu (dwa razy), spowolniłam szukając parkingu (raz), spowolniłam jadąc wolno w ogóle (?), niniejszym przepraszam…
A Wam jak minął ostatni weekend wakacji???

Obrazy wróciły po wystawie i porozłaziły się po ścianach. Niektóre zdegradowane, bo z salonu do kuchni, łazienki czy korytarza, niektóre dumne, bo pierwszy raz wiszą w domu, dotychczas tylko po kątach, pudłach, za szafami, ukryte, nie na pokaz… a tu po takim pokazie nagle okazało się, że co innego się ludziom podoba niżby się człowiek spodziewał i niepozorny, niedoceniony dotąd obrazek przywozi ze sobą nagle tyle zachwytów i taki jest dumny, że jak tu go na ścianie nie powiesić? Jak tu mu odmówić? I nagle, skoro już tak wisi, okazuje się, że wcale taki zły nie był, że jednak te cudze „zachwyty” dodały mu szczególnej energii i PASUJE jak żaden inny! A skoro już zawisł to nowa nadzieja rodzi się w sercu obrazka, że może następnym razem i jego ktoś kupi i wyjedzie i on w świat daleki z dożywotnią gwarancją wiszenia, co jest perspektywą nie byle jaką zważywszy na ciągłe zmiany w rodzinnym domu, gdzie wisi nad nim ciągła groźba niewiszenia – bycia „wykopanym” z zaszczytnego miejsca przez nowszy, lepszy, ładniejszy, inny i wspomnienie ciemnego kąta za szafą tudzież okurzonego pudła na strychu powraca jak koszmar ze snu najgorszego….
Nie łatwe jest życie przeciętnego obrazka, co dziełem sztuki wielkim nie jest…

3.09.2013.
Wiem, że pod podłogą jest fundament, wylewka, izolacje i co tam jeszcze… ale właśnie zrobiło nam się w salonie kretowisko! Wybrzuszenie wysokości 5 cm – szczelne, nie popękane (aż dziw przy tej wysokości i drewnianej podłodze!), suche, ładne, tyle że trochę zawadza…  Snujemy z chłopakami czarne wizje co za obcy może tam siedzieć (mrówki-mutanty, kret-morderca, korzeń drzewa wiadomości dobrego i złego, woda z pękniętej rury, gaz łupkowy, ropa naftowa, znudzony kamień węgielny, buka), ale nie ma żartów! W końcu czymże jest beton wobec sił natury…?

Obudziłam się przerażona w srodku nocy, gdyż śniło mi się, że oglądając coś w świetle UV nagle przypadkiem odkryłam, że mam na dłoniach – widoczne tylko w tym świetle, bo na codzień nic nie miałam na dłoniach – KODY KRESKOWE!!! Znaczy zaczipowana byłam!?!?
No masakra znów i to po takim miłym weekendzie vedicowym…
;]
Co poza tym u nas? Intenrnet mi zamula i się blokuje a pan z infolinii powiedział że przekroczyłam limit w sierpniu i teraz transfer musi się zregenerować, bo się nie resetuje od pierwszego tylko „regeneruje”, więc będzie blokowany… dokąd się nie zregeneruje, czyli w bliżej nieokreślonej przyszłości… buahahahaha i po co ja płaciłam rachunki co miesiąc za limit MIESIĘCZNY???

nie mówię po niemiecku
W Dojczlandzie życie budzi się leniwie. Słońce wschodzi leniwie dopiero o 7:30, (co dało mi pierwszą od lat możliwość zobaczenia na żywo wschodu słońca!), dzieci pedałują leniwie do szkoły, sprzedawcy rynkowi leniwie rozkładają swoje stragany, aż trudno uwierzyć, ze to ci sami ludzie, co potem cały dzień krzyczą z entuzjazmem komentatorów sportowych, że marchewka tylko u nich najzdrowsza a dynia jedyne euro 99!
Nawet w piekarni pusto. Samotna babcia robi na drutach przy filiżance kakao. Siadam i ja. Przed 9 robi się tłoczniej. Nagle wchodzi nieogolony „obdartus” z przydługimi włosami, w wytartych dżinsach, za wielkim pomarańczowym swetrze i zielonych trampkach – no jednym słowem wygląda jak połączenie wszystkich moich byłych, niebyłych, przeszłych i niedoszłych, z którymi miałam kiedykolwiek większą bądź mniejszą przyjemność bez szans na życie długie i szczęśliwe po wieki wieków ament. Taki niemiecki hipster udający lumpa albo odwrotnie, czy emigrant ze wschodu…? Chyba przyglądam mu się zbyt nachalnie, bo z zakupionymi bułkami idzie wprost w moją stronę! I z każdym jego krokiem moje zainteresowanie ustępuje miejsca przerażeniu, że co ja mu odpowiem, kiedy spyta czemu się gapię i po jakiemu mu odpowiem skoro nie mówię po niemiecku!?! Ale on nie pyta o nic tylko przysiada się bez słowa i zaczyna jeść… W połowie bułki z kotletem i kiszoną kapustą i raczej w odpowiedzi na moje pełne panicznych znaków zapytania myśli, niż z chęci „zagajenia” rzuca niedbale: ja też nie mówię po niemiecku…

cyfry cyfry
Wszystko jest względne, zwłaszcza poczucie temperatury. Plus 10 idę opatulona w szalik i polar i marznę, a za 20 minut ta sama ja, to samo +10 i opalam się na słońcu zupełnie NAGO, po czym wskakuję do basenu odkrytego z wodą +20 i wcale nie kosztuje mnie to żadnego wysiłku, przełamywania się czy hartowania… tylko 10 minut w saunie fińskiej +95!
Za to uwielbiam sauny! Zwłaszcza te w Dojczlandzie, gdzie nie wolno wchodzić w ubraniu i gdzie jest odkryty basen też tylko dla golasów oraz basenik dla morsów z wodą +4 (zanurzam się na pół sekundy owszem!). Gdzie są sale do leżenia normalnie albo z nogami do góry oraz do spania w ciszy, do relaksowania się przy muzyce i zapachach, solo, w parach lub grupowo, a co godzinę ktoś z personelu robi aufguss w jednej z 1879 dostępnych saun….
Jeszcze trochę w tematach damsko-męskich:
W Dojczlandzie widziałam też mężczyznę w ciąży! No dobra, może to i była kobieta, ale wyglądała jak mężczyzna całkiem niemłody i lekko zaniedbany, że przy niej pan kelner z włoskiej restauracji ze swoimi wydepilowanymi brwiami i wiśniowymi usteczkami zostałby prawdziwą misspolonią (czy missitalią)!  Nie no, nie wyśmiewam się absolutnie z zadbanych mężczyzn, tylko taki kontrast z tą kobietą męską jak Till Schweiger… do tego w ciąży… no nie wiem, nie wiem… Za to bardzo podoba mi się nasz pan listonosz, bo dostarczył właśnie list zaadresowany „Malarstwo Vedic Art” i tylko nazwa wsi z kodem, zero nazwisk, zero numerów domów… szacun!
:D
Widziałam też niemiecką komedię o życiu nie dla tchórzy czy jakoś tak. Albo to raczej dramat był. Obyczajowy dramat. Taki do śmiechu i do łez – ładny, uśmiałam się i popłakałam owszem, a na koniec zgodnie stwierdziliśmy, że brakło tylko „etykietki” GutekFilm, który to komplement dla pana Gutka zgodnie cofnęliśmy po powrocie do domu i obejrzeniu filmu „Kongres”. No bez komentarza raczej. Poza tym to chyba chciałabym mieć saunę. Na takie dni jak dziś żeby się wygrzać i wygrzanym po deszczu pobiegać (i może odstraszyć wreszcie nachalnych grzybiarzy), to jest dopiero czad! :D

W lipcu na niemieckiej autostradzie grad wielkości piłeczek pingpongowych powybijał szyby w setkach samochodów, nikomu nic się ponoć nie stało ale kilometry pasa awaryjnego zablokowane były parkującymi podziurawionymi samochodami… i tylko 10 minut nieplanowanej przerwy na kawę uratowało nas przed byciem w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie!
Mój anioł stróż ostrzegał jednak, że działa tylko do 220 km/h samochodem i 150 km/h motorem, ale szybciej i tak nie jeżdżę, bo włosy mi sie prostują… To był bardzo udany i dłuuugi weekend ;)

Śniła mi się impreza. IMPREZA o jakiej najstarszym prorokom się nie śniło! ;) IMPREZA przy której dicho na wiosce z salą na milion osób to pikuś! IMPREZA na cały świat, pradawna i prastara, na której bawili się moi rodzice a przed nimi dziadkowie, na któej byłam i ja odkąd tylko pamiętam, choć właściwie dopiero co przyjechałam samochodem ze znajomymi (hmm… jak to w snach). Ogromny wielopiętrowy budynek wypełniony był ludźmi tańczącymi, pijącymi, bawiącymi się na różne sposoby choć zawsze dobrze, a gospodarza imprezy znałam osobiście! Gdy nagle….! Doszła nas wiadomość że…… starzy wracają!!! ;D
Co to się wtedy działo! Co się działo…. to nawet trudno opisać! Chaos, panika, ewakuacja z prędkością światła, a po chwili (naprawdę krótkiej) „goście” zniknęli bez śladu, dosłownie beż śladu, bez jednego nawet znaku, że cokolwiek się tu odbywało! POSPRZĄTANE, poukładane, spokojnie, cicho, czysto… I teraz mam dylemat, bo tu w zasadzie sen się niestety urywa… czy patrzć nań z perspektywy osobistej, ogólnonarodowej czy ogólnoświatowej? I kim do ch… są starzy/rodzice???
;)

30.09.2013.
Doprawdy w pięknym świecie żyjemy! Pełnym tak śmiesznych absurdów i sprzeczności, że nie mogę przestać się dziwić. Nastały czasy kultu nauki i racjonalnego myślenia, gdzie nic co doświadczalnie, namacalnie, naukowo nie udowodnione nie ma racji bytu i uznawane jest za bzdury, naturalna medycyna jest marginalizowana i zapominana, potęga ludzkiego umysłu sprowadzona do dziwnych niuejdżowych wymysłów, które pakuje się do jednego worka z ezoteryką, magią i wyśmiewa, bo kto to kiedykolwiek naukowo UDOWODNIŁ!? Tymczasem…!  Tymczasem drodzy Państwo, odbył się właśnie PROCES – oficjalny proces (beatyfikacyjny), w którym rozpatrywano poważne DOWODY, zbierano FAKTY po czym zdecydowano. A za dowody w sprawie (taki mało istotny szczegół) posłużyły cuda… CUDA panie kochany! Cuda na kiju!!! Nie możliwe do naukowego wyjaśnienia, magiczne uzdrowienia! Ha! I co? Można??? Oczywiście że można, wolno ale nie każdemu – tylko wybranym! A przeciętny, szary zjadacz chleba znów się cieszy, że nic nie musi sam, bo zrzucił odpowiedzialność na kogoś innego (tym razem na świętego). Zrzucamy odpowiedzialność za wszystko, nawet za nasze zdrowie (na medycynę albo świętych) zamiast po prostu przestać się truć, a potem płaczemy jak dzieci kiedy się  popsuje…
A wczoraj w sklepie zielarskim pani przede mną prosiła o coś na trawienie, bo tak ją boli i pali i ma kolki i niestrawność i wątrobę i wzdęcia i zaparcia, a kiedy już kupiła upadła jej torba z zakupami i po całym sklepiku rozsypały się niezliczone ilości chińskich zupek! Buahahahah, śmiech, gwizdy, oklaski, kurtyna opadła z rezygnacją, podobnie jak Święci Pańscy…

Droga Redakcjo!
Piszę, gdyż mam poważny problem, z którym sama poradzić sobie nie umiem. Otóż mamy z mężem ciche dni. Już 5, bo od niedzieli… Problem w tym, że on się jeszcze nie zorientował! Milczę najostentacyjniej jak tylko umiem, na pytania odpowiadam mniej niż zdawkowo albo opryskliwie i niegrzecznie, ba, przestałam nawet sprzątać i gotować! I nic! Pomóżcie, co robić?!
Adela Karuzela
Droga Adelo!
Twój problem nie jest odosobnionym przypadkiem, o nie! Dostajemy ostatnio dużo listów od obrażonych żon, które przestały się odzywać do mężów a ci nic nie zauważyli albo przyjeli to z obojętnością czy też, w trudniejszych przypadkach, z ulgą… W podobnej sytuacji jest również nasza redakcyjna koleżanka Maurycja G. z działu kulinarnego i ona właśnie, do spółki z naszym redakcyjnym kolegą Żyrardem F. z działu psychologia, który co prawda nie jest obrażony na żonę, ale ma inny, bardziej wstydliwy problem, o którym nie chce mówić publicznie, otóż razem postanowili założyć grupę wsparcia dla kobiet takich jak Ty!  Grupa nazywa się D)OBRAŻONA – POMILCZMY O TYM RAZEM i spotyka się w każdy czwartek o 18:00 w siedzibie naszej redakcji. Zapraszamy więc Ciebie i wszystkie obrażone żony, szczególnie panią Halinę Ch. z Użalewa Wielkiego pod Wymiocinem – naszą weterankę, która nie odzywa się do męża już 2 lata! (Pani Halina pisała do nas miesiąc temu ale nie zamieściliśmy jej listu, gdyż zawierał zbyt dużo błędów ortograficznych).
Z pozdrowieniami – Redakcja

2.10.2013.
Kiedy miałam lat 13 zakochałam się bez pamięci pierwszy raz i na długie lata! zdjęciami i plakatami swojego „ukochanego” wytapetowałam cały pokój i byłam w stanie wiele oddać czy wymienić ja jedno choćby małe foto ze STINGIEM czy The Police! Całkiem pokaźna to była kolekcja i wielka miłość moja platoniczna acz nie pozbawiona zazdrości (gdziekolwiek ON – Sting był na zdjęciu z żoną tam wszędzie zamazywałam żonę czarnym flamastrem), oraz myślenia magicznego (kiedy urodziła mu się córka, którą nazwał Paulina wzięłam to za ewidentny ZNAK od niebios i przeznaczenia, wierząc święcie, że to na pewno za sprawą mojej miłości i że na pewno kiedyś jeszcze będzie nam dane żyć razem długo i szczęśliwie)! Gusta muzyczne wiele razy mi się zmieniły ale ten Sting, co to i malował i medytował i w ochronę przyrody angażował się i jogę uprawiał i miłość przez 5 godzin nonstop (tak przynajmniej się chwalił) imponował i imponuje mi do dziś. Zwłaszcza dziś, kiedy w wieku emerytalnym mógłby spokojnie odcinać kupony od dawnych sukcesów i  sławy, on nie dość że wciąż tworzy to jeszcze próbuje ciągle czegoś nowego (musical na Broadwayu!?) Nic tylko brać przykład! No i nie oszukujmy się – wygląda wciąż bosko! ;)
7.10.2013.
W piątek było minus pięć stopni celsjusza… pomarzło wszystko, z drzew przy drodze spadły najładniejsze liście i dwie martwe wiewiórki, zmarzły mi resztki pomidorów koralikowych i znów zostały tylko grzyby… Kiedy już postanowiłam, że nie zbieram w tym roku więcej, grzyby stały się prawdziwkami, obok których nie można przejść obojętnie! No więc chodzę do przydomowego lasku z koszykiem jak po kartofle, napełniam i wracam, zero ekscytacji, zero emocji, zero elementu zaskoczenia czy dumy… Poza tym rozpoczęła się szkoła oraz rozpoczęłam zajęcia z seniorami, których szczerze podziwiam za odwagę i otwartość!
A z Olafem oglądamy bajkę o rybach ale coś dźwięk nam się psuje, więc mówię
– chyba dźwięk nam się psuje, strasznie słabo słychać…
– bo to jest GŁOS MORZA! – odpowiada mój syn tonem wiedzącego wszystko
– aaa…aha… a co on mówi ten głos morza?
– no wiesz… rzeczy o marzeniach.
No to z marzeń to ja bym najbardziej chciała żeby wiosna przyszła w tym roku przedwcześnie czyli w… grudniu?

ZIMA
Olaf jest od września w starszej grupie a wygląda to tak, jakby zmienił przedszkole całkiem. I dzisiaj  właśnie z okazji pasowania na przedszkolaka była impreza, po której jeszcze otrząsnąć się nie mogę… Dzieci owszem śpiewały, wierszyki mówiły, nic nowego, jak zawsze było pięknie. Ale po części artystycznej, przemowach pań cioć i przemowach dyrekcji, przemówieniu prezesa, wręczeniu dyplomów, prezentów, podziękowań, wręczeniu paniom ciociom dyplomów dziękczynnych, prezentów dziękczynnych i kwiatów, wręczeniu dzieciom przez wójta gminy trujących czekoladek z tuzinem chemicznych poprawiaczy, słodzików i barwników oraz po wręczeniu wójtowi gminy specjalnych podziękowań za powyższe, wszystko inne oraz całokształt, odbyła się część „gastronomiczna”…  i tutaj zaczyna się prawdziwy hardkor, więc co wrażliwszych (oraz głodnych) proszę o nie czytanie dalej!
Stoły zastawione bogaciej niż na naszym weselu! Wędlia, wołowina, cielęcina, zielenina! Wanny sałatek przeróżnych poprzekładane miednicami kanapek i kanapeczek i piętrowymi tacami na ciasta, torty, serniki, pierniki, cukierki, galaretki, bezy, kremówki, drożdżówki, cukierki, delicje, wafelki, cukierki, babeczki, cukierki, bułeczki, cukierki, cukiereczki….  brakowało TYLKO wódki i śledzia, poza tym było WSZYSTKO!
Panie ciocie wystąpiły na 15-centymetrowych szpilkach że bez kija nie podchodź, oraz w miniówach raczej sylwestrowych, więc oczywiste jest, że z dziećmi wspólnie to się mogły conajwyżej pośmiać, (bo tu uciska, tam gniecie, pończochy, oczka, cekiny i tipsy, rozumiecie sami)…  Poczęstunek dla rodziców ledwo mieścił się na stole dodatkowym i czekałam tylko, kiedy ktoś zacznie wreszcie polewać tą wódkę. Nie doczekałam się na szczęście ale i bez tego rodzice bawili się przednio, panie ciocie zajęte były wyglądaniem ładnie, dzieci bawiły się same, lub wpier….ły cukierki, po podłodze walała się sałakta jarzynowa, skórki od mandarynek, winogrona, papierki po czekoladkach, rozlany soczek (o zawartości 1,5kg cukru na 100ml płynu), połamane zabawki i usmarkane maluchy z młodszej grupy…
A najgorsze, że musiałam w tym wszystkim Olafa zostawić i na zajęcia swoje vedicowe jechać. Kiedy mąż przyjechał po niego o 16-tej czyli normalnej porze zakończenia pracy przedszkola, zastał go samiutkiego przed telewizorem wpychającego w siebie ostatnie cukierki… a znudzona pani ciocia za swoim biurkiem rzuciła coś z przekąsem o 2 godzinach zmarnowanych, bo wszystkie inne dzieci zabrano już o 14-tej…

17.10.2013.
No ja doprawdy nie wiem skąd mi się to bierze??? w dzisiejszym śnie na przykład doświadczyłam na własnej snowej osobie co znaczy powiedzenie „w  grupie siła”! byliśmy jednym! całkiem sporą grupą ludzi „zjednoczyliśmy się” nie tylko symbolicznie czy duchowo ale i fizycznie tak, że byliśmy jakby jednym większym organizmem – niesamowite uczucie! a wyglądało to tak, jak na tych internetowych obrazkach, gdzie wielka ryba stworzona z małych rybek pożera dużą rybę całościową… i my byliśmy takim wielkim człowiekiem, który składał się z normalnych ludzi (ja byłam w prawej nodze) i poruszał się jak normalny wielki człowiek, co wymagało od nas pełnej koncentracji i „ujednoliconej” świadomości zbiorowej – czyli, żeby nikt nagle nie zechciał pomyśleć egoistycznie, bo wszystko by się rozpadło i ci z góry pospadaliby na ziemię… to było właśnie najfajniejsze, że nikt nami nie sterował, nikt nie był głową, tylko wszycy robiliśmy to RAZEM! …i tak sobie biegliśmy po wielkiej zielonej łące… :)

22.10.2013.
mój poziom zdziczenia samotnościowego w lesie osiąga niebezpieczny pułap kiedy zaczynam rozmawiać z panem od jogi. wirtualnym panem od wirtualnej jogi na płycie cd.
14-minutowej rozmowy telefonicznej z panią z zusu nie liczę, bo to bynajmniej nie była przyjemna pogawędka przy kawusi, a większość tego czasu i tak czekałam aż pani odnajdzie właściwe dokumenty tudzież zasięgnie informacji… :/
w weekend zaś byliśmy UWAGA UWAGA w filharmonii! na poranku małego melomana, który to poranek (owszem spoko, dużo dzieci, fajna muza), zakończył się totalną masakrą histeryczną na krzyki, płacze, smarki i wyzwiska z dodatkowymi efektami tupania i tarzania po ziemi… a wszystko z bliżej nieokreślonego powodu że… to już koniec a nie było nic o pociągach…? już koniec a nie było jeszcze BAJKI właściwej? nie było darmowych cukierków? nie poszliśmy przejechać się tramwajem zamiast siedzieć w jakiejś głupiej filharmonii? …no porażka jednym słowem, następnym razem trzeba zaczynać wcześniej chyba w żłobku albo w 5miesiącu ciąży…

23.10.2013.
– mamo zobacz zrobiłem sobie taki katalog – poważnie stwierdza Olaf pokazując mi rozpłaszczone opakowanie po batoniku musli
– co sobie zrobiłeś?
– no taki katalog
– a co to jes katalog?
– no katalog to katalog i już.
– a do czego on służy – próbuję z innej strony
– no do wyjazdów różnych, podróży samolotem na przykład, helikopterem…
– aha… – no to wszystko jasne, jedziemy co prawda na listopadowe wakacje, ale nie wiązało się to z żadnymi katalogami ani na kompie ani w biurze podróży czy gdziekolwiek…

28.10.2013.
Człowiek to jednak dobrze jest pomyślany – piękny na zewnątrz, czysty i estetyczny, dokładnie pokryty szczelną zazwyczaj skórą, a cała fizjologia upchana jest w środku i tak dobrze schowana, że w zasadzie można o niej zapomnieć na długie lata… no a przynajmniej do czasu jakiegoś poważnego wypadku bądź rozwolnienia.
A co gdybyśmy te jelita nosili na zewnątrz? Czy pęcherz? Gdybyśmy żołądek mieli przezroczysty i nie dałoby się ukryć co kto zjadł i kiedy i czy pogryzł dokładnie…? Przyczyna jest pewnie banalnie prosta i nie chodzi tu o piękny zamysł jakiegoś dobrego boga ale o praktyczne przystosowanie do życia na lądzie wśród tysięcy głodnych i wszechobecnych much… ale może to jednak BÓG…?
Albo gdybyśmy na przykład musieli zawsze o wszystkim pamiętać o czym pamiętają nasze narządy automatycznie? I po jedzeniu wyliczać ilość żółci potrzebnej do strawienia tłustego posiłku i skład soków żołądkowych odpowiedni w danej chwili… A przed snem „aplikować” sobie hormony na noc i na dobry sen i na obudzenie o 7:00, a po przebudzeniu na aktywny dzień…? W dzieciństwie hormony na wzrost, kiedy potrzeba na reprodukcję, może moglibyśmy wtedy żyć wiecznie i nigdy nie „aplikować” sobie starości i zużycia tkanek?
Takie sobie przemyślenia poranne…
Olaf spytał mnie ostatnio co to jest sumienie.

3.11.2013.
Na grobbing w tym roku pojechaliśmy dla odmiany do Kazimierza… a nie jak co roku nad morze z przyjaciółkami i dzieciakami…  Tym razem samotnie, romantycznie i snobistycznie (żeby nie powiedzieć na bogato)… Znajomych i tak spotkaliśmy starych i zapoznaliśmy nowych, ale przynajmniej bezdzietnych, więc bardzo miła odmiana. groby też spoko – zwłaszcza nocą ładne. Tylko aparatu zapomniałam. A romantyczność z okazji nieustannie i hucznie obchodzonej w tym roku rocznicy naszej  słownie i dosłownie dziesiątej! Tak tak, pierwszą oficalną randkę mieliśmy właśnie 1 listopada… ow sweet, isn’t it? Nie, nie na cmentarzu…
;]
7.11.2013.
Jeszcze w tematach okołozaduszkowych czyli o życiu i śmierci:
Zginęła nam kotka jakiś miesiąc temu, więc już pewnie nie wróci… Mężowi śniło się dziś w nocy, że kotka przyszła i czeka za siatką i miałczy (a mąż nie należy do tych, którym się w ogóle coś śni), a rano Olaf nagle stwierdza, że Nikita (czyli ta kotka właśnie) jest już w planach i niedługo się pewnie znowu urodzi…
(bo Olaf chciał zawsze wiedzieć koniecznie gdzie był zanim się urodził, a ja mówiłam, że był w planach)
Także jakby ktos miał na wydaniu nowonarodzonego psa lub kota to my czekamy
:]

22.11.2013.
No i wróciliśmy, choć nie obyło się bez komplikacji powrotowych… Na przykład w samolocie siedzimy już gotowi, pasy zapięte, procedury bezpieczeństwa odtańczone, odzywa się PANI pilot (pilotka?) „dzień dobry mam na imię Kasia Jakaśtam…” – tak się przedstawiła, nie Katarzyna tylko Kasia i poinformowała nas, że niestety ale samolot jest za ciężki żeby wystartować i w związku z tym musimy opuścić pokład! Nie, nie odlecą bez nas tylko spuszczą trochę paliwa, więc za 15 minut wrócimy… 15 minut przeciągnęło się do 3 godzin, a zamiast spuszczać paliwo i tankować gdzieś po drodze (kolejne 3 godziny?) zdecydowano zostawić nasze bagaże… buahahahaha!!! Ale spoko – pani Kasia dała radę wystartować i nawet nadrobiła trochę opóźnienia po drodze – jednym słowem KOBIETY GÓRĄ!!!
A z biurem podróży Itaka już więcej nie polecę o!
Wiem, że nie powinnam narzekać, ogólnie był czad, super wyjazd, słonko, plaża, wulkany ale… nie brakowało też elementów, jak by to powiedzieć, humorystycznych, jeśli kto ma poczucie humoru, bo jeśli nie to pozostaje rozczarowanie…
Na przykład pani przewodniczka na wycieczce objazdowej zamiast podawać konkretne informacje zwykle mówiła tak: „uroku tego miejsca (wybrać dowolne z listy zwiedzanych) nie sposób opisać słowami, toteż nie będę nawet próbować, z resztą nie ma takiej potrzeby, gdyż już za chwilę wszystko zobaczycie państwo na własne oczy”… jaki piękny wytrych? I opis z głowy! Do tego dykcję miała tragiczną i mówiła tonem przerysowanej dziennikarki telewizyjnej, która podaje same dramatyczne wiadomości i co chwilę robi pełne napięcia pauzy i zadaje pełne napięcia pytania (minęła się z powołaniem raczej)… No jednym słowem przerost formy nad treścią.
Zaczynam rozważać emigrację zarobkową na Lanzarote. Zwłaszcza po tym jak któregoś pięknego ranka zamiast smażyć się na leżaku postanowiłam spróbować hotelowych animacji i poszłam na streczing… Ładny młody czarnoskóry pan namawiał to co miałam nie pójsć? I znów rozczarowanie, bo od pana ładnego byliśmy w większości dużo bardziej rozciągnięci – zarówno ja jak i państwo starsi, bo średnia wieku na streczingu 50+
No i jak tu nie wyemigrować do takiej pracy? Praca co prawda od rana do nocy, ale co to za praca? Rano streczing, wieczorem rozkręcanie imprezy – żyć nie umierać! W między czasie inne jakieś gry i zabawy na słońcu, wszystko w przyjaznym klimacie i wakacyjnej atmosferze…  języka trzeba się tylko nauczyć ;]
Z wyjazdu poza umiarkowaną opalenizną i paroma setkami zdjęć przywiozłam też gluta. Zielonego w nosie. Glut najpierw pozbawił mnie węchu, potem smaku a wczoraj odciął mi basy i słyszę tylko płytkie, wysokie, syczące tony… Oraz utrudnia utrzymanie równowagi w pionie, co z perspektywy piątkowego wieczoru w stolycy nie ma w zasadzie większego znaczenia… miłego weekendu zatem :D

2.12.2013.
Syn mój tzw „zdolności manualne” raczej po ojcu swym odziedziczył, podobnie jak zamiłowanie do technicznego kombinowania… jeśli zaś chodzi o język, to chyba za dużo bajek się naoglądał.
– mamusia zobacz jaki zrobiłem z klocków ogniowy rok
– co takiego zrobiłeś? – odwracam wzrok od swego pięknego oblicza w lustrze na jadącą po podłodze konstrukcję trudną do opisania
– ogniowy rok – to taki latający samochód na ogień! zobacz tu wylatuje ogień i zamienia się w twarde chmury, które potem spadają i robi się z nich nawóz dla roślin! widzisz jaki fajny i potrzebny, bez niego rośliny nie mogłyby rosnąć! oooo dżżżżżż uderzył w twardą chmurę i sam spadł…
hmmm… trochę dopracować szczegóły i może by to opatentować…?
;]
– mamo, ja jutro nie chcę jechać do przedszkola – oznajmił Olaf wczoraj z taką powagą i stanowczością, że aż zaniemówiłam… – ja chcę odpocząć, bo dzisiaj się strasznie napracowałem i  wczoraj też i jutro chcę wreszcie odpocząć w domu.
– acha… a co chcesz robić w domu ODPOCZYWAJĄC? – spytałam nieśmiało
– no po prostu odpoczywać! nie będę się bawił ani oglądał bajki, ani budował torów tylko będę odpoczywał!
no więc leżeliśmy dziś wszyscy troje: syn, ja i kurz
;]

6.12.2013.
Olaf zachęcony zajęciami vedic art z seniorami, na które musiałam go zabrać ze sobą wczoraj, zapragnął pomalować. Maluje, maluje i nagle stwierdza dumnie:
– zaczynam mamo być artystą!
– ooo… a na czym to polega?
– polega to na tym, że robię wystawę śladową! Zobacz kogo to ślady? To ślady POTWORAAAA!
– faktycznie dosyć.. potworne, a te małe?
– te małe to małego urodzonego zajączka, co jeszcze nie ma podpierających łapek…
No tak. A na Was jak wpływa wichura? Bo na mnie bosko! Jest czad i czuję że żyję! Ponadto zakupiłam właśnie prezent dla męża dzięki inspiracji od R.P. i cieszę się jak dziecko, zwłaszcza że po godzinie od rozpoczęcia sprzedaży to już nie było co kupować! ale ciiiii….

10.12.2013.
Sytuacja autentyczna z życia wzięta (jak większość tu opisanych, ale przy tej trzeba to podkreślić):
Dziś o 6:37 RANO pies strasznie szczekał na drzewo przed domem, więc mąż wyszedł sprawdzić i co znalazł na drzewie? Młodego człowieka! Siedział na drzewie przed  domem i nie był to sen ani mój ani jego. Kto widział naszego psa wie, że dużo bliżej mu do ratlerka niż do wilczura a drzewa przed domem też raczej proste i nie łatwo się po nich wspinać… No więc mąż wyszedł do niego w szlafroku i gumofilcach, coś mu tam tłumaczył i pokazywał, po czym koleś oddalił się niespiesznie we wskazanym kierunku.
– i co??? – pytam się cała w emoncjach
– nic, poszedł… zgubił się po imprezie całonocnej i pytał o drogę na Wrocław…
– Wrocław??? heloł? to jakieś 300km, ale spoko… pijany był?
– nie… ale bardzo dziwny… raczej naćpany
No i teraz sobie wyobraźcie jak to wyglądało z jego perspektywy: wracacie z całonocnej imprezy, przez las, w mróz, śnieg, zgubiliście drogę, dookoła wilki, dziki i inne kolorowe potwory i nagle widzicie ŚWIATŁO! Jest nadzieja, jesteście uratowani – myślicie sobie – podchodzicie bliżej, pukacie do furtki, nikt nie otwiera, pukacie mocniej, dzwonicie, nie działa… i nagle jak nie wyskoczy na was bestia!!! BESTIA znaczy się – prawdziwa i wielka, że aż budzi się w was instynkt i geny praczłowieka, co to jeszcze wspinał się po pradrzewach i chyc, chyc pomykacie na najbliższą sosnę! Jesteście uratowani – myślicie sobie znów, ale co dalej, bestia nie odchodzi, mało tego – robi się jeszcze gorzej, bo po bestię wychodzi z domu koleś w białym szlafroku i gumofilcach! naokoło mróz -5 a on prawie na golasa zboczeniec jaki i mówi coś, czego w ogóle nie możecie zrozumieć! Ale kosmos!
Jednakże po jakichś 15 minutach to mnie się zdało, że to ja mam problem z ogarnięciem porannej rzeczywistości, bo wyglądam przez okno a koleś stoi znów pod tym samym drzewem i patrzy tęsknie w górę…!!! Greenpeace jaki? Przywiązywał się będzie? Ale nie, popatrzył chwilę, rozejrzał się dookoła trwożnie (zapewne w strachu przed „bestią”) i odszedł na dobre…

18.12.2013.
Równowaga w naszej rodzinie i obejściu została nareszcie przywrócona w ten weekend. Bo otóż „zaadoptowaliśmy” psa ze schroniska! Coby nasza bestia osamotniona nie była kiedy wyjeżdżamy albo kiedy trzeba ścigać na drzewa nietrzeźwych imprezowiczów, a także z bardziej „szlachetnych” pobudek, choć głównie pod wpływem spontanicznej decyzji pojechaliśmy i oto jest. :D Jest nowy i jest psem i ma ze 3 lata i jest niewiarygodnie… łagodny to zbyt łagodne słowo, spokojny? Zastraszony? Żeby nie powiedzieć anemiczny, bo biegać umie owszem, ale po 3 krokach ogląda się i wraca do nogi SAM pomimo moich zachęt do swobodnego biegania… No miastowy jednym słowem, ale jeszcze będą z niego ludzie. Ma niestety jedną poważną wadę – imię, które nadał mu ktoś kiedyś gdzieś i na które niestety reaguje nad wyraz emocjonalnie (jak na swój temperament), a które brzmi GUCIO…
No trudno się mówi (i kocha się dalej?)
:]
29.12.2013.
Na fali okołonoworocznych bilansów i podsumowań przypomniała mi się najstraszniejsza sytuacja, jaka mnie w tym roku spotkała. Taki moment grozy, choć raczej bez faktycznego zagrożenia.
Wracaliśmy otóż z wakacji, całkiem „na oko” kierując się w stronę najbliższej przeprawy promowej przez Bałtyk. Bez żadnego rozkładu jazdy ale traf chciał, że zdążyliśmy w ostatniej chwili na ostatni prom tego dnia – pani specjalnie dla nas otworzyła jeszcze kasę, panowie załadujący czekali z zamknięciem wjazdu. Tak że wciśnięto nasz samochód na samym końcu za tirami i na styk! Cali szczęśliwi odetchnęliśmy z ulgą, że oto jesteśmy na pokładzie (czy raczej pod) i oto zamknięto za nami drzwi wjazdowe (czy raczej rampę), prom momentalnie ruszył (bo był już spóźniony)! Jakież było nasze zdziwienie (tudzież przerażenie), kiedy siedząc jeszcze w samochodzie i pakując się do wyjścia, zobaczyliśmy, że oto gaszą już światła na tym „parkingu” i jak się nie pospieszymy, to zamkną też drzwi wyjśiowe na pokład (bo ponoć zamykają na czas jazdy) i zostaniemy tu odcięci i uwięzieni na kilka godzin w ciemnościach i z dzieckiem, nie wspominając o sytuacjach awaryjnych kiedy to utonęlibyśmy pierwsi i nawet nikt by nas nie szukał!!!  Panika, strach, huk silników, smród spalin, ciemności i nerwowe przeciskanie się pomiędzy tirami zaparkowanymi tak ciasno, że niekiedy trzeba było się wracać, bo przejście zwęziło się za bardzo!!! I szukać nowego przejścia! Droga do wyjścia zajęła nam może z 5 minut… popędziłam przodem i kiedy wreszcie znalazłam drzwi, które UDAŁO się otworzyć, po drugiej stronie powitało mnie lekko zszokowane spojrzenie jakiegoś pracownika, który najwidoczniej nikogo się już nie spodziewał, a może to była reakcja na moją zszokowaną minę, nie wiem jak wyglądałam, ale takiego przerażenia na twarzy męża to nie widziałam jeszcze nigdy… Olaf o dziwo nie płakał, chyba nawet nie zdążył się zbytnio przestraszyć…. w przeciwieństwie do nas.
Oby w przyszłym roku spotykały nas tylko takie straszności!
A Wy? macie jakieś fajne chwile grozy z tego roku???
;]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *